Uwaga! Uwaga!

W najbliższą niedzielę – 14 marca – o godzinie 18.00 w auli głównej Politechniki Warszawskiej będzie można posłuchać owocu ostatnich zmagań mojego i nie tylko mojego chóru (Bajka included).
Wyć będziemy bowiem śpiewnie i rzewnie osławione już REQUIEM, które ongiś Verdi Giuseppe lekkomyślnie popełnił
a towarzyszyć nam będzie orkiestra Filharmonii Narodowej i mam nadzieję również publiczność 😉

Jeśli ktokolwiek ma na tyle nieczułe bębenki i słoń nadepnął mu na ucho na tyle boleśnie by zechciał mężnie mi towarzyszyć duchowo i cieleśnie to serdecznie zapraszam.
Będzie mi bardzo miło widzieć wśród słuchaczy znajome (lub nieznajome jeszcze) twarze.

Ps. Bilety do nabycia w sekretariacie PW lub przed koncertem prawdopodobnie po 10 zeta

Bajka

Tango libido z komunikacją miejską – gorąco polecam

Moje zdanie na temat komunikacji miejskiej stali bywalcy radzieckiego-termosu znają. Przez ładnych kilka notek przewija się (i pewnie jeszcze nie raz przewijać sie będzie) niczym główny motyw muzyczny w kiepskim filmie grozy, wizja autobusu widmo bądź tramwaju występującego w charakterze wędzarni. Miłość to wzajemnie nieodwzajemniona i pełna burz, gromów i błyskawic wszelakich. Co tu dużo gadać – interakcje wybitnie niepożądane. Ale z braku odpowiednich środków na zakup wyczekiwanego jednoślada musimy się znosić wzajemnie – komunikacja mnie a ja ją. Przy czym nie jest to związek obopólnie korzystny, bo nawet za płatną miłość dostaje się zwykle więcej. A ta miłośc wiele kosztuje. Zbyt wiele. Jak sobie pomyslę, że muszę dziś jak co miesiąc wywalić lekką reką 66 zeta na coś, przez co wnerwiam sie nieustająco ilekroć korzystam, to mnie krew 0Rh+ zalewa. Z siłą wodospadu…
Dziś rano na przykład czekałam na autobus 48 minut. Według rozkładu kursuje co 15 minut. Chyba w Matrixie. Bo raczej nie na moich współrzędnych geograficznych. Jeden blaszak miał przejazd techniczny, czyli faktycznie rzecz ujmując kierowca pojechał sobie na śniadanie. Drugi rozpędzony do zajezdni nawet się nie zatrzymał… choć zajezdnia w połowie drogi dopiero. Nie ma co. Do pracy chyba sie teleportuję. Uroki powrotu do domu rodziców odczuwam coraz dotkliwiej i coraz częściej. Tupiąc nogami z wściekłości i zimna, poprzysięgłam zemstę. Nie wiem jeszcze jaką ale poprzysięgłam. Będzie słodka i podana na zimno. Być może w przyszłości niedalekiej wygram w totka (tylko powinnam chyba zacząć grać), wykupię ZTM a załodze zafunduję terapię elektrowstrząsami w ramach premii rocznej. A może zakupię szesnastokołową ciężarówę i zajmę się potajemnym spychaniem znienawidzonych autobusów z drogi w akcji odwetowej ‚przejazd techniczny – ostatnim przejazdem’. A może będę się zakradać nocami do uśpionych pojazdów i dosypywać laxigenu do napojów pozostawionych w kabinach. Moje misterne plany przerwał nadjeżdżający autobus. Wreszcie mam szansę na wydostanie się spod tego cholernego lasu. Wsapałam się na pokład. Ludzi mnogość nieziemska. Nic dziwnego w sumie jeśli dwa busy nawaliły. Wkurw ogólny mocno promieniujący. Jeszcze do tego skończyły sie baterie w discmanie i miast ‚Tango libido’ musiałam słuchać najnowszych ploteczek oraz transmisji tasiemcowych telewizyjnych ogłupiaczy na żywo. Swoją drogą sama nie wiem jak to się dzieje, że z półgodzinnego odcinka nudnej jak barszcz telenoweli można zrobić przeszło godzinną opowieść z zaznaczeniem wszystkich wątków, mimiki aktorów, strojów aktorek i tego kto ma jakie zmarchy i gdzie. Żenada. Ale zjawisko socjologiczne przednie. Szkoda, że nie mam jak notować bo większość tez i wniosków mi niestety umyka między próbami złapania się rury z kasownikiem a balansem na czubkach palców by utrzymać się na nogach w ten ludzki sztorm. Jakaś mocno wyfiokowana futrzasta pani, facjata i ogólnym dizajnem mocno ucharakteryzowana na Yeti, właśnie wsiadła na bogu ducha winnego młodzieńca w puchowej kurtce, że ‚jak to tak może być’, bo ‚w takiej kurtce to niech on sobie w Alpy jedzie a nie do autobusu wchodzi i miejsce on i ta jego kurtka cenne zajmuje’ i ‚że ona nie może oddychać, bo taka gruba ta kurtka i taka puchowa’… Wszystko przez puchową kurtkę… Popatrzyłam znacząco na Yeti version Femme, na młodzieńca wybitnie zbitego z tropu, na jej futro i na jego kurtkę… po czym oboje zaczęliśmy się śmiać perliście i zaraźliwie. Pół autobusu patrzyło na futrzaka i pękało z tego jaki to kabaret. Nie wiem czy śmiech jest lekarstwem ale na pewno ułatwia drogę do pracy. Yeti zmieniona w czerwonoskórego tropiciela za sprawą rumieńca wstydu wysiadła na najbliższym przystanku ale jej waleczny duch pozostał z nami jeszcze przez chwilę. Puchowe kurtki powinny być zabronionie w środkach komunikacji miejskiej.
Absolutnie!

