Ruszyła strona

Ruszyła strona rozliczeniowa akcji pomóż-bajce.

Będziemy tam zamieszczać rachunki za leczenie i pracę nad dentinogenesis et amelogenesis imperfecta, na które choruję – na razie jest kilka ale za parę dni pojawi się więcej. Na razie szacowane zakończenie robót wszelakich za 7-8 miesięcy ale jak wiadomo są to szacunki dość płynne.

Oczywiście adres e-mail działa, można o wszystko pytać. I proszę się nie denerwować, że czasem nie odbieram telefonu a proszę w to miejsce o sms lub e-mail – po prostu nie zawsze akurat potrafię mówić 🙂

Serdeczne ściski dziękczynne dla ekipy Haluta-Jacob-Jachu, dzięki którym strona wisi i ma się dobrze.

Podziękowania każdemu i z osobna wkrótce na stronie.

A od siebie dodam tylko tyle – sprawiliście, że mi się chce żyć, uśmiechać, mieć się w garści i na dłoni – opcjonalnie – naprawdę jestem tym wszystkim poruszona. Bardzo. Bo oprócz pieniędzy daliście mi nadzieję. I to całe tony. Dziekuję raz jeszcze…

Bez Was to wszystko nie byłoby możliwe.

Całusy
Wasza Bajka

Piąteczek

Wszystkie ciepłe dwa swetry spakowane, bilety kupione, Lokator zaokrętowany w wózku.

Jedziemy!

Najbliższy weekend spędzę z morzem.
No i może trochę z Kociubińskimi 🙂

Jak znajdę słońce to pozdrowię.

Do miłego

Trzynastego, we wtorek

Trzynastego, we wtorek Ona wstaje i po przejściu trzech kroków w ciemną jeszcze noc, wita się z framugą. Potem Ona człapie do kuchni, przezornie uprzednio włączywszy światło, z zamrażarnika wyjmuje kurze udo w folii, które z ze zbolałą miną przykłada do obolałego czoła. Ulga i pobudka w jednym. Potem Ona zaczyna dzień kawą, krzywiąc się niemiłosiernie bo zapomniała, że bez mleka nie tknie a mleko wyszło z lodówki jakoś przedwczoraj. Na szczęście nie o własnych siłach. Trzeba było wspomagać.

Ona instaluje się w łazience na szybki prysznic i inne atrakcje a w tym czasie Dzieć Onej ukradkiem i całkowicie znienacka zainstalowany przy tablicy, maluje kredą po sobie, ścianie i własnej osobistej czerwonej piżamce. I już jest wesoło. Bo oto następnie Dzieć Onej wywołuje z łazienki Oną ociekającą wodą, z rozwianym ręcznikiem – bo włos zbyt krótki na rozwianie jeszcze – i rozgłośnie rozpacza „ojej”. Ona uspokaja Dziecia, że „nic się nie stało, bo kreda to na szczęście nie buraczki, wypierzemy w pralce i po krzyku” i spokojna wraca do porannych ablucji.

A co na to Dzieć?

Dzieć na to udaje się radośnie i w podskokach do kuchni, otwiera lodówkę, zanurza pulchną łapę w czerwonym barszczu i poprawia fryzurę…

W tym samym momencie Ona wychodzi z łazienki, łypie na kuchnię, Dziecia, barszcz we włosach i wrzeszczy. Zaraz potem dochodzi do Onej myśl, że takie Dziecie to jednak bystre są.

To tyle w temacie poranka 🙂

A po pracy idę sobie o TU.

Czwartko-piątki i inne zwierzęta

Dni mi przelatują między palcami jak na plaży. Do laby, piasku i słonecznego przedpołudnia mi jednak dalej niż Papuasowi do Irkucka. Co prawda wybieram się na weekend nad morze – owszem, wreszcie – ale bynajmniej nie zamierzam sie opalać. Chyba, że palnikiem acetylenowym co by ciepła trochę uzyskać. Tymczasem jednak jest poniedziałek, właśnie wyszłam z pracy i gnam do domu. Znaczy gnanie moje jeszcze powstrzymuje owa notka, którą właśnie w tym momencie popełniam, ale gwarantuję, że z chwilą postawienia ostatniej kropki i wciśnięciem „dodaj” będę już przekręcać kluczyk w drzwiach i tyle mnie tu zobaczą. Do rana. Bo od siódmej.zero znów będę na posterunku.

Uroczo, nieprawdaż?

