Dziwnie dziś

Pan doktor w białym kitlu powiedział mi dziś, że mam pecha…

To jego wytłumaczenie na wszystko.

Potem spojrzał na Mamuta, jakby to Ona była wszystkiemu winna, że urodziła dziecko, które od przedszkola tuła się po przychodniach, poradniach, klinikach i lecznicach i stwierdził, że oni mają związane ręce.

Nie mają funduszy.
Podobnie jak ja…

Nic nie mogą pomóc.
Mogą mi napisać, że odmowne pisemko, których cały stos przez te wszystkie lata się zebrał i z tym pisemkiem możemy się udać „gdzieśtam”, czyli przekładając z polskiego na nasze – mają to wszystko bardzo głęboko.
Wydeptałam już wszystkie ścieżki…
Pan doktor próbował ze swoim białym kitlem nie zatrzeć dobrego wrażenia, którym, jak mu się wydawało, zaatakował nas na wstępie.

Dowiedziałam się najpierw, że „taka ładna, młoda dziewczyna nie powinna się tyle smucić” a potem, gdy poznał sprawę…

ma pani pecha…

mnie też jest przykro

Wyglądam przez okno – na oczach mam sen…

Wieczorami, gdy jadę autobusem albo siedzę w pracy dłużej niż wypadałoby szanującemu się pracownikowi (czyli za często), lubię sobie wyglądać. Przez okno. Ot tak. Przyglądam się ludziom z zewnątrz i mam kilka swoich ulubionych „dziurek od klucza”. Czasem zza burej szyby 195 uśmiecham się do smutnej pani na Mickiewicza, która zawsze w tym swoim oknie samotnie i nieubłaganie tkwi, zupełnie jakby wypatrywała kogoś, kto już nie przyjdzie. Wiem, że Ona mnie nie widzi, ale mam nadzieję, że chwilami robi się Jej jakoś cieplej nieco. Innym razem, gdy wiezie mnie 515, odwiedzam pewną sympatyczną rodzinkę, która całkiem niedawno powiększyła się o małe wierzgające zawiniątko i rudego kota. Lubię mieszkania na niskim parterze, z firankami zamiast żaluzji (niestety nieczęsto zdarzają się okna niczym nie przysłonięte) ale ci wszyscy ludzie chyba zdają sobie sprawę, że ktoś może lubić to samo co ja a niekoniecznie musi im się ta perspektywa podobać. Dlatego zasłaniają domowe „oczy” wszystkim czym się da. Niektórzy jednak lubią niczym niezakłóconą przestrzeń szyby i pozwalają przechodniom być uczestnikami własnego życia. Ponoć postępują tak mili i otwarci na świat ludzie. Ten stan rzeczy nie ma związku z przesadnym ekshibicjonizmem a raczej z charakterem tzw. człowieka przyjaznego społeczeństwu. Nie wiem czy to prawda czy jeno mit ale coś w tym jest, bo z takich okien bije po zmroku bardzo ciepłe światło. Nie odbija się w takich szybach zimna poświata telewizyjnego ekranu (jak w sześćdziesięciu innych oknach, po czym można poznać, że pół bloku ogląda tę samą telenowelę) a wspólne kolacje przy jednym stole i zabawy z dziećmi. Niemal usłyszeć można (wystarczy odrobina wyobraźni) wesołe psie szczeknięcia, albo wrzaski gdy atakuje łaskotkowy potwór. Takie sielankowe widoczki jednak wcale nie napawają wszystkich wybitnym i długotrwałym optymizmem. Owszem przez chwil kilka japka sama się śmieje i pasażerowie robią dziwne miny widząc to szczęśliwe indywiduum z nosem przy szybie, ale później, czy to przez unikalność takich zjawisk (bo niestety mało ich jest bardzo), czy to przez własnego smutasa hodowanego na „czarną godzinę” gdzieś we wnętrzu, robi się dziwnie i samotnie jakoś bardziej jakby. Bo to z jednej strony smutne wydawało by się przeciętnemu czytelnikowi takie wypatrywanie cudzych okruszków i jakąś chorobą zajeżdża wręcz ale potem uzmysłowić sobie można, że ja to po prostu naprawdę bardzo lubię. Od zawsze obserwuję ludzi (może dlatego właśnie kiedyś kiedyś zaczęłam interesować się psychologią) i od zawsze sprawia mi przyjemność widok cudzego uśmiechu. Przyjemnie jest popatrzeć na szczęście pod każdą jego postacią. Równie przyjemnie a czasem nawet śmiesznie jest popatrzeć na wiele innych rzeczy. Po drugiej stronie ulicy na ten przykład w moim miejscu pracy nie tak dawno otworzyła się towarzyska agentura. Otworzyła się na balkonach dwóch, rozrzuciła ulotki na niczego nie podejrzewających przechodniów i pomalowawszy się na wściekły fluorescencyjny różyk, jęła działać. Wtedy się zaczęło. Oburzenie zdewociałych sąsiadek podbierających sobie uprzednio słoiki z balkonów i plujących wzajem do kwietnych chaszczy rosło, rosło aż osiągnęło kulminacyjny punkt i znalazło ujście w wojnie na jaja + pomidory rzucane w kierunku znienawidzonej kancelarii rozkoszy. Obserwowałam z niemałą uciechą jak „wydepilowane Sandry” w przezroczystych peniuarach, puszyste Zofie – kameralnie i filigranowe „dwójeczki” gwarantujące dyskrecję i niezapomniane doznania odpowiadają na te ataki wodnymi bombami z prezerwatyw. Zadziałało jak woda święcona na Draculę – dewotki wyniosły się leżeć krzyżem w kościołach a paniusie w negliżu w podobnej pozycji pod klientami. Ot taki sobie zwykły widoczek – a ile radości. Agentura prosperuje świetnie a „święte” sąsiadeczki dalej zasilają budżet kleru dając na tacę drobniaki i oskubują sobie balkony z kolejnych gadżetów. Standardowo. A mnie się przypomniał pewien widoczek z przeszłości mej buńczucznej, gdy to jako nastolatka z losem nie pogodzona, próbowałam go zmieniać malując włosy plakatówkami albo przerabiając kolejne spodnie na lampiany abażur bądź odwrotnie. Zmieniałam świat od siebie i swych włości ruchomych zaczynając razem z koleżanką w jej mieszkaniu na jednym z warszawskich blokowisk, gdy nagle naszą uwagę przykuł widok z okna. Przedstawiał ów widok sąsiada z naprzeciwka, który w stroju uznanym społecznie za pierwotny, wydziwiał przed dużym lustrem w szafie wnękowej rozmaite harce. Sąsiad prezentował się nader okazale i starszy był od nas o jakieś 10 lat ale wówczas różnica ta większą wydawać by się mogła z uwagi na nasze całkowite zidiocenie młodzieńcze i totalną jeszcze wtedy nieznajomość płciowej anatomii. Bardzo wczesne to nastoletnie lata bowiem były a i czasy nieco inne – mniej znacznie można było zobaczyć w mediach niż obecnie tak z braku dostępu jak i z nieobecności rzeczy za nieobyczajne uznawanych w tychże mediach. Grunt, że wrażenie sąsiad zostawił w naszej pamięci niezatarte i następnego wieczoru, pod pretekstem kolejnych absurdalnych czynów dokonywanych na naszych jednostkach, mogłam nocować u Agnieszki. Zapowiadał się wieczór pełen emocji bo koleżanka z ojcowskiego pawlacza buchnęła wojskową lornetkę. Z wypiekami na twarzach czekałyśmy na wieczór, a mama Agi raz po raz zaglądała do nas, czy czegoś nie potrzebujemy bo podejrzanie cicho w pokoju było ale zbyłyśmy ją opowiastką, że duchy będziemy wywoływać i dlatego tak ciemno, głucho i w ogóle be. Łyknęła jak młody pelikan i poszła męczyć brata koleżanki o odrabianie lekcji. Czekałyśmy i czekałyśmy aż w oknie naprzeciw sąsiad wychynął z łazienki i zrzuciwszy z siebie gustowny szlafroczek zaczął się wyginać, przeginać i tańczyć, majtając przy tym czym popadnie. W akompaniamencie tłumionych chichotów i rechotów iście żabich wyjęłyśmy naszą tajną broń – lornetkę. I tu zaczęły się schody bo okazało się, że trzeba było coś dokręcać, przykręcać, przekręcać, odkręcać. Jak już zmontowałyśmy całość i zaczęło to wyglądać obiecująco, to okazało się, że ostrość to i może jest ale na pewno nie w tym czymś co udało nam się z mozołem wywalczyć. I znowu przykręcanie, pokręcanie, próbowanie – udało się. Szczęśliwe zebrałyśmy manele z parapetu i nastawiłyśmy na niezłe kino. Było naprawdę niezłe… sąsiad bowiem najwyraźniej dostrzegł kątem oka jakąś szamotaninę w półmroku naszego okna (latarnia ma przechlapane) i gdy skierowałyśmy nasz cud techniki w jego stronę – przyglądał się nam ciekawie zasłonięty grzecznie szlafroczkiem a na jego twarzy malowało się połączenie mile połechtanego męskiego „ego” i bezbrzeżnego zdumienia. Nieźle się musiał obśmiać, gdy zobaczył nasze miny. Następnego wieczoru w jego oknach przywitały nas zasłony. Tak się skończyła (przynajmniej na czas jakiś) nasza wczesno-nastoletnia edukacja seksualna.

Miłego dnia 🙂

Motocyklowo :)

Pani pyta dzieci w szkole kim chcą zostać w przyszłości.
Prawnikiem – mówi Małgosia
Lekarzem – mówi Zbysio
Harleyowcem – wyrywa się z ostatniej ławki Jasio!!!
???
A co robi taki harleyowiec? – pyta Pani
Jak to co?? Jeździ na Harleyu, pije piwo i posuwa panienki….
Jasiu, ale ty jesteś na to za młody!!!
Ale ja jestem młodym Harlyowcem – odpowiada Jasio
A co robi młody harleyowiec???
Młody harleyowiec jeździ na rowerze, pije oranżadę i wali konia

Wyniki torebkowe

Miesiąc minął czas zatem na podsumowanie sondy CO KAŻDA KOBIETA MA W TOREBCE/PLECAKU?

Łącznie oddano 117 głosów, a oto jak rozkładały się wyniki.

Najwięcej, bo aż 32% kobiet (38 głosów) nosi w torebce „pożółkłe i wyblakłe dawno dawno temu paragony, faktury vat, sklepowe metki, odcinki pocztowe, kwity z bankomatu i inne rachunki różnej maści służące obecnie do zapisywania numerów telefonu ewentualnych absztyfikantów”

23% badanej populacji wybrało odpowiedź wymijającą, czyli „inne niezwykle ważne i niezbędne do życia przedmioty codziennego użytku, które da się jeszcze tam upchnąć” – 27 głosów

Mój niekwestionowany faworyt – odpowiedź: „paczkę radzieckich prezerwatyw marki ‚Nu dawaj’ zajął za sprawą 15% głosujących trzecie miejsce (17 głosów)

Kolejne 10 osób (9% ogółu) nosi w torebce (lub twierdzi, że każda kobieta nosi) „podręczny zestaw młodego magika, czyli full make-up + szpachelka”

Na miejscu piątym mamy psychopatów amatorów (9 osób), którzy zaznaczyli odpowiedź: „nóż kuchenny, rozmiar dowolny ale im większy tym lepiej (pożądane są bardzo twarzowe i pełne gracji rzeźnickie tasaki)”8%

Następnie ex aequo dwie odpowiedzi z liczbą 4 głosów każda (po 3%):
„niezbędnik codzienny, czyli śrubokręty wszelakie z młotkiem w parze” oraz „‚wyjściowa’ bielizna lub jej jeszcze bardziej ‚wyjściowy’ brak zarówno w torebce jak i na właścicielce podręcznego bagażu”

Pozycja siódma to również dwie odpowiedzi (po 3 głosy i także 3% wybrało każdą z nich). Za głosem ludu idąc kobieta ma w torebce:
„kieszonkowy rozkład autobósów, tramwajów, pociągów, samolotów i wszystkich innych środków komunikacji dostępnych w promieniu 3 tysięcy mil świetlnych” jak również „dwie mocno sędziwe cytryny lub inne, równie mocno posunięte wiekiem, cytrusy”

Jedna z głosujących pań w torebce nosi „środek na komary w środku zimy i ciepłe rękawiczki w lipcu” (1%)

Inna pani (wszyscy wiemy która) ma za to „ząb trzonowy wyrwany przez stomatologa w gustownym plastikowym opakowaniu” (1%)

Nie przyznała się za to do zawartości swojej małej czarnej (brak głosu) właściecielka „rodzinnego albumu ze zdjęciami zamalowanego w stosownych miejscach czarnym lakierem do paznokci”

Dziękuję wszystkim za udział i zapraszam do kolejnej, tym razem bardzo męskiej, sondy 😉

tiaaa

Pytanie:

Czy można zjeść na śniadanie okrągły bochenek (mały) chleba w postaci kanapek z: żółtym serem z konserwową papryką, powidłami śliwkowymi, podsuszaną kiełbasą z ogórkiem i pastą jajeczną a do tego baton sezamowy i żelki Haribo oraz 4 mandarynki zapijając wszystko obficie sokiem ananasowym marząc jednocześnie o śledziu w śmietanie i nie dostać rozstroju żołądka???

Odpowiedź:
Można… sprawdziłam 🙂

Kilka dni temu

Znowu zachciało mi się kina. Zachcianki mają to do siebie, że jak sie ich nie spełni to rosną, kumulują się i atakują znienacka i ze zdwojoną siłą w najmniej odpowiednim momencie. Unikam niespełnionych zachcianek, więc do kina poszłam. Lubię i już. Kto by potem chciał biegać o 3 w nocy na stację benzynową po koreczki śledziowe, a tak właśnie mogłoby być gdybym teraz zignorowała głos mego wewnętrznego dziecka. Już ja się znam. Zatem poszłam za tym głosem i zawędrowałam do Kinoteki w PeKINie (czyt. Pałacu Kultury i Nauki). Bywam czasem w tym kinie, bo lubię ten iście peerelowski wystrój i tchnienie minionych dziejów – wysokie sklepienia, kryształowe żyrandole jak z balowej sali, ogromne lustra i skrzypiące drewniane schody. Zawsze przypomina mi to moje przedszkolne wyprawy ze Zdzichem na rozmaite wystawy i wchodząc do tego kamiennego monstruum (które jedni kochają a drudzy nienawidzą) mam nieodparte wrażenie, że nadal jestem bardzo małą dziewczynką. Kinotekę lubię także za kartę zniżkową, dzięki której mogę kupić bilety za 12 złotych (do pięciu sztuk i obojętnie w jakich terminach). Przydaje się czasem – zwłaszcza jak jestem przed wypłatą a zachcianka przyjdzie nie bacząc na dietę portfela. Bywa tylko krucho w tej Kinotece z repertuarem, bo ja lubię kino Muranów, Wars, Kultura, Rejs, Iluzjon, Paradiso, czy Kino Lab gdzie wyświetla się filmy określane mianem ambitniejszych a w PeKINie to jest misz-masz, czyli jak leci ale czasem i to jest mi potrzebne. Nie sposób ciągle oglądać tworów zmuszających do myślenia, a już na pewno po 14 godzinach pracy, więc postanowiłam obejrzeć coś lekkiego, łatwego i przyjemnego. Wybór padł na „Naciągaczy” Ridleya Scotta. Film powstał na podstawie książki Erica Garcii ale nie mogłam oprzeć się poczuciu, że niemały wpływ na całość miał „Dzień świra” i Koterski z jego boharetem fatalnym nękanym przez nerwicę natręctw i niespełnione marzenia. Ja do pana Kondrata nic nie mam (poza tym, że się zeszmacił nieco przez wałkowaną do bólu Ekstradycję LXXXVIII) i Adasia Miałczyńskiego zagrał dzielnie ale Nicholas Cage w roli cwaniaczka Roya to prawdziwy majstersztyk kinematografii. Rola niezwykle trudna i złożona jak kilometr drutu w butonierce, masa przygłosów, tików, znaczących ruchów i min – to niestety przerosłoby większość aktorskiej braci. Cage ma koszmarny wygląd. Brzydki, rozlazły i ciapowaty – zwłaszcza z tymi jego oczami umierającego na suchoty cocker-spaniela – stanowi dla mnie absolutne zaprzeczenie mężczyzny ale faktem niezaprzeczalnym jest, że czego się dotknie i w czym nie zagra, robi to świetnie a film odnosi wielki sukces. „Ptaśka”, „8 mm” czy „Oczy węża” mogłabym oglądać wiele razy i ciągle znajduję w jego warsztacie coś zaskakującego i wybitnego. Oprócz Cage’a grają tu jeszcze Sam Rockwell i Alison Lohman (z bardzo dobrej „Białej Orchidei”). W „Naciągaczach” znaleźć można dobry humor, zastrzyk adrenaliny, psychologiczne studium przypadku i odrobinę refleksji a to wszystko z domieszką naprawdę dobrych i ciekawie wykadrowanych zdjęć. Jest dobra akcja i jest element zaskoczenia i choć nie leją się hektolitry krwi a przemoc nie jest tu główną atrakcją, przeczuwam, że film znajdzie sporą liczbę widzów. Ja gorąco polecam, choćby dla samej gry pana Mikołaja.

Bywa i tak

Złapałam złodzieja. Za rękę. W przejściu podziemnym. Skubany niezły był – prawie nie poczułam jak próbuje rozpiąć mi plecak (tłum ludzi, każdy pędzi i się ociera) ale ja zmysły mam wyostrzone i nawet przez puchową kurtkę dam radę. Schodziłam po schodach. Moment. Nie odwracając się cofnęłam rękę do tyłu. Złapałam czyjąś dłoń. Dopiero wtedy odwróciłam się by popatrzeć kto zacz. Szczyl, nastolatek. Trendy wdzianko. Lans aż z niego kapał. Dzieciak „z dobrego domu” dorabia sobie do kieszonkowego albo chciał sprawdzić „jak to jest”. Jak na mój gust początkujący. Był za bardzo zaskoczony żeby się wyrywać, zresztą trzymałam tę pechową dłoń bardzo mocno. Bez słowa ruszyłam w stronę ochroniarza jak z dużym psem na smyczy. Chłopak coś tłumaczył, próbował się usprawiedliwiać, że mi się tylko wydawało ale gdy napotkał moje spojrzenie, zamilkł. Nie sądziłam, że pójdzie mi łatwo – myślałam, że będzie chciał uciekać, że go nie utrzymam (był wyższy, na pewno znacznie silniejszy) ale stanowczość czasem jest lepsza niż krzepa. Facet z plakietką „Security” wiedział w czym rzecz jak tylko rozluźniłam uścisk na nadgarstku młodego. Powiedziałam mu tylko „złodziej”. Młodemu opłynęła krew z twarzy – chyba dotarło wreszcie do niego kim jest. Nie poszłam z nimi na Policję – nie dadzą mi zwolnienia z pracy a nie stać mnie na bycie bezrobotnym w tym koszmarnym świecie. Zresztą i tak nic nie zrobią, jak zawsze. Mała szkodliwośc społeczna i nieletni sprawca – standard. Znam to aż za dobrze od podszewki. Dziwić się trudno w sumie – poprawczaki przepełnione mordercami więc drobnych złodziejaszków karmi ulica. Przykre? Może i tak ale za to prawdziwe. Skończyłam resocjalizację, pracowałam w więzieniu i w zakładach poprawczych, schroniskach i ośrodkach szkolno-wychowawczych też. Za bardzo w tym wszystkim siedzę by zdawać się na Policję ale są inne, sprawdzone już, sposoby. Na nowicjuszy bardziej działa kara psychiczna, piętno nadane przez innych niż zakład zamknięty.
Na pożegnanie powiedziałam młodemu:
– Na przyszłość uważaj do kogo startujesz, bo możesz się przejechać znacznie bardziej.
Odpowiedział mi:
– Skąd wiesz, że będzie następny raz?
– Po prostu wiem…
Wiem, że podziałało. Drugiego razu nie będzie.

Staczam się

Dostałam od Halki wiadomość z linkiem do jakiejś zabawy.

halkowa linka

Na ogół zlewam takie pierdoły rwącym strumieniem wiadomo czego, bo szkoda mi czasu ale teraz akurat dobrze się czasowo wstrzeliła. Trafiła na awarię naszego firmowego systemu a co za tym idzie miałam pół godzinki słodkiego nicnierobienia gratis. Zajrzałam, wypełniłam (w myśl śiętej zasady „a co mi tam i tak mądrzejsza nie będę”) i padłam… Zobaczcie jak wyglądałoby moje ewentualne tet a tet z bohaterem tolkienowskiej sagi o królu obrączek…

„Było sobotnie popołudnie, wybrałaś się do sklepu spożywczego, aby kupić gwoździe i proszek do prania. Zatrzymałaś się właśnie przy dziale z owocami.’ poziomki … mmm ‚ pomyślałaś, nic dziwnego, przecież je uwielbiasz. Nagle usłyszałaś za sobą znajomy głos mówiący… ‚Te owoce wyglądają wspaniale!’ Odwróciłas się i zobaczyłaś, ze to Gandzialf ! Stał przed Tobą i uśmiechał się. Przez głowę przemknęła ci tylko jedna myśl: ‚ łał ‚!!!! Gandzialf spojrzał i powiedział ‚uwielbiam poziomki ‚ ‚Ja też!’- odpowiedziałaś. ‚Ciekawy jestem co jeszcze mamy wspólnego?’- zażartował, a Ty uśmiechnełaś się słodko. Zaczęliście rozmawiać. Okazało się, że nie tylko lubicie te same owoce, ale faktycznie macie ze soba mnóstwo wspólnego. Odkryliście, że obydwoje np. uwielbiacie seryjnie mordować! Po miłej rozmowie, Gandzialf zapytał Cię, czy chciałabyś pójść z nim na kolację. Byłas w szoku, miałas ochotę krzyczeć ze szczęścia, ale starałaś się zachować spokój. ‚Jasne, stary’ powiedziałaś i podałaś mu swój adres, a on powiedział, że wpadnie po Ciebie o 19:00. Pożegnaliście się, szybko popędziłaś do domu by wymyślić jakiś olśniewajacy strój na waszą randkę. Długo nie mogłaś się zdecydować, aż w końcu postanowiłaś założyć Twoją ulubioną czarną sukienke, w której wygladałaś niewiarygodnie czadowo. Gandzialf przyjechał punktualnie. Gdy go zobaczyłaś, nie mogłas uwierzyć, że to on. Wyglądał świetnie. Miał na sobie wściekle różową koszulę i czarne włochate spodnie. W reku trzymał bukiet przepięknych koniczyn, podszedł do Ciebie i delikatnie pocałował w nos, potem powiedział, że wyglądasz klawo. Zapytałaś go dokąd pojedziecie na kolację, ale on z tajemniczym uśmiechem powiedział, że to niespodzianka. Podeszłaś do jego samochodu, czarnego trabanta, a Gandzialf otworzył Ci drzwi. Wsiadłaś do środka i byłaś ogromnie marudna. Gandzialf zawiózł Cię do restauracji Błękitna Ostryga i krzyknął ‚Niespodzianka!’ Powiedział Ci, że to jego ulubiony lokal. Gdy weszliście wszyscy oglądali się i uśmiechali do niego mówiąc ‚ciao Gandzialf!’ Domyśliłaś się, że często tu bywa. Usiedliście przy stoliku w zacisznym kącie, a On poprosił o butelke mleka. Kelner przyniosł listę dań. Ty zdecydowałaś się zamowić baranie udźce i pieczonego kruka. Gandzialf poprosił o kiszone ogórki. Byłaś ogromnie szczęśliwa i słuchałaś z wielkim zainteresowaniem jak opowiadał o swoich zainteresowaniach oraz swym nowym zwierzątku pytonie o imieniu Zofia. Ok. 23:00 Gandzialf wyjaśnił, że musi wracać do domu ponieważ czeka go jutro cieżki dzień, bo musi zakręcić sobie papiloty . Odwiózł Cię do domu i odprowadził pod drzwi. Spojrzał na Ciebie bardzo tajemniczo i wyznał, że spedził z Tobą bardzo miło czas. Zapytał, czy będziesz chciała kiedyś to powtórzyć, a Ty nie kryjąc radości odpowiedziałaś: ‚oczywiscie hany! Wtedy Gandzialf przysunął się bliżej, delikatnie położył swą rękę na Twoim łokciu i namiętnie pocałował. Kiedy odchodził, powiedział ‚Dobranoc mała, wpadnę do Ciebie jutro.’ Pomachałaś mu i weszłaś do domu. W nocy długo nie moglaś zasnąć. Wiedziałaś, że nigdy nie zapomnisz tego wieczoru…!”

I nic dziwnego – raczej ciężko byłoby zapomnieć seryjnego mordercę w różowej koszuli i włochatych spodniach, który na randkę przynosi bukiet koniczyn, zabiera mnie do baru dla gejów gdzie zamawia mleko i kiszone ogórki a potem całuje mnie namiętnie w łokieć i znika bo od rana kręci papiloty…

Miłego dnia

Szansa na sukces

Ktoś
pogadamy?
Ja
witaj – może innym razem
Ktoś
dlaczego?
Ja
jestem trochę zajęta
Ktoś
chciałbym Cię poznać
Ja
życzę powodzenia ale teraz pozwolisz, że wrócę do swych zajęć
Ktoś
daj mi choć szansę
Ja
na co?
Ja
na sukces to na Jana Pawła Woronicza eliminacje są – nie u mnie
Ktoś
czemu od razu mnie skreślasz
Ja
stary – ja Cię nie skreślam!
jestem w pracy i grzecznie Ci mówię, że jestem zajęta – paniatno?
Ja
albo odezwij się innym razem albo wcale – diecezja należy do Ciebie
Ktoś
a co robisz?
Ja
badam gruczoł krokowy mężczyzn przez nakłuwanie jąder rozżarzonym pogrzebaczem
Ktoś
to ja innym razem faktycznie
pa