Samozachwyt

Wczoraj dowiedziałam się, że mam fana…
moich opisów na gy-gy.
Nie wiedziałam, że to też mam super 😉
(autoreklama całkowicie zamierzona – może ktoś uwierzy)
W ramach zwalczania senności wpadnę w samozachwyt.
Taki malutki… tylko dziś.

Miło, miło 😉

Praca, godzina 8:10

Żyję i mam się dobrze.
Kaca brak.
Miły standardzik nie powiem, że nie.
Pomijając fakt zawirowań czasoprzestrzennych i helikopterów krążących po mojej głowie ilekroć zamknęłam oczy chcąc zasnąć ok trzeciej z minutami… było nieźle.
Pokój przestał krążyć albo wygrało zmęczenie… tak czy inaczej nastał spokój.
Nie nastał się długo niestety bo o 6:40 pobudka.
Spokój usiadł z wrażenia.
W przeciwieństwie do mnie.
Rozważałam już nawet możliwość zaocznego wystawienia aktu zgonu byle tylko nie musieć się podnosić, ale czif chyba by na to nie poszedł.
Z olbrzymią trudnością przyszła mi lokalizacja oczu… poprawna lokalizacja.
Oczy poprawnie zlokalizowane kategorycznie odmawiały współpracy.
Zimna woda to środek doraźny i niestety mało skuteczny.
Przynajmniej na bajki nie działa.
Obudziłam się dopiero na przystanku.
Musiałam sprawdzić w co wsiadam.
Budzenie mnie o takiej porze powinno być prawnie zabronione, bo stanowi dla bliższego i dalszego otoczenia zagrożenie życia lub zdrowia.
W taki poranek nawet biurowy portier nie jest w stanie zmusić mnie do okazania przepustki.
Jedyne co mogłam mu okazać to własną przenośną klawiaturę w uśmiechu.
Chyba zrozumiał mnie w lot.
Międzynarodowy Dzień Ziewania uważam za rozpoczęty.
Postuluję o zmianę hasła reklamowego z ‚red bull doda ci skrzydeł’ na ‚red bull podtrzyma twoje powieki’…

