Arcyciekawość programowa

W telewizorni arcyciekawy program o Gienku. No nie wiem doprawdy. Chyba doleję sobie barszczu. Nie sądzę by jedzenie barszczu o pierwszej w nocy było całkiem rozsądne… ale w sumie zważywszy na fakt, że who cares to pozwolę sobie mieć to w odwłoku. W końcu to mój barszcz, moja noc i mój odwłok.

O matko! Czy to możliwe, że ja już komara widzę? Znaczy o tej porze kwietnia?? Bo w to, że i co widzę, nie wątpię – jestem absolutnie trzeźwa. Niestety. A ten komar to nie wiem. Na dziabniętego nie wygląda ale nadal pozostaje zawieszone w próżni pytanie skąd on się tu wziął? Z planety Melmak to o ile się nie mylę tylko Alf był. Chyba przezimował kurde w tej zasuszonej paprotce bo ja nie wiem. Komar w sensie, nie Alf.

Co tam w wielkim świecie? Bo ja to czuję się jakoś wyobcowana. Nie wiem czy to ta wiosna czy dość ograniczona trasa dom-żłobek-praca-cośtam-dwacośtamy-dom, ale nagle zapragnęłam pojechać gdzies daleko, wytarzać się w sianie i dziko zarżeć.

Tak właśnie. W poprzednim życiu byłam koniem. I to by wiele wyjaśniało w kwestii wyobraźni przestrzennej.

O ja!

Byłam właśnie o włos od wylicytowania na allegro skoku na spadochronie. Ale się opamiętałam, no bo bez przesady. Zresztą skoczyłabym i co? I nic. Podtopiłabym się z adrenalinie, zsikała ze szczęścia a potem szara rzeczywistość i hałda prasowania w kącie, tak? Albo jeszcze gorszy scenariusz – jakby mi się na przykład te wszystkie linki zamotały. Albo jedna urwała. Albo dwie. Albo był koniec świata.

No nie wiem doprawdy.

Ostatnio jakimś pesymizmem mi zewsząd zieje. Nawet do lodówki zajrzałam z nadzieją a tam halny i tylko samotny dżem truskawkowy, który nie pamiętam skąd i którędy posiadam, ale nie ma bata, żebym to ja go kupiła gdyż albowiem jednakże truskawkowy jest to jedyny dżem, którego nie tknę nawet długim kijem i przez ścierę. Prędzej wyssałabym aloes z korytarza. No więc nie wiem czyj to dżem ale jakby co to rozlepię ogłoszenia na mieście, póki jeszcze data ważności nie straszy ubiegłym wiekiem. W tym miejsciu się akurat nie ma co śmiać bo nie tak dawno znalazłam budyń w torebce – znaczy w szafce nie w torebce damskiej na ramię albo do ręki, a budyń w charakterze proszku w torebce papierowej – co to w minionym stuleciu był najlepszy przed wrześniem. Nie określono jednak kiedy ma być najgorszy. Tak czy inaczej sędziwy budyń wylądował w koszu na śmieci a poza dżemem w lodówce pusto. A echo zamiast "jest tam kto" odpowiada "spierdalaj".

To ja sobie doleję jednak tego barszczu. I generalnie to dobranoc. Albo dzień dobry. Opcjonalnie.

W drodze do

W drodze do żłobka mijam blok. Niby nic, zbiorowy dom-pudełko jakich tysiące a nawet miliony wszędzie wokół. Taki jeszcze wielkopłytowy, szarobury i zmurszały w schodowych klatkach. Od jakiegoś czasu jednak w zakratowanym oknie na parterze zaczęły się pojawiać białe prostokąty kartek. Najpierw bardzo długo była jedna, potem trzy, ostatnio nie widać było wolnego skrawka szyby. Kusiło mnie nawet kilka razy by przystanąć i poczytać co to za wołanie. Bo to takie wołanie: zobacz mnie! jestem tutaj! Za bardzo jednak zawsze byłam w drodze i w zbytnim pośpiechu na jakiekolwiek refleksje ponad to czy wystarczającą partię pieluch zabrałam do żłobka albo czy zdążę na tramwaj. Tylko mi ze dwa razy mignął kobiecy cień w tle.

