Pourlopowo

Trzeci dzień po urlopie a nadal mam wrażenie jakbym należała do innej galaktyki.

Człowiek się bardzo szybko odzwyczaja od codziennej polki kurcgalopki a potem strasznie opornie się do tego wraca.

W myślach nadal szum fal, rower i flądra U Rybaka na Helu. Ech.

Puk, puk

Jestem tu. Zaglądam, przymierzam się, czaję chyba. Jakoś nieswojo i trudno się ogarnąć, ale jestem. Mam nadzieję, że wrócę do pisania, bo chyba mi tego brak.

Trudny czas ostatnio.

Dokończ zdania

Artykuł

W nawiązaniu do artykułu powyżej…

Lubię być mamą bo:
– to wspaniałe uczucie być dla kogoś całym światem
– dzięki temu dorosłam, ale na szczęście nie do końca
– mam kochane dzieci, od których codziennie dostaję całe morze miłości i ciepła

Mam takie marzenie:
– wychować dwóch dobrych, mądrych i opiekuńczych, po prostu fajnych facetów
– by odbyło się to możliwie bezboleśnie – bez trzaskania drzwiami i z umiarkowanie lekkim „okresem buntu i naporu” młodocianych
– zrobić/robić jeszcze coś ważnego poza macierzyństwem

Gdyby nie Igor i Jaś to:
– moje życie byłoby z pewnością prostsze w obsłudze… ale nie byłoby tak pełne, nasycone emocjami, kolorowe i szczęśliwe
– nigdy nie dowiedziałabym się jak mocno i bardzo można kogoś kochać (poza tym fascynującym etapem zakochana, gdy ma się „motyle w brzuchu”)
– na świecie byłoby okropnie pusto i smutno

Aczkolwiek czasami mam oczywiście ochotę pizdnąć wszystko w cholerę, wyjechać na Bali i wystąpić o azyl klimatyczny oraz umieszczenie na odludziu. Czasami 😉

A Ty jak dokończysz swoje zdania?

Dzień Matki i skrzydła

Z okazji wczorajszego Dnia Matki dowiedziałam się, że nie mam prawa do posiadania pasji. Mam prawo do posiadania rodziny i poświęcania się dla niej. W imię umiarkowanej akceptacji otoczenia. Mogę się ewentualnie pasjonować prasowaniem.

Posiadanie pasji równa się ostracyzmowi, gdyż jest to fanaberia, na którą można sobie pozwolić, gdy ma się za dużo wolnego czasu i zero zobowiązań. Jeśli jest się matką pracującą zawodowo na pasję nie ma już miejsca – taka matka powinna wracać w te pędy do domu i czerpać szczęście wyłącznie z ciepła domowego ogniska (po drodze radośnie przebiegając przez mosteczek w równocześnie zakrzywionej rzeczywistości i robiąc sprawunki). Nie ma miejsca na inne źródła szczęścia.

Z okazji Dnia Matki usłyszałam, że nie zajmuję się dziećmi, zaniedbuję rodzinę, wyjeżdżam sobie gdzieś na weekend z chórem, porzucając najbliższych, świetnie się bawiąc (cud boski, że po powrocie nie czekał na mnie Fakt i Superekspress z publiczną chłostą i odebraniem praw rodzicielskich) i ogólnie rzecz biorąc wszystko leży odłogiem a ja się spełniam. Kosztem innych oczywiście.

Z okazji Dnia Matki dowiedziałam się, że jestem Złą Matką. Najgorszą z możliwych. A to wszystko, bo zadzwoniłam z życzeniami z okazji tego dnia do Innej Matki.

Kiedyś sądziłam, że szczęśliwe Dziecko to szczęśliwa Matka, a szczęśliwa Matka to szczęśliwe Dziecko. Bardzo się myliłam. Matka może być nieszczęśliwa. Ważne, by była w domu. Mój Mąż jest tego samego zdania. Właściwie już chyba tylko moja Mama stoi po mojej stronie. Ale chyba niepotrzebnie, bo przestaję mieć siłę na cokolwiek. Niestety. Po pół roku przepychanki jedynym plusem tej sytuacji jest możliwość założenia spodni, w które od dawna się już nie mieściłam.

Z okazji i bez okazji życzę wszystkim Matkom, Mamom i Mamusiom, by zawsze czuły się doceniane, kochane, ważne i wyjątkowe. I żeby nikt nigdy nie podcinał im skrzydeł. Niech latają wysoko i wracają szczęśliwe po końce palców.

Młody szaradzista

Igor postanowił ułożyć krzyżówkę. Do tego ambitnie układam dotąd, aż udało mu się wykorzystać wszystkie dostępne jaśkowe klocki. Co prawda toffi pisze się przez dwa f, ale to przecież drobiazg.

Całe szczęście, że zdążyłam dzieło uwiecznić, bo po chwili przycwałował Janek i krzyżówka przybrała nieco bardziej rozproszoną formę 🙂 Jak nic najmłodsza latorośl jest wielbicielem kubizmu.

Ech, życie… Dobrze, że braterska miłość jest tak bezgranicznie wielka – Igor tylko westchnął, po czym dalej dzielnie układał z Jankiem klockowe wieże. Takie efemeryczne dość.

Z dzieciamy czytamy

Dziś Międzynarodowy Dzień Książki Dla Dzieci.

Pamiętacie ulubioną książkę z dzieciństwa?
Moja to Dzieci z Bullerbyn.

A ulubione książki Waszych dzieci?
Podzielcie się informacją 🙂

fotka z ryjbuk.pl

O chlebku co wygladał

Dziś w piekarni zadałam Pani ekspedientce pytanie o bułki, które zobaczyłam na półce. Takie jak kajzerki, tylko z dziurką na sól. I z solą w rzeczonej.

Pani spojrzała na mnie zza obfitego biustu wzrokiem pełnym najwyższego potępienia i odfuknęła oburzona:
– To nie są bułki, proszę Pani. To jest CHLEBEK DO ŚWIĘCONKI !!

Mogłam w sumie powiedzieć, że poproszę 2 na kanapki ale powiedziałam tylko, że najwyraźniej nie jestem specjalistką od święconek 🙂

Człowiek się uczy całe życie…

Dobrych świąt Wam życzę 🙂

Z cyklu: zaczepki na gadu-gadu

Xyz – mam pytanie, czy gdyby Twój partner zaproponował Ci trójkąt, zgodziłabyś się?

Bajka – wolałabym fagot

Xyz – tzn?

Bajka – google.pl, paa.

————————–

Myślicie, że naprawdę szuka, czym jest fagot??

Mogłam w sumie napisać rożek angielski – byłoby bardziej perwersyjnie…

Luty miesiącem logistyki

Nigdzie nie wyjeżdżam jakby co.

Książę Małżonek był na kontroli z Młodym.
Pani Doktor się nie podobały tym razem uszy.
Janek dostał antybiotyk na trzy dni.
Ja dostanę cholery.

A Plus Jeden to już nie wiem czego, bo przez ostatni tydzień to On miał Tacierzyński i siedział z Dzieciem w domu.

Siostra wyjechała na urlop do Włoch na narty. Ona, mąż + trzy córki. I do tego wszystkiego Dolina Słońca. Cud, miód i orzechy.

Najpierw trafiła z najmłodszą do szpitala z okazji zapalenia oskrzeli. Wyszły i dwa dni później siostra złamała nogę – kość udowa, operacja, szyna – ogólnie rzecz biorąc mało fajnie. Na szczęście kręgosłup cały. Ale ból podobno straszliwy… Wracają w przyszłym tygodniu. Słaby ten urlop, oj słaby.

Mam nadzieję, że Jaś się do tego czasu wykuruje bo teraz będzie do zaopiekowania siostra i mała Zosia, z całą ruchliwością swoich ośmiu miesięcy.

Plan jest taki, że raniutko będę zawozić Młodego do żłobka, stamtąd do Siostry do Łomianek i potem wieczorkiem do domu do Rembertowa, jak już reszta domowników wróci i przejmie kwestie opiekuńcze.

Czyli: autobus, pociąg, metro, żłobek, autobus (jestem u siostry), a z powrotem to już tylko autobus, metro, pociąg, autobus (jestem w domu).

Ambitnie, prawda?
Ale wierzę, że da się. Musi.

Plusem jest to, że przynajmniej nadrobimy nasze siostrzane rozmowy, których przez ostatnich kilka lat za wiele nie było. A sądzę, że warto to zmienić.