Miłego dnia

Zjazd do zajezdni

Nie wiem na jakim poziomie myślowym się znajduję…
Aktualnie mija pierwsza w nocy a ja osiągam czwarty wymiar… od 21:00… i wiecie co? cholernie mi z tym dobrze 😉
Chromolę wszystko i wszystkich, którzy mi powiedzą jak to źle i fatalnie wręcz się tak traktować.
Czasami człowiek musi…
Przez 24 lata nie piłam alkoholu.
Od sylwestra nadrabiam.
Samotnie spędzony w łóżku z gorączką Nowy Rok nie sprzyja kontynuowaniu abstynencji.
Poniżej poziomu morza wszystko wygląda inaczej…
Na równi pochyłej nie myśli się racjonalnie.
Na równi pochyłej myśli się tylko o lobotomii.
Przyspieszonej.
Me, myself and I.
Nobody loves me… only Portishead.

Impreza u Skowiego.
Bardzo muzycznie brzmiąca ulica.
Malowniczy i niezwykle charakterystyczny dla tego miejsca swoisty pierdolnik.
Gdyby ktoś tu kiedykolwiek posprzątał… czułabym się jak w strefie mroku.
Każda puszka po piwie ma swoje miejsce.
Co nie Skowi?
Dwie połówki temu widzieliśmy jeszcze trawki w butelkach żubrówki.
Teraz Skowi nie widzi nic… bo śpi.
I coś gada przez sen.
Chyba zmęczenie robi swoje.
Bo nie obwiniam alkoholu oczywiście.
Duch Dża unosi się jeszcze w powietrzu… wraz ze wspomnieniem gigantycznego ślimaka Maćka z pierwszej notki na radzieckim.
Organizacja trwa.
Skowi wywołuje najlepsze duchy Dża jakie można sobie wyśnić.
Partyjne pozdrowienia, dowcipy o Stirlitzu, toasty i ogólny zjazd.
Nie ma jak alkoholizacja w środowo-czwartkową noc gdy rano praca pełną parą. Co mi tam…
Kiedyś występowałam tu w innej konfiguracji.
Teraz jestem pojedyncza.
Jak nerka po transplantacji.
Kończy się butelka.
Czekam na efekt.
Zjazd do zajezdni.
Dziś potrzebny bardziej niż zwykle.
Narodziła się właśnie nowa świecka tradycja…
Możecie mnie zjechać.
Za nieodpowiedzialność, totalny tumiwisizm, autodestrukcję, za wszystko…
A mnie i tak dobrze.
Nie myślę o jutrze… nie myślę o niczym…
Pierwszy raz od trzech tygodni.
Może nawet nabiorę sił by się wreszcie rozpakować.
A może jednak nie…
Czy to ważne?
Dziś liczy się tylko spokój.
Tego szukałam.
Dzięki Ci Skowi.
Czasem dobrze mieć przyjaciół…
Miłej reszty nocy.
Lewe lewe lewe loff loff loff loff…
Bajka
Dodaj notkę

Miss Sajgon

Nie jadam ostatnio za wiele.
Raczej całkiem niedużo rzekłabym.
Ale jak już, to…
Wczoraj przez cały dzień jadłam sałatkę z tuńczyka i zapijałam to sokiem Kubuś z jabłka, dyni i marakuji.
Nie było żadnych sensacji.
Potem wieczorem wypiłam sok pomarańczowy a następnie red-bulla.
Również bezstresowo.
Koło pierwszej w nocy wchłonęłam pięknego śledzia marynowanego, umyłam zęby i poszłam spać.
Rano obudziłam się głodna.
Przeszło mi po bananowym lizaku Alpenliebe.
Dziś będę się pożywiać kanapką z pastą jajeczną i sokiem marchwiowym.
Przyjdzie też czas na soczystą i bynajmniej nie mechaniczną pomarańczę, która uśmiecha się do mnie z parapetu okna.

