Chciałabym mieć nieograniczony niczym zasób wolnego czasu. Wolny czas to takie tajemnicze zjawisko, którego nie stwierdziłam w bliskim otoczeniu przez kilka ostatnich lat, a które ponoć – jak twierdzą nieliczni szczęśliwcy… jest po prostu boskie. Gdybym miała tego wolnego czasu do wypęku, prawdopodobnie przez pierwszy tydzień leżałabym i pachniała, ewentualnie siedziałabym i pachniała, a od czasu do czasu uskuteczniłabym mikroprzechadzkę, na szezlong. Po tygodniu, no dobra może dwóch, trafiłby mnie szlag jasny oraz nagły i w te pędy wróciłabym do dawnych zajęć, które nieodmiennie ciasno wypełniają mi dni. Pewnie, że sobie marudzę i to często, nie znam niemarudliwych ludzi, ale przy okazji tego marudzenia całkiem sporo można zrobić.
Mogę bardzo dużo. Na przykład obiad. Zapas kopytek na cały tydzień i bitki w sosie. Sałatkę krabową i owocową, bo Igo tak lubi. Albo porządek w skarpetkach. Bo przy okazji porannego zaspania zawsze mnie różnorodność par zaskakuje. W nocy się mieszają czy jak? Pójść na próbę chóru mogę, albo drugiego, bo przecież obecnie mamy na tapecie dwa. I mogę porozmawiać przez telefon z całkiem obcym człowiekiem, bo znajoma prosi, bo ona już nie ma siły tłumaczyć mu, z czego się wychodzi, jeśli się ktoś bardzo uprze. A ja uparta jak stado osłów jestem. Więc porozmawiam. I nawet mu pokażę którędy wyjść można. Mnie łatwiej bo już po. Mogę nagrywać książki dla tych, którzy czytać nie mogą, bo nie jestem samolubem i skoro mam oczy oraz w miarę poprawną dykcję, to warto zrobić z tego pożytek. I otwarcie pokłóciłam się z Taką Jedną, która chciała za to brać pieniądze, bo to niesmaczne. Ona i tak jest bogatsza. Ona ma wzrok. Mogę iść z Dzieckiem do parku i tarzać się w liściach. Albo wieczorami puszczać sobie muzykę na słuchawkach i tańczyć w samych majtkach. Bo tak lubię. A majtki bo do czegoś trzeba przypiąć mp3. Nie wiem czy ktoś też ma takie hobby, że jak położy Młode spać, to skacze po mieszkaniu z Sepulturą na uszach, ale mnie to robi wybornie… na samopoczucie, na talię, na biust całkiem nieźle, na sąsiedztwo chyba też. Mogę też na przykład oszczędzać i przez trzy miesiące jeść tylko jeden posiłek dziennie, by kupić sobie ulubione perfumy. Albo kolejny zestaw książek. Dzieć z zasady ma wszystko. Ja mogę dowolnie reorganizować swoje potrzeby, ale do perfum, bielizny i książek mam wielką słabość.
Co robię? Różne rzeczy robię. Jak słucham pięknej muzyki to płaczę. Przeważnie w partiach smyczkowych tak mnie to chwyta za gardło i gulę robi. Albo jak ktoś ma taki tembr głosu, że mi się włosy na karku jeżą, to mimowolnie przygryzam usta. Dolną wargę po prawej. Seal ma na przykład coś takiego w głosie, albo Nosowska, Bartosiewicz stara też miała, bo teraz to nie wiem. Jak przypomnę sobie dowcip, to wybucham gromkim śmiechem bez względu na to, gdzie akurat jestem, w tramwaju notorycznie rechoczę i dam sobie obciąć wszystkie rozdwojone końcówki, że wśród niektórych mam status całkiem czynnego wariata. Mam fioła na punkcie fioletu, czereśni i pięknych zdjęć. Potrafię spóźnić się do pracy bo się zaczytam, zapatrzę czy zamyślę. Potrafię pojechać w zupełnie przeciwnym do zamierzonego kierunku, bo mam taki kaprys, bo chcę pokazać Lokatorowi jak wygląda ogród na dachu BUW albo wóz strażacki, albo dobrze mi się patrzy na czyjś profil i wyobrażam sobie jak bym wymieszała tempery żeby go namalować. Robię potrzebne i całkiem zbędne rzeczy. Robię burze w szklance wody i rzucam talerzami, albo wrzeszczę. Tylko na Igo nie, bo w ogóle mnie mierzi wyżywanie się na Dzieciach. Zwracam głośno i dosadnie uwagę gdy ktoś traktuje Dziecko jak przedmiot i nie ukrywam, jeśli coś mnie wkurwia, że mnie wkurwia. Nie szukam zamienników, rzucam mięsem i przyznaję, że nie jestem najprostsza w obsłudze. Butna jestem i pyskata, uwielbiam riposty i robienie kretyna z kogoś, kto ma o sobie zbyt wysokie mniemanie, z premedytacją. Z niepewnych i nieśmiałych nie drwię, tym wolę pomóc. Nie chcę być do końca życia sama, ale wiem, że nie mam już energii na rozmowy o tym co lubiłam w przedszkolu i czy miałam ładne warkoczyki oraz czy w okresie buntu i naporu piłam tanie wina na Agrykoli czy też byłam grzeczna i nigdy, przenigdy, nic. Za leniwa jestem. Ponadto prawdopodobieństwo, że ktoś poza mną, Igorowskim – bo jeszcze musi – i Pan Kotem – bo i tak ma schizofrenię – wytrzymałby ze mną na dłużej, jest takie jak to, że zmienię płeć, zapuszczę na klacie karakuły i zrobię w Hollywood karierę amanta. Na pewno jednak z pewną ulgą przyjęłam koniec pytań ze strony otoczenia o moje ewentualne zamążpójście. Wygląda na to, że nawet Straszna Ciotka spisała mnie na straty i stwierdziła, że łatwiej będzie wyswatać mumię Lenina z mauzoleum.
Jak widać średnio nadawałabym też się do agencji reklamowej.
Ostatnio wszczęłam na osiedlu burdę, bo zażyczyłam sobie od Pana, awanturującego się, że Wiola (mój niedawny gość weekendowy) stanęła na "jego miejscu", okazania dokumentu poświadczającego wykupienie "miejsca parkingowego". A trzeba sobie wyobrazić starą kamienicę, jej podwórze ze sklepem rodem z PRL-u, altaną śmietnikową i przerdzewiałym trzepakiem, na tym podwórzu kawał przestrzeni pod tytułem: tu parkuje każdy, wszystko i jakkolwiek. Koronnym argumentem Pana było, że "przecież on tu zawsze stał". Ontologicznie rzecz ujmując ów Pan był bardziej na miejscu niż sam parking, jednakowoż postanowiłam zadziałać siłą spokoju i mieć wszystko głęboko. Zen. Zwłaszcza, że wolnych miejsc do parkowania było sporo. Pan zagroził mi piekłem, oddalił się wściekły jak sam diabeł i wraz z popierającymi go mieszkańcami skrył w przeciwległej klatce. Przynajmniej dobrze wpłynęłam na jego ciśnienie.
A do piekła i tak pójdę. Bo tak.
Przynajmniej będzie mnóstwo znajomych 😉
_________________________
Ewa – nic prostszego – adres mailowy jest gdzieś tam poniżej