Tak sobie przyszłam pomarudzić. Bo jesień mi się w środku zrobiła jakoś niepostrzeżenie. Minie, wiem, ale teraz na serio jakaś przezroczysta jestem, niewyraźna i zamazana w konturach. Igorowski rośnie i nic Mu nie przeszkadza. Ja chudnę i to chyba jedyny plus ostatnich miesięcy. Poza tym czuję się jak pies zmielony razem z budą i podsmażony w głębokim tłuszczu na rumiano. Przecież nawet jak teraz napiszę „niech mnie ktoś przytuli” to się nie da. Przytulaliście kiedyś kotlety mielone?

Żarówka mi się przepaliła franca jedna w garderobie i nie dosięgam nawet by sprawdzić jaką muszę kupić by znowu móc przy świetle wybierać skarpetki. Chwilowo bowiem radzę sobie na wyczucie i przez totalną nożną kompromitacją już dwa razy uratował mnie tylko fakt, że jest zimno i noszę długie buty. Raz to jeszcze luzik bo obie skarpety były czarne – tylko jedna krótsza i ze ściągaczem a druga dłuższa i bez dodatków. Za to dziś do pracy poszłam w jednej w kwiatki a drugiej w paski. W dodatku obie były oczojebne tylko każda inaczej. Dobrze, że nie paradowałam po biurze bez obuwia – jak to czasem miewam w zwyczaju – ktoś mógłby się lekko zdziwić.

Myślę sobie już nawet czy by nie wziąć jakiego parasola i nie utłuc tego plafona co to mi się tam chyboce na suficie garderobianym ale po pierwsze primo, jak utłukę to potem pozostanie kupno i nowej żarówki i nowego plafona, po drugie primo i tak nawet ze stołka i z parasolem nie dosięgam – bo przecież sprawdziłam, czemu nie – więc po trzecie primo bez drabinki i tak nie wkręcę tam nic. Co najwyżej stracę parasol, plafon, obsadkę i znając mojego farta nasypię sobie w oczy różnych fajnych rzeczy. A zyskam dziurę w suficie. Hmm… chyba zatem zacznę wybierać skarpetki z latarką.

W żłobku Młody zaczął chodzić na angielski. Póki co jest to rytmika po angielsku ale bardzo mi się ten pomysł podoba. Osłucha się z językiem i nie będzie takim matołkiem lingwistycznym jako rodzicielka. Bo ja niestety dopiero w wieku późnym wzięłam się za naukę języków. Wcześniej tylko rosyjski przysługiwał a na inne nie było funduszu w rodzinie. Przychodzi mi teraz ze żłobka i pokazuje na nos. – Nosek – mówię. A ten – Nie, nie – i dopóty trzyma się za ten nochal aż wreszcie nie powiem angielskiego odpowiednika. Spryciarz. Nie powiem. Szkoda tylko, że samemu nie chce Mu się gadać.

Z tym kompotem to jednak racja może być – myślę sobie – w końcu zawsze jest. Wszystko mi podpowiada, że może jak przestanę Go rozumieć to będzie nawijał. Pora chyba spróbować.

W pracy dostałam premię i strasznie mi się to uśmiechnęło. Podwójnie, bo raz, że miło gdy doceniają – bardzo bardzo – a dwa, bo akurat przyda się jeszcze bardziej niż zwykle. Mogłabym tak częściej. Poczułam się prawie jak wówczas gdy w zapomnianej książce znalazłam 50 złotych a akurat lodówka zaczynała wołać, że straszny ma przeciąg. Niestety przeszukałam całą biblioteczkę a bliźniaczki nie znalazłam. Ale i tak było super. No a teraz to znacznie więcej tych książek znalazłam. Za mieszkanie zapłacę, bilet miesięczny kupię i może nawet do kina pójdę. W końcu innych nałogów nie posiadam. Żłobek już opłaciłam.

No i dobry barszczyk wyszedł.

Tylko ta jesień mi marudzi w środku…

Na razie nigdzie nie wyjeżdżam

Porobiło się.

Niniejszym bardzo proszę o ściskanie kciuków za halutkowego Bella. Bardzo. Fajny z niego pies i strasznie bym chciała by jeszcze trochę sobie pomerdał…

A w kierunku Hali uprasza się o wysyłanie tyle pozytywnej energii ile tylko dacie radę. Myślę, że będzie mocno potrzebna.

Dziękuję

Hmmm

Wstyd przyznać, ale ciut się zapuściłam. Blogowo. Bo w życiu to niczym Kapral Wiaderny zapierdalam na wysokości lamperii i tylko patrzę czy mi się aby obcasiki nie hajcują. Ale tutaj cisza.