Każdy normalny żołądek po takich konfiguracjach smakowych dostałby szału i zbuntowałby się pewnie dotkliwie.
Wnioski nasuwają się trzy…
Ja chyba nie mam żołądka.
Jeśli posiadam ów organ, to najwyraźniej przesypia on stresy nie reagując na żadne bodźce.
Albo mam w nim odwieczny sajgon i nic mu już nie zrobi różnicy…

Sennie

Wczorajszy koncert był naprawdę rewelacyjny. Zagrali dosłownie WSZYSTKO co trzeba było zagrać, by rozpalić w sercach ogień. Po raz kolejny przekonałam się, dlaczego tak kocham koncerty KULT-u. Muzyka płynęła, porywała mnie z miejsca, ciało tańczyło samo, bez mojego udziału… ja byłam gdzieś daleko. Cudowne uczucie. Szkoda, że tak wielu rzeczy, miejsc, osób zabrakło gdzieś we mnie… Ale byłam szczęśliwa. Mimo wszystko. Przez ten czas czułam się dobrze, tak po prostu dobrze… Piękne słowo. Zawiera w sobie wszystko za czym tęsknimy i czego pragniemy. Bo być szczęśliwym można przez chwilę a gdy jest dobrze… świat uśmiecha się do nas. Gdy zagrali ‚mój’ kawałek wszystko wokół zaszeptało ‚pięknie jest’… ‚ładne masz imię mała’…
Szkoda tylko, że koncerty KULT-u też kiedyś się kończą. Ten skończył się o północy. Noc mi nie służy…
Wróciłam do domu trochę smutniejsza.

Jakaś melancholijna dziś jestem.
A może to z niewyspania…

Z ostatniej chwili

W ramach zwalczania depresji postepującej od śródręcza do śródstopia… zamierzam się dobrze bawić. Żadna równia pochyła nie pokona bajkowego ducha przygody i dobrej muzyki.
Dziś wieczorem można mnie będzie spotkać na koncercie KULT-u w Stodole.
20:30-23:30
Nie wiem co prawda jak później wrócę…
Ale czy to ważne? 😉
W razie rozpoznania proszę wrzeszczeć.
Na takie akustyczne wrażenia na pewno zareaguję olbrzymim entuzjazmem.
Radość ogólna murowana.