Nie myślałam nigdy za długo o tych oknach ani o autorce tych listów do świata. Ale w nocy śniło mi się, że dziś rano szyby były czyste a na murze rozlepiono informację o śmierci autorki. Poruszył mnie ten sen, przyznaję. Do tego stopnia, że mijając zamiatającą chodnik dozorczynię, spytałam o lokatorkę z parteru. Usłyszałam, że po pierwsze to wariatka, po drugie samotna, po trzecie, że nic ciekawego a po czwarte, że co to mnie właściwie obchodzi.

Ludzie boją się dotykać wariatów. Być może boją się zarazić czymś czego nie rozumieją? A może po prostu tak im łatwiej. W każdym razie zmierzam do tego, że umówiłam się z Panią Krysią na herbatę i zamierzam przynieść jej trochę niecnie zerwanych forsycji. Lubi żółty. Wariatem jest takim samym jak i każdy inny samotny człowiek. Ni mniej ni więcej.

A Wy macie gdzieś obok jakieś białe prostokąty wołające na szybach o parę uszu do posłuchania? Czasem warto się rozejrzeć.

Polka galopka, czyli constans

Wiosna się zepsuła i ma mnie bardzo głęboko. Nie chcę się
nawet zastanawiać jak głęboko i gdzie taka wiosna mogłaby mnie mieć, ale aura
mówi sama za siebie. Zimno, deszczowo i ponuro. Nic tylko siedzieć w ciepłym
mieszkanku otulić się ciepłym kocykiem i sączyć kawę z baileysem lewym okiem
patrząc na Dziecię bawiące się w Picassa a prawym śledząc główny wątek w
jakiejś przytulnej książce.  To tyle w kwestii domniemanych marzeń.
Tymczasem jednak trzeba było zebrać się w sobie i ruszyć naprzeciw wszystkiemu
co na zewnątrz. Co – nie ukrywajmy – rzadko kiedy bywa łatwe. A co dopiero jak
się ma przed sobą perspektywę dwóch dni śpiewania w kościołach, które jak dla
mnie spokojnie mogłyby funkcjonować po godzinach w charakterze chłodni.

Z zasady nie lubię kościołów, chyba, że w kwestii architektonicznej, ale tak poza nią to niespecjalnie. Śmierdzą zwietrzałymi perfumami wymieszanymi z naftaliną i dusznym kadzidłem, są zimne i nigdy nie ma w nich miejsca by przebrać się z pozycji innej niż na kulejącego flaminga. Gdzieś pomiędzy schodami a zachrystią. No i toalety. Jeśli w ogóle są to w stanie dramatycznie opłakanym. Nie wiem czy wszyscy księża mają zdrowe nerki i potrafią udawać, że nie chce im się siku ale jak nie mają to im serdecznie współczuję. Ja wiem, że z punktu widzenia wiernych problemu nie ma, ale jak się je zwiedza tak całkiem "od kuchni" jak my, to jednak stanowi to pewne utrudnienie. Niestety chór w kościele brzmi nieporównywalnie lepiej niż gdziekolwiek indziej. Prawdopodobnie dlatego właśnie w kościołach śpiewamy najwięcej koncertów.

Sobota, samo południe. Ledwo wyszłam z domu a już czuję się przemoczona na
wskroś. Wpadam do tramwaju otrząsając parasol i dysząc jak zboczeniec w lesie.
Staruszka próbuje ustąpić mi miejsca. Chyba nie jest dobrze. 12.45.
Archikaterda św. Jana na Starym Mieście jest absolutnie najzimniejszym
kościołem w jakim zdarzyło mi się śpiewać. Ale jeszcze tego nie czuję. Dowiem
się o tym bardzo dotkliwie za jakieś dwie godziny. Masakra. Staliśmy w pełnym
rynsztunku, od stóp do głów okutani szalikami a pod koniec próby czułam się jak
sześćdziesięciokilogramowa mrożonka Horteksu. O jakości dźwięku wydobywanego z
gardeł w takich warunkach to już się łaskawie nie wypowiem. Ale dalekie to było
od ideału. 15.00. Szybki pdeudoobiad gdzieś w przelocie i pęd do kościoła numer
dwa. Tym razem na Targówek. Próba z drugim chórem, z którym za chwilę śpiewamy
na ślubie. Do 17.00 horteksowa mrożonka zyskała sople i wrażliwość lodowca. W
życiu nie życzyłam młodej parze pośpiechu ale tym razem byłam skłonna wyręczyć
księdza i wyskandować słowa przysięgi żeby było już po wszystkim a ich przegnać do samochodu i pomachać na do widzenia. Po ceremonii
ogólne podziękowania i skok do Pierrogerii. Gorące pierogi oraz herbata na
odtajanie. Nareszcie do domu.