Po pierwsze dużo się dzieje i bywam nieziemsko umęczona po całym dniu biegania niczym kot z pęcherzem z miejsca na miejsce i z wymiaru w wymiar. Zatem ostatnio jedyne o czym marzę i co realizuję, to zawody w nadrabianiu zaległości sennych. Potrafię zasnąć w każdej pozycji i absolutnie w każdej, nawet najbardziej absurdalnie niesprzyjającej zaśnięciu pozycji. Na fotelu dentystycznym, w windzie, na schodach. Środki komunikacji miejskiej od zawsze działały na mnie jesienią narkoleptycznie, więc nie liczę. U ginekologa nie zasnęłam tylko dlatemu, że był przeciąg i wiało po łydkach. A w pracy tak przeciągle spogląda na mnie Szara Kanapa. Ech.

Po drugie mieszkam w prawdziwym Cmentarnym Zagłębiu. Jest tu pięć cmentarzy i w każdym, na każdym, przy każdym, pod każdym i nad każdym ostatnio roiło się od żywych z sztucznymi bądź świeżo zabitymi kwiatami, zniczami, lampionami, pozytywkami, siatkami z Ikei i Małoletnimi, z których każde – prócz obowiązkowego darcia japy – ściskało w dłoni balonik z Małą Syrenką lub Kubusiem Puchatkiem. Opcjonalnie. Myślałam, że dostanę szału, kota i galopujących suchot. Albo się zastrzelę. A zaraz potem wtargnę tam z poręczną siekierką to i owo zarąbię. Ewentualnie przegryzę kilka tętnic i zasłynę jako kumpel Nosferatu. Masakra. Stanowczo wolę normalne dni i zwyczajowych mieszkańców tych kwater. Spokojni, bez nałogów i pogadać z nimi można.

Po trzecie Lokator w ramach drugich urodzin dostał wspaniałą tablicę, która po jednej stronie ma powierzchnię do smarowania mazakami, po drugiej klasycznie czarną na kredę i jeszcze można do niej doczepić rolkę papieru na rysunki kredkami. Szukałam wodotrysku ale na szczęście Ciotka Halucinda na tym poprzestała. Dziecię rozkwiczało się z miejsca i trwa w twórczym amoku, ja wybieram z butów odłamki kredy a chodnik w przedpokoju wygląda jak idź_stąd. Ale wszyscy są szczęśliwi. Wahałyśmy się tylko wnioskując po odgłosach wydawanych paszczą czy Młodzież rysuje aktualnie świnię z bronchitem czy puchacza w ciuchci – bo kreski w zasadzie i tak są z wyglądu niepodobne do niczego. W tym wahaniu pozostałyśmy. Zarówno bowiem leśno-nocne ptactwo w tunelu jak i brąchająca świnia są spektakularnie atrakcyjne. Przynajmniej dla nas obu i Obywatela – dumnego twórcy mazideł i odgłosów. Bo to taka śpiewogra. Ludzki rysuje po czym z dzikim wrzaskiem oznajmia co zacz a my na zmianę łypiemy to na tablicę to na niego i tak samo ni w ząb nie mamy pojęcia o co Mu biegać może. Ale grunt, że jest wesoło.

Po czwarte obsobaczyłam wreszcie Stucla. Zbierałam się chyba z rok. Ale jak widać u mnie jak w ruskim banku – windykacja być musi. Widzi mnie Strucel rzeczony bowiem przynajmniej dwa razy dziennie jak tacham wózek z Lokatorem z i na pierwsze piętro, przynajmniej dwa razy dziennie mówi mi dzień dobry i przynajmniej dwa razy dziennie uśmiecha się do Igora. Niby nic, prawda? Miły, układny i dobrze mu z oczu patrzy. Więc czemu obsobaczyłam? Ha! Bo wreszcie nie wytrzymałam i na kolejny komentarz w stylu: Pani to się namęczy z tym wózkiem tyle razy. Ojoj… wysyczałam, że byłoby mi znacznie łatwiej gdyby energię zużywaną na uśmiechy zamienił na zwyczajną pomoc i czasem po prostu zniósł mi ten wózek. Wcięło go. Tak, jestem wredna. Ktoś musi. Albo niech pomoże albo dziabnie się w tyłek. Z dwutaktu. A jak mu trudno to niech ćwiczy jogę.