No to lu

Impressssska

Piątkowe wieczory są stworzone do imprezowania. Bo to weekend właśnie wystartował i jeszcze dwa ewentualne dni w ewentualnym zapasie przed nami na ewentualny relaks po ewentualnym ‚zmęczeniu’. W piątkowe wieczory dobrze jest wybrać się gdzieś ze znajomymi… pohulać, poszumieć, potańczyć, pogadać o wszystkim i o niczym, pobawić się i pośmiać. Piątkowe wieczory nie lubią nudy… ani snobów… ani beznadziei… A najbardziej na świecie nie lubią beznadziejnie nudnych posiadówek ze snobami. Brrr. Niestety ostatnio miałam wątpliwą przyjemność obcowania z tym gatunkiem ‚nadczłowieka’… a raczej przedstawiciele tego gatunku mieli niewątpliwa przykrość obcowania ze mną, gdy naruszyłam ich hermetyczne opakowanie zastępcze mieszkania kolegi, gdzie się wygodnie umościli by roztaczać wkoło aurę polotu i sukcesu. O ile z tym sukcesem to jakoś można było poroztaczać to z polotem kompletnie im nie wyszło. Bo żeby roztaczać choćby nikły obłoczek polotu trzeba by mieć w głowie coś poza przeciągiem, który ten obłoczek rozgoni. Snobistyczni ludzie rozpierają się wygodnie w fotelach i z maską profesjonalizmu na twarzy opowiadają jak to dorabiają się na sprzedaży zaworków, choć my myślimy, że z tego biznesu to się można co najwyżej dorobić wrzodów albo inszych jakichś hemoroidów. Snobistyczni ludzie zachwycają się filmami, których nie rozumieją i przyklaskują ogólnym modom i stylom byle być (cóż za koszmarne słowo) ‚trendy’. Sypią niczym łupieżem cytatami z ‚Wniebowziętych’, choć jeszcze jakiś czas temu ‚Nóż w wodzie’ był dla nich kompletnie niezrozumiałym gniotem. Nie chciałam być wredniejsza niż jestem, ale cytaty przyswojone niedokładnie, wywołują we mnie tylko pusty śmiech i żałość dla takich osobników wielką. Aż mnie korciło by zapytać o ‚Hydrozagadkę’ ale stwierdziłam, że to już na pewno będzie dla nich za trudne… Snobistyczni ludzie uprawiają wszystkie sporty jakie tylko wynaleziono – najlepiej jednocześnie; wydają masę szmalu na rzeczy bezsensowne i chwalą się tym w towarzystwie chcąc uchodzić za nonszalancko zamożnych – kolejna oznaka bezmózgowia postępującego; popisują się bogatą wiedzą ogólną – od sposobów palenia cygar i fajki przez smaki serów pleśniowych. Snobistyczni panowie zaczesują brwi na czoło aby przykryć postępującą mocno łysinkę i skrywają powiększające się niebezpiecznie brzuszki pod młodzieżowym trykotem. Snobistyczne panie czerpią życiowe natchnienie i witalność z popularnych telenowelek i najnowszych obniżek markowych ciuchów. Oni prześcigają się w dennych dowcipach i opowieściach o najnowszych wojażach z jachtami, letnimi domkami i grillami u podnóża wspinaczkowych skałek. One trzymają w perfekcyjnie umalowanych szponach kolorowe drinki i wymieniają wrażenia z ostatniej wizyty u TEGO fryzjera. Przez blichtr i sztuczność przebija bezdenna głupota. Obcowanie z tą grupą społeczną boli. Moje synapsy wysyłają mi ostrzegawcze sygnały ‚wyłącz myślenie, nie używaj szarych komórek – bo zwariujesz’. Nie wytrzymuję. Wychodzę. Ale na pożegnanie koło ratunkowe. Przecież nie można kształtować sobie opinii o człowieku na podstawie dwugodzinnej obserwacji w charakterystycznym stadzie.
Pytam o zawody i życiowe cele…
Tłusty buc o nalanej twarzy i obleśnych kędziorkach kadzi coś o biznesie w branży zaworków i koszmarnej amerykanizacji słownictwa – bo niby co to jest ‚headhunting’. Zaczesany łysol nerwowo gmera palcami przy zbyt ciasnych spodniach bredząc coś od rzeczy. Jego koszmarna żona uśmiecha się z dumą cokolwiek by nie powiedział – a co! stać ją na tyle szmat, więc jest dla niej bogiem. Głupawo uśmiechnięta kwoka – partnerka buca – ze znaczącym trzepotem rzęs zniża głos:
– A ja się przygotowuję do roli matki, bo jeszcze trochę i będę za stara…

Zjazd… total error…
Boleśnie gryzę się w język aby nie wyrazić swojej opinii, że do roli matki można się ‚przygotowywać’ myśląc, mając własne zdanie, funkcjonując w społecznych rolach i spełniając się zawodowo… ale pewnie i tak by nie zrozumiała większości słów.
Wracając do swojego ubogiego życia bez kosztownych podróży, najlepszych metek na koszulkach i pleśniowych serów do, których pije się prawdziwe francuskie wina… czułam się o wiele bogatsza niż wszystkie snoby tego świata razem wzięte. Bo ja mam życie a im się tylko wydaje. Któż bowiem potrafiłby jak ja cieszyć się ze śniegu spadającego na niecierpliwie wystawiony język, albo z zapachu świeżo skoszonej trawy, smaku świeżego chleba, dotyku łapek trzytygodniowych kociąt, cudownego trzasku drewna w palenisku, z tego, że kwitnie biały bez i pachnie oszałamiająco, albo z lodów malinowych w pewnym małym sklepiku. Kto inny tak lubi śmiać się do słońca mrużąc oczy…

Ale ja to jakaś dziwna przecież jestem.

Miłego popołudnia