Igor nie kładzie się spać sam. Co to to nie. I to w obu znaczeniach. Po przyjściu z łazienki w jego łóżeczku obowiązkowo zamieszkują po kolei wszystkie pluszaki jakie tylko zdoła wykopać w różnych miejsc w domu. Oczywiście żaby nie wliczam bo to już stały element wyposażenia. W ten gąszcz wpasowuje się Lokator i albo mości jak kot obierając dogodną pozycję po kilku obrotach, które i tak prowadzą do punktu wyjścia, albo gramoli się na kolana – z częścią wesołej maskotkowej kompanii oczywiście – i obskubując każdy palec po kolei, zasypia ściskając moją rękę, co jest oczywiście przesłodkie. Kiedy jednak te naście kilogramów zwisa mi bezwładnie z przedramienia, czasem pozwalam sobie na chwilę refleksji i cichą nadzieję, że to nie będzie trwało do jego trzydziestki. Gdyż jednakże albowiem raczej średnio to sobie wyobrażam.

Niedziela, 14.30. Powitajmy tramwaj. Potem kurcgalopkiem po bruku do kościoła i
próba generalna. Po minach wnioskuję, że wczorajsze przemrożenie zaowocowało u
pospólstwa ciepłymi majtkami tudzież kalesonami. Dziewczyny ratowały się
zakładając pod nasz uroczy zwiewny strój swetry i spodnie. Na szczęście
spódnice są długie i obszerne, więc naprędce aranżując rybaczki miało się
szansę na lekkie ocieplenie. Ja osobiście wystąpiłam w spodniach, grubych
rajstopach i skarpetach. Jak to wszystko udało mi się upchnąć w szpilki to nie
wiem ale się udało. 16.00. Początek koncertu, którym nasz dyrygent otwiera
przewód doktorski. Na powitanie organy i pierwszy chór. Potem my. Nie powiem
żebym czuła się komfortowo w tej temperaturze i podejrzewam, że nie byłam w tym
poczuciu osamotniona, ale ogólnie rzecz biorąc udało się zaśpiewać co trzeba i
nie przynieść nikomu wstydu. Do domu wracałam z olbrzymią ulgą i potwornym
zmęczeniem na karku.

Czasem mnie ktoś zapyta po co mi to wszystko? Bo wciąż jestem zmęczona, wciąż
gdzieś biegam, nie mam spokojnych weekendów i choćby pół dnia na wylegiwanie
się w łóżku albo bezcelowe przechadzanie się parkową alejką i karmienie kaczek.
Ale co tu dużo gadać – przecież ja to kocham. A, że sobie muszę przy okazji
nieco pomarudzić, to już całkiem insza inszość. Szkoda mi życia na siedzenie w
miejscu. W końcu tyle jeszcze rzeczy można zrobić, w tyle miejsc pojechać, tyle
rzeczy pokazać Młodemu i tyloma się wzajemnie pocieszyć. A na kaczki i spacery
też znajdujemy czas, tylko słońce musi być i zwyczajny pracujący dzień. Bo w
weekendy kaczki napchane po sufit i szarmancko chromolą mój pieczołowicie
siekany w kosteczkę chlebek. Cholery jedne.

Z Igorem oboje mamy się dobrze.
Póki widzę, że jest szczęśliwy, też jestem.
Póki widzi, że jestem szczęśliwa, też jest.
Układ idealny. Przynajmniej póki dbamy o wzrok.

Na osłodę wszystkiego Igor dostał piękne buciki od Ciotki Agi z Lublina
a ja przepyszną szarlotkę od Papierówki. Co prawda przykład po raz
kolejny pokazuje, że marzenia na ogół spełniają nam nie ci, po których
się tego spodziewaliśmy a całkiem inni ludzie, ale to tylko utwierdza
mnie w przekonaniu, że takie miłe zupełnie niespodziewane niespodzianki
bardzo długo unoszą nam kąciki ust i jest to bardzo przyjemne. A jak
sobie uzmysłowię, że na straganach są już rzodkiewki, ogórki małosolne,
pomidory, które mają smak a także, że gdzieniegdzie czerwienią się już
truskawki, to ta wiosna taka nieco bardziej przyjazna mi się od razu
wydaje. Dam jej szansę, niech się jeszcze wykaże.

Z kamerą wśród zwierząt a z dwulatkiem u dentysty

Zawsze twierdziłam, że Dzieci są fajne, tylko strasznie długo się gotują. Potem wygerenowałam jedno własne i okazało się, że takie całkiem małe potrafią być nawet miłe i sympatyczne. Zwłaszcza momentami. Problem zaczyna się gdy na mglistym horyzoncie obolałych dziąseł pojawiają się pierwsze zęby. Gorączki, marudzenia i ryki, czyli kilka ładnych nocek z głowy. Kiedy już wyjdzie co wyjść powinno i Potomek się jako tako uspokoi, trzeba ten całkiem nowy garnitur kłów, siekaczy i trzonowców pielęgnować, szczotkować i nie okładać słodyczami. Bywa to niezwykle trudne, zwłaszcza gdy Młode niekoniecznie lubi duet: szczotka+pasta, pomimo naszych zachęt, starań i fajerwerków, za to za słodyczami przepada. Lokatora udało mi się uchować bez zbędnych cukrów i czekolady całkiem długo, ale jak wiadomo zawsze znajdzie się ten pierwszy ochotniczy ofiarodawca. A potem już leci.

Ostatnio na takiej jednej obywatelskiej dolnej piątce – bo od czasu do czasu bawimy się w krokodyla i mam wówczas panoramę racławicką w wersji light – moje bystre matczyne oko spostrzegło ciemną rysę. I nie był to mak z drożdżówki. Zaniepokojona tym odkryciem niezwykle, umówiłam Młodego na spotkanie z Doktorem Srebrzyste Wiertło. Uprzedziłam Doktora, że do czynienia będzie miał z niezwykle młodym Człowiekiem i upewniłam się, że ów nie zabierze się do niego jak pies do jeża, tylko z należytym wyczuciem. Lokatora zaś postanowiłam przygotować do spotkania nastawiając go absolutnie entuzjastycznie do każdorazowej prezentacji klawiatury. Powiedziałam gdzie pojedziemy i że Pan Doktor obejrzy lokatorskie ząbki i że tam pobawimy się w megakrokodyla. Po czym wykonaliśmy kilka sesji pod tytułem kto dłużej powie AAA i patrząc na szczęśliwego Dzecia, uznałam program zapoznawczy za zwieńczony sukcesem.

Jak wiadomo jednak programy zapoznawcze często lubią nie mieć nic wspólnego z rzeczywistością. Młody do ostatniego drzewka mijanego w drodze do gabinetu prezentował klawiaturę na każde zawołanie i wyszczerzał się z imponującą wręcz regularnością. A po wejściu na schodki doznał nagłego szczękościsku odmówił współpracy.

Nie ma bata!

Długo się zastanawiałam co tak naprawdę będzie mi potrzebne tego dnia i wahając się między apteczką z pełnym asortymentem środków opatrunkowych a kneblem i młotkiem, finalnie wybrałam puzzle, komplet ulubionych resoraków i najlepszą przyjaciółkę Żabę. To był strzał w dziesiątkę. Wprawdzie trochę zajęło zanim Młody pokazał choćby zarys zęba, ale nie poganiany i nie przestraszany badaniem na siłę, pobawił się z Panem Doktorem – choć nie powiem żeby akcja pacyfikacji trwała krótko – i w końcu doszło do okazania.
 
Doktor Srebrzyste Wiertło, prywatnie zagorzały wielbiciel i stwórca dwóch Potomków płci męskiej, po wstępnych a dogłębnych oględzinach orzekł, iż na razie poprzestajemy na porządnym szczotkowaniu, bo ryska jest niewielka a szkoda Lokatora do instytucji stomatologia zniechęcać. Ucieszyło mnie to bo oczyma umęczonej ostatnimi dniami duszy już widziałam te spektakularne protesty i słyszałam wrzaski oraz ryki. A tak to jakby mamy małe odroczenie i czas na dalsze ćwiczenia przed jakimikolwiek dalszymi praktykami stomatologicznymi.

Wyszliśmy zmęczeni – ja i rozgadani w temacie dzielności nad dzielnościami – Lokator ale sądzę, że największą ulge odczuł Pan Doktor. Myślę, że długo będzie razem z gabinetem dochodził do siebie. Nieopatrznie wręczył Młodemu – wielkiemu fanowi naklejek – kilka przylepców z reklamówkami jakiegoś leku albo innego siuwaksu. Jest szansa, że z linoleum udało się je usunąć możliwie w komplecie, ale nie opierałabym na tej szansie szóstki w lotto 🙂

Mam nadzieję, że za jakiś czas będzie łatwiej i mniej stresująco. Dla wszystkich.

Żarcik

W jeziorze Bajkał radzieccy naukowcy złapali nieznaną
rybę. Gdy mierzyli ją od głowy do ogona, jej długość wyniosła 4 metry,
a gdy od ogona do głowy – 3 metry.

Czy to możliwe?

Najzupełniej możliwe – na przykład od poniedziałku do piątku są
cztery dni, a od piątku do poniedziałku tylko 3.

Yes yes yes

Kandydat o podanym numerze Pesel został zakwalifikowany do przyjęcia do przedszkola: Przedszkole nr XXX do oddziału: Grupa I

Oddychamy z ulgą i szykujemy dwa razy więcej kasy co miesiąc. Batalia pod tytułem Idziemy Do Przedszkola zakończyła się sukcesem. Teraz tylko do środy musimy potwierdzić, że na pewno się nie rozmyśliliśmy i nadal chcemy biały ręczniczek z jabłuszkiem oraz nieograniczony dostęp do stylowej szafki na buty, paltocik ewentualnie.

Poza tym na zachodzie bez zmian.
Normalnie cieszyłabym się jak świnia w obierkach.
Tyle, że jestem a nastroju absolutnie nieprzysiadalnym niestety.

Weekend spędziłam na buszowaniu z Dzieckiem po ciuchlandach z okazji nagłej potrzeby ubraniowej, spacerach w deszczu, śpiewaniu na próbie w nowym zespole przy jednoczesnym wyjaśnianiu czemu Kubuś lubi Prosiaczka, choć ten jest różowy, urodzinowym nawiedzaniu koleżanki, czuciu się kompletnie nie na miejscu i w nieodpowiednim sosie, kontemplowaniu wieczornych tramwajów oraz obserwowaniu uczestniczącym życia pewnej bardzo miłej rodziny, z prawidłowo rozpisanymi i obsadzonymi rolami społecznymi, której serdecznie dziękuję za próby wyciągania mnie za uszy z różnych życiowych wąwozów oraz pozwalanie mi na drzemki gdy jestem ciut zmęczona i zasypiam odpowiadając na pytanie co u mnie.

Nowe Dziecko nieaktualnego już Nowego uczczę szklaneczką martini. Niech im tam będzie na zdrowie. Zupełnie za to nie rozumiem czemu nieodpartą potrzebę powiadomienia mnie o tym krótką wiadomością tekstową odczuła z nagła i nieoczekiwanie była, obecna oraz przyszła – nie wiem w jakiej konfiguracji występuje teraz, więc na wszelki wypadek wpisuję komplet – żona wyżej wzmiankowanego. Cóż, ludzie rozmnażają się z różnych powodów. Aczkolwiek przyznam, że scenariusz przewidywalny jak mydlany serial z Wenezueli. Nawet mi nie żal. Ot niesmak za formę i tyle.

A z testu z angielskiego dostałam 93,5 na 100 procent. Jak szaleć to szaleć.

Marzy mi się jeszcze ciepła szarlotka. Cała dla mnie. Bądź też placek ze śliwkami. A najchętniej i jedno i drugie. I równiutki tydzień, który mogłabym równo zagospodarować konsumpcją, czytaniem książek i wylegiwaniem się pod osobistym polarowym kocem w fioletową kratkę.

Betoniarka z wieńcem żeliwnym i inne takie

Był sobie kiedyś dowcip rodem z radia Erewań o tym, czy to prawda, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają Mercedesy? I niby owszem prawda, ale z małymi poprawkami: nie w Moskwie tylko w Leningradzie, nie
Mercedesy tylko rowery i nie rozdają tylko kradną.

No to ja chciałam się pochwalić, że byłam na koncercie U2.

I przyznaję, że przed spektakularnym omdleniem ze szczęścia powstrzymał mnie jedynie brak szezlonga. Bądź jakichś megaprzystojnych ramion męskich. Opcjonalnie. Bo jak już omdlewać to wiadomo gdzie. Bono był tak blisko, że zawarłam znajomość nawet z jego pryszczem na brodzie. A gryf gitary prawie załaskotał mnie w oko. W ogóle fajne chłopaki w tym U2.

Co prawda cała impreza miała miejsce w Warszawie, a nie w Argentynie i przez cały koncert siedziałam w fotelu ze śmiesznymi czarnymi okularami na nosie, ale i tak wrażenia niezapomniane. I ja tam nie wiem, może to i było w trzech wymiarach jednocześnie, ale osobiście jestem pewna, że przez jakiś czas byłam w czwartym.

Najpierw dostaliśmy te okularki i można się było udać na z góry obrane pozycje – najczęściej siedzące w miejscach, których numery wydrukowano na biletach. Następnie Średnio Wyluzowany Pan o grobowcowym głosie i urodzie bagiennej objaśnił wszystkim, że powinni siedzieć na tych miejscach przez cały czas i co najwyżej raz na jakiś czas poprawić umoszczenie. Nie wolno wstawać bo przez te okularki to się dużo wydaje i możnaby na ten przykład nabić komuś albo sobie guza. Komórki to już wiadomo – każdy deko ciekawszy od neandertala wyłącza albo przynajmniej wycisza. Pan przypomniał. Życzył też przyjemnego odbioru i wygasł. Trochę mu współczułam, bo przez cały czas kiedy my wgapialiśmy się w tego pryszcza Bono, on musiał wgapiać się w nas i pilnować czy nikt nikomu nie wbija w przedziałek przygodnie napotkanej siekiery albo nie dusi się popcornem. Ale z drugiej strony musiał mieć niezły ubaw patrząc na rzędy ludzi w czarnych okularach siedzących w ciemności i szczerzących się do gigantycznego ekranu. Niektórzy, zapominając, że to złudzenie, machali odnóżami, piszczeli, klaskali i inne takie. A Pani przede mną to nawet odruchowo wrzasnęła gdy na ekranie ktoś z tłumu polewał znajomych i nieznajomych współpodrygiwaczy wodą. Dla mnie niesamowita była ta cała energia, z którą wyszłam z kina. No i oczywiście Bono na odległość dłuższego nosa. To robi wrażenie. Serio serio.

Gorąco polecam.

Z rzeczy mniej koncertowych a bardziej przyziemnych ostatnio śnią mi się albo promocje w Castoramie albo własne pogrzeby. Betoniarki i wkrętaki to mało zabawne są ale własne uroczystości żałobne – proszę mi wierzyć – niezmiernie. Aczkolwiek do czasu bo na przykład na jeden nie przyszedł mój eks. To szuja. Tak mnie to wnerwiło, że się obudziłam. Jakby co będę go straszyć w nocy. Przysięgam. Niech sobie nie myśli. Miał przyjść i cierpieć a ja nawet po śmierci miałam wyglądać olśniewająco. Nieco sztywno co prawda acz olśniewająco. Głęboko mnie rozczarował. Doprawdy. I na kiego grzyba wbijali mnie w te szpilki? Ech. Faceci.

Nawet Brad Pitt był. No halo!

Blondyn z lokiem, wieczorowo

Lokator Wieczorny wita mnie od progu i stęskniony wczepia się każdym
dostępnym odnóżem w moje ramiona. Oplata mnie niczym liana i zasypuje
gradem dyszkantowych tu auto, tu żaba, a tu ciuchcia jedzie… widzis???
Tu następuje demonstracja jakich to nowych umiejętności nabyły od rana
nasze dobre, poczciwe zabawki z kartonu w rogu przedpokoju. No jakże
bym śmiała nie zobaczyć, Synu. Zwłaszcza, że zbliżenie Młody robi
całkiem spore prawie wkładając mi plastikową lokomotywę wielkości
małego kota w twarz.

Widzę kochanie, serio…

Jako klasyczny Mamut zmiękczam się w kolanach i zdejmując szalik oraz
buty już podziwiam, wypytuję, latam, gadam, pełen serwis… a lewym
palcem prawej nogi szykuję kąpiel, picie, bułecke i co tam jeszcze Szanownemu wyda się absolutnie niezbędnym do przeżycia następnych dziesięciu sekund.

Do kąpieli zapraszane jest pobliskie zoo. Dziwię się, że nie ma tam
sąsiada i matki Whitney Houston. Jest za to urocze stadko gumowych
hipopotamów, żółte kaczuszki w zróżnicowanych rozmiarach, gąbką z
żyrafą, pusty pojemnik z plastiku i wreszcie Delikwent. Następnie jako
przedstawiciel organu władzy dokonuję uroczystego wręczenia szczoteczki
do zębów z odrobiną pasty i doglądam niezbędnych ablucji. Najpierw
zębów lokatorskich a później wszelkich innych, mniej lub bardziej
wyimaginowanych.

A no i zapomniałabym o rybie. Ryba to podstawa kąpieli. Jest duża,
kolorowa i piszczy. Nie wiem czy istnieje jakaś inna piszcząca ryba ale
jeśli nie to natentychmiast powstać powinna – ta daje czadu. I tak
gdzieś pośrodku tego wszystkiego znajdujemy Lokatora, pomiędzy jednym a
drugim hipkiem, obściskującego bezceremonialnie i w najlepsze swoją
rybę. Pełnia szczęścia, miód i orzechy.

Dramat numer jeden następuje gdy wyciągamy Dziecko z wody. Dziecko
bowiem po mamusi, prócz oszałamiającej dawki uroku osobistego i oczu
niebieskich sztuk dwie, odziedziczyło najwyraźniej ascendent w Wodniku
albo mowiąc prościej wannolubność. Zwierz łazienkowy i ze mnie i z
Niego. Ręcznik zaś zabiera wolność, równość i ochronną warstwę
czegośtam, chyba sebum. W każdym razie Młody najchętniej zamieszkałby
na stałe w wodzie i tylko pluszowa ukochana żaba, która z kolei może
egzystować tylko na lądzie i to suchym, powstrzymuje go zapewne przed
wykształceniem sobie otworów skrzelopodobnych.

Gdy jednakowoż udaje się już Lokatora spacyfikować, zawinąć w ręcznik i
dostarczyć do pokoju celem wpakowania w piżamę i uśpienia, przechodzimy
do następnego punktu programu – zawiska Generalnych Oględzin, czyli
przeglądu całkiem nowych i zupełnie starych ran z pola boju. Każdy
siniak, każde zadrapanie i każde zaczerwienienie trzeba objaśnić – Igor
– i pocałować na dobre się_gojenie – mama.

O tu mama, tu popac jesce – Lokator z dumą prezentuje okazałą
rysę na czole jakby to było zdjęcie zatkniętego własnoręcznie na
szczycie Mount Everestu proporca
A tu co się stało, Synu? – zapytowuję z troską
Kolega autem Gigora – wyjawia i – zółtym – miękkim głosikiem doprecyzowuje Syn

I tu nie wiem czy auto faktycznie było żółte czy czerwone, bo Młody
praktycznie tylko ten kolor nazywa a także nader często podciąga podeń
wszystkie inne barwy tęczy i okolic. Ale to jakby mało istotne.

Bolało? – upewniam się czy nie trzeba może pocieszać albo co
Niee – bez namysłu odpowiada Młody – O i tu i tu jesce – dodaje wskazując na nową zdobycz – tes kolega, tes

Oglądam otarty palec i udając, że jest to niezwykle poważne obrażenie jednocześnie chwalę Dziecia, że taki dzielny i przeżył.
Pęka z dumy.

Pociałuje! – podsuwa mi palec pod nos dołączając imperatyw kategoryczny

Całuję, a jakże.

A oddałeś koledze chociaż? – cóż… nie byłabym sobą

Pośród blond loków następuje mała reminiscencja myślowa.

Taak.

I uśmiech od ucha do ucha.
To szelma 😉
Po mamusi.

Sobota

Zdążyłam zakochać się w Modiglianim i go serdecznie znienawidzić. A potem zrozumieć. Popłakać się kilka razy ze wzruszenia i kilkanaście ze śmiechu. Pobuszować po sklepie, wypić dobrą kawę i zjeść hektolitr pomidorówki z karmelowymi waflami na deser. Posłuchać, popatrzeć i pobyć. Spotkać się i rozstać. A to wszystko w jeden dzień.

Dzięki dziewczyny – do następnego mam nadzieję!

A film: "Modigliani. Pasja tworzenia" polecam. Bardzo.

Cała prawda o radzieckim termosie

No dobra, tak na serio to wszyscy wiemy, że bym nie wytrzymała. Ale sami przyznacie, że troszkę się nabraliście. Tak odrobinę przynajmniej i poczuliście mrówki na krzyżu. No prooooszę.

Przyznam, że zawiesiłam notkę a potem zaglądałam co godzinę sprawdzając komentarze. I już przy pierwszym musiałam niemalże odgryźć sobie obie ręce żeby nie napisać "żartowałam!". Ale jestem twarda jak Roman B. Dałam radę.

No dobra, tym razem jednak nie mogę bo odgryzę sobie język. To mówię, w sensie, że piszę.

W związku ze związkiem, że już jest 2 kwietnia i można przestać żartować to mam NJUS ROKU. Ba! jak dla mnie to nawet pięciu – prawie prawie Biko, to fakt 😉 – lat.

Otóż… tu werble poproszę i inne kastaniety…

RADZIECKI-TERMOS BĘDZIE WYDANY W FORMIE… KSIĄŻKI !!!

tu pozostawiam miejsce na piski, omdlenia na szezlong i całą resztę rozmaitych wyrazów


Nie wiem jak Wy, ale ja oddycham do torebki!
Do zajebiście pojemnej papierowej torby, do której mogę wsadzić głowę i zapytać którędy na pocztę.
I tym razem to nie jest Prima Aprilis.
No cieszę się jak nie wiem co.
O matko!

Wdech – wydech, wdech – wydech, spokojnie…

Teraz tak. Poza tym, że cieszę się bardzo, to kompletnie nie wiem jak to ugryźć żeby wybrać te obiektywnie najlepsze kawałki i żeby nagle nie zrobiła się z tego encyklopedia. Bo to ma być książka do autobusu, tak? W dodatku dla Was. Taka prawda. Umówmy się więc, że za te wszystkie przeczytane tu literki teraz Wy mi pomożecie. Dobra?

No, się wie!

Uprasza się KAŻDEGO CZYTELNIKA o wybranie 11 jego subiektywnie ulubionych radziecko_blogowych notek ze wszystkich lat (jak ktoś chce to może oczywiście więcej ale 11 to wymóg obligatoryjny) i wklejenie linek do nich w komentarze. Do poniedziałku. I bardzo proszę o rzetelne podejście do sprawy i nie robienie uników. Jeśli ktoś wstydzi się w komentarzach, bo na ten przykład nie chce otwarcie się przyznać, że czyta, albo na przykład mnie nie lubi a zagląda z nudów, to można mi te jedenaście linek wysłać mailem. Ale bardzo o nie proszę. Chciałabym tylko by naprawdę każdy z Was dał mi ten kawałek swojej uwagi i zaangażowania. Myślę, że to niezbyt wygórowana cena za nieograniczony dostęp do mojego prywatnego kawałka podłogi, który bądź co bądź wybieracie co jakiś czas by gdzieś tu usiąść i sobie pobyć.

A jedenaście bo to taka fajna liczba 🙂

No to kochani… do dzieła!
Całuję w czubeczki