Po piąte będę wyjeżdżać. Nie wiem jeszcze na jak długo i czy dalej niż do pracy i z powrotem ale mam taki pomysł. Chwilowo wyjeżdżam do Gdańska a potem do Lublina. Jak tylko wpadnę na jakieś konkretne konkrety, pewnie napiszę. Chyba, że od razu się zawinę. Jeszcze nie wiem. Wiem tylko, że jestem na tyle szalona, że w zasadzie nic mnie nie zdziwi. Acha, przez chwilę miałam w domu internet ale już nie mam. Taki okazyjny był i tymczasowy. Miałam też mój własny i osobisty plecak – taki w sam raz na weekendowe wypady z Dzieciem gdzie bądź – ten z kolei był prywatny i całkiem na stałe ale się skończył. Gdyby ktoś miał zbędny i do pożyczenia na czas jakiś, będę wdzięczna.

Co jeszcze?

Dziadek to teraz Jadziek – przynajmniej według Lokatora.
Babcia za to – Apsik.
Taki folklor rodzinny.

A Wy jak się macie?

Cytaty z pracy

– No hej, okazało się, że to wcale nie jest bułgarskie tylko węgierskie…
– Spoko, poprzednio miało być 6 stron na hebrajski a wyszło 600 na francuski. Meksyk był konkretny.

– Panie Jarku czy łyknie Pan jeszcze pięć stron na jutro?
– Wolałbym szklaneczkę whisky dziś wieczorem ale cóż zrobić.

– Matko! Na serio myślę, że Stuart jest osłem…
– Przychylam się. Kupmy mu gustowną obróżkę.
– Osły nie noszą obróżek.
– Ten będzie.

– Panie Julianie, ja wiem, że dzwonię do Pana piąty raz w przeciągu godziny ale może jeszcze tym Pana zainteresuję?
– Dobra, to też wezmę. Tylko teraz się boję, że jak otworzę lodówkę, to Pani tam będzie…

– Czy ktoś się wreszcie zajmie tym Polskim Ogrodem?
Wisi w zapytaniach i śmierdzi…
– Nie teraz, teraz zajmuję się duńskimi i szwedzkimi penisami…

I tak wesoło mamy 🙂

Z podróży

Z podróży przywieźliśmy głównie brudną odzież. Choć oczywiście parę innych rzeczy też by się znalazło. Co poniektórzy katar, inni rześki oskrzelowy kaszelek, a Kolega Endrju nawet solidny ból głowy. Nie pytałam o genezę gdyż odpowiedź nasuwała się sama. Sądząc po brzęku dobywającemu się z plecaka Kolegi Endrju, noc była owocna w konsumpcję napojów wysokooktanowych, a sądząc po nagłej głębokości położenia oczu wyżej wzmiankowanego – hulaszcza. No ale cóż. Przynajmniej było mu ciepło. Czego nie mogę powiedzieć o sobie i reszcie wesołej kompanii.

Ośrodek Kolonijny w Żorach z zewnątrz wygladał tak super, że kilka osób zapewne posikałoby się ze szczęścia gdyby pół godziny wcześniej nie nadarzył się postój. Dla mnie wyglądał podejrzanie dobrze. I niestety przeczucia mnie nie myliły. Pokoiki, że ciasne, to luz bo nie do hotelu przyjechaliśmy ale nie ukrywam, że było mocno letniskowo. A jednak październik kończy sie mało upalnie. Zupełnie zresztą nie wiem czemu. Podobnie jak nie znajduję przyczyny, dla której na naszą dwudziestkę z hakiem (i tyleż samo w drugim baraczku) przypadała jedna łazienka. Na korytarzu. Bez zamka ani czegokolwiek poza otwierającymi się drzwiami.

Prawdziwy folklor jednak trzasnął mnie po twarzy gdy jasnym stało się, że prysznic co prawda jest – jeden – ale prędzej sama bym się cienkim strumieniem olała niż doczekała się współpracy z jego strony. Działały za to umywalki. Trzy z czterech. Przy czym ciepła woda była przez godzinę – gdzieś pomiędzy trzecią a czwartą w nocy. A gdy ktos odkręcił kurek w jednej, pozostali dwaj szczęśliwcy musieli czekać z szamponem na łbie i lewą noga w mydle, bo ciśnienie było porażające. Siła wodospadu to to nie była.

Ale może to i dobrze, że się nie kąpaliśmy bo było tak pieruńsko zimno, że chyba tylko uprzednie wytarzanie się w końskiej kupie prowokowałoby do zdjęcia płaszcza.

Spałam w spodniach, koszulce, swetrze z kapturem i ciepłych skarpetach. Rozważałam też możliwość przywdziania rękawiczek ale fakt, że musiałabym wyjść po nie spod kołdry szybko mnie przekonał, że w zasadzie nie są mi potrzebne. Łóżko miałam co prawda przy kaloryferze ale cieplejszy jest nawet wiecznie żywy Lenin w Mauzoleum.

Na śniadanie dostaliśmy żurek. Wtedy poczułam, że odtajałam wewnętrznie. Na obiad za to była przystawka. Kolacji nie przewidziano. Na szczęście sklepy są wszędzie, więc przeżyliśmy. Ale nie był to najprostszy weekend w moim życiu. Chyba się zwyczajnie starzeję, bo i zęby lubię umyć i nowy żel cynamonowy wypróbować. Tak zaś autentycznie rozważałam możliwość nałapania deszczówki. Tyle, że deszcz jeno siąpił a nie padał.

Przesłuchanie było beznadziejne. W mikroskopijnej sali suche powietrze można było kroić nożem. Gardła zatkały nam się na drugim akordzie ale wytrwaliśmy. Tyle, że każdy z nas wie, że było nas stać na znacznie więcej. Wystarczyłaby wentylacja. A tak skupialiśmy się na tym, by nie kaszleć i się zanadto nie wytrzeszczać. Dostaliśmy wyróżnienie za wykonanie muzyki cerkiewnej. Czyli de facto drugie miejsce bo w naszej kategorii dopuszczono tylko dwa chóry. Nie zdziwiło mnie to specjalnie. Na Hajnówkę jechaliśmy zdeterminowani, gotowi dać z siebie wszystko i cali oddani tej muzyce. Tu wyglądało to bardziej na rzucenie kamykiem w wodę i obserwowanie z zaciekawieniem rozchodzących się kręgów. No i chyba nikt poza dyrygentem nie trawił ostatniego utworu. To też swoje robi.

Poza tym cóż, nie było ciarek i mrówek. Nie było połowy rzeczy, które na próbach mieliśmy w małym palcu u stopy. Nie zachwyciłam się. Wręcz przeciwnie, jako perfekcjonistka mam spory niedosyt. Było dobrze, nawet bardzo. I chwalili nas jurorzy a poziom był bardzo wyrównany. Tylko dla mnie bez porywów. Zdaję sobie jednak sprawę, że tu nałożyło się naprawdę dużo czynników – od warunków mieszkalnych począwszy, na niewystarczającej liczbie prób skończywszy.

Na pociechę był koncert finałowy. Tu już i atmosfera bo kościół i powietrze i brak stresu – zaśpiewaliśmy wspaniale. Gdyby dzień wcześniej zdobyć się na to samo, mielibyśmy grand prix w kieszeni. A tak pozostaje ćwiczyć dalej. Bardzo miłe było dla mnie osobiście poproszenie solistów przed chór. Wtedy przed tymi wszystkimi ludźmi w ławkach czułam mocne wzruszenie. I czułam się kimś bardzo wyjątkowym. Autentycznie było widać różnicę po twarzach jurorów. Dwa nasze występy: noc i dzień.

Nie ma jednak powodu do smutku – zostaliśmy wyróżnieni, przegraliśmy z naprawdę świetnym chórem a poziom zdaniem przewodniczącego był bardzo wysoki. Przeważył dobór utworów, bo ich Dies irae było faktycznie majstersztykiem i mniejszy stres bardziej niż my doświadczonego chóru. Przed nami po prostu jeszcze więcej pracy. Zmotywowani już jesteśmy. Wszak do wygranych raz za razem bardzo łatwo nam się przyszło przyzwyczaić. Za to mówią, że jak spadać, to z wysokiego konia.

Mam tylko nadzieję, że do Wilna w grudniu pojedziemy już z sercem.

Pytanie do Czytelników

Moi drodzy. Znów zwracam się do Was z prośbą o odpowiedź na „nietypowe” pytanie. Ale mam nadzieję, że i tym razem nie zawiedziecie.

Czy możecie się pochwalić jakimś nietypowym hobby?

Nietypowym w sensie, że nie rybki czy znaczki. Takim, które łączy się w pewien sposób ze strachem – to znaczy, że jest ryzykowne, albo wymaga wewnętrznego przełamania się. Przy czym od razu zaznaczam, że bardziej chodzi o na przykład paralotniarstwo niż przygodny seks bez zabiezpieczeń 😉

Na odpowiedzi czekam w komentarzach.
Będę też wdzięczna za podanie emalii zwrotnej.

Bajka Incoguto