Wywiad z wampirem – rzecz o fobiach i plastikowych bamboszach

Gdyby ktoś, jeszcze w piątek rano, powiedział mi, że zostanę honorowym dawcą krwi, to mało tego, że bym go wyśmiała – wyśmiałabym go podwójnie. Już sam widok zaiglonej strzykawki z panią w białym fartuchu do kompletu i zdanie „to będzie tylko szczypnięcie”, albo „nawet nic nie poczujesz”, przyprawia mnie o zimne poty, kołatanie serca i ciśnienie opadające w trybie mocno przyspieszonym – robi mi się źle, niedobrze i słabo. Brrrr. Niewiele jest rzeczy, których się boję. Pająki nie robią na mnie wrażenia większego niż chwasty w ogródku, ciemność lubię, z klaustrofobią ani lękiem wysokości problemu nie miewam, myszki lubię i nawet hodowałam onegdaj sporą gromadkę. W zasadzie z różnych i różnistych fobii został mi tylko strach przed jakąkolwiek iniekcją – szkolna pielęgniarka powiedziała mi kiedyś nawet z uśmiechem, że kariery narkomanki to Ona mi nie wróży. Ja też sobie nie wróżyłam. Cudza krew nie robi na mnie najmniejszego wrażenia ale własna to już zupełnie inna para kaloszy. Każdorazowo przy badaniu kontrolnym i tak zwanej morfologii scenariusz jest jednakowy. Jest miło i przyjemnie, siostrzyczki uśmiechnięte – ja też, gadka-szmatka, zacisk, strzykaweczka, igiełka, „tylko ukłucie” i „nic nie czuję”, chwilka i po wszystkim, „możesz wstać dziecinko” a ja czuję jak zjeżdżam w dół wgłąb siebie, upodabniam się barwą do bladozielonej lamperii i „wciąga mi taśmę” a potem budzę się na leżance z ciśnieniem 90/50 i przerażone twarze informują mnie, że nieźle ich wszystkich wystraszyłam. Standard. Jest wiele czynników, związanych z moim krążeniem i układem krwionośnym, które na to wpływają (nie będę jednak o tym pisać) ale czasami są chwile, kiedy trzeba zacisnąć zęby i przemóc się razem z wachlarzem własnych lęków i fobii, by komuś pomóc. Wstałam rano, zjadłam lekkie śniadanie (choć nigdy nie jem śniadań), przyjechałam by spotkać się z ludźmi, którzy tak jak ja – chcieli oddać część siebie by pomóc, razem w nimi dotarłam do Stacji Krwiodawstwa i razem z nimi wzułam plastikowe bambosze, wypełniałam ankietę, czekałam na badanie, bałam się też razem z nimi. I choć wiedziałam, że nie będzie łatwo – byłam na to przygotowana: zaburzenia równowagi, kołatanie serca a potem nagły spadek tętna, nienaturalna bladość (tu przy okazji zaczynają się bać inni), sine usta, uczucie odpływania krwi w dolne partie ciała, ból brzucha (bo skurcz), czoło zimne i mokre od kropelek strachu, mroczki przed oczyma, słabość. Wiedziałam, że to minie już za chwilę, musiałam się tylko położyć i uspokoić przeponę, serce, siebie – po kilku minutach krew zaczyna krążyć tak jak powinna, czoło robi się suche a usta powoli z sinych robią się różowe. I choć ciśnienie nadal jest bardziej zbliżone do zombie niż do ludzkiego a pan doktor na sam widok wyraża kategoryczny sprzeciw (na szczęście byłam zbyt uparta by dał mi radę), to da się… trzeba tylko chcieć. Mam dar przekonywania ludzi do swoich racji, bo choć i oni i ja baliśmy się tak bardzo, to w pewnych sytuacjach trzeba po prostu wygrać z własną słabością i spróbować. Hal trzymała mnie za rękę i wszystko było już proste. Niby nic – dla większośći ludzi rzecz najnormalniejsza pod słońcem. Dla mnie jednak lęk najpotworniejszy. Jestem z siebie dumna bo pokonałam samą siebie. Oddałam krew. 450 ml – standardowo (razem zebraliśmy 6 litrów). I nie zrobiło mi się już słabo ani niedobrze. Spytacie po co to wszystko? Ktoś potrzebował jej bardziej niż ja…

Krótka piłka czyli najświeższe njusy z zamachu terrorystycznego na Halkę

Halka
ello maua
Ja
cześć
Halka
co słychować?
Ja
ziewam
i nie chce mi się pracować a robota stygnie
Ja
i rośnie w hałdy
Halka
a u nas bombę ktos podłożył
Ja
taa? ale czad
Halka
ale z drugiej strony budynku
Halka
i na razie nas nie ewakuują
Ja
szkoda
Ja
u nas bylo nieźle jak była bombka
Ja
po ewakuacji puścili nas do domu o 13
a inna sprawa, że nie poszlismy bo drinkowaliśmy w Redakcji
Halka
ale przyjechały 2 wozy strażackie, 2 karetki…
Halka
a policji jak liści bo tuż obok stacja benzynowa
Ja
no to fakt
Ja
może być ciepło
Halka
oooo przyjechali z pogotowia gazowego
Halka
i straż miejska
Ja
jejku
Ja
mam relajszona na żywo
Ja
„zaquliście” jak mowią pokemonowe
„lasky”
Halka
fajowo
Halka
aaaaale policji…
obstawili całą stację
Ja
no i dobrze
Ja
przyda im się ruch na świeżym powietrzu
dupska przewietrzