Nigdzie nie wyjeżdżam jakby co.
Książę Małżonek był na kontroli z Młodym.
Pani Doktor się nie podobały tym razem uszy.
Janek dostał antybiotyk na trzy dni.
Ja dostanę cholery.
A Plus Jeden to już nie wiem czego, bo przez ostatni tydzień to On miał Tacierzyński i siedział z Dzieciem w domu.
Siostra wyjechała na urlop do Włoch na narty. Ona, mąż + trzy córki. I do tego wszystkiego Dolina Słońca. Cud, miód i orzechy.
Najpierw trafiła z najmłodszą do szpitala z okazji zapalenia oskrzeli. Wyszły i dwa dni później siostra złamała nogę – kość udowa, operacja, szyna – ogólnie rzecz biorąc mało fajnie. Na szczęście kręgosłup cały. Ale ból podobno straszliwy… Wracają w przyszłym tygodniu. Słaby ten urlop, oj słaby.
Mam nadzieję, że Jaś się do tego czasu wykuruje bo teraz będzie do zaopiekowania siostra i mała Zosia, z całą ruchliwością swoich ośmiu miesięcy.
Plan jest taki, że raniutko będę zawozić Młodego do żłobka, stamtąd do Siostry do Łomianek i potem wieczorkiem do domu do Rembertowa, jak już reszta domowników wróci i przejmie kwestie opiekuńcze.
Czyli: autobus, pociąg, metro, żłobek, autobus (jestem u siostry), a z powrotem to już tylko autobus, metro, pociąg, autobus (jestem w domu).
Ambitnie, prawda?
Ale wierzę, że da się. Musi.
Plusem jest to, że przynajmniej nadrobimy nasze siostrzane rozmowy, których przez ostatnich kilka lat za wiele nie było. A sądzę, że warto to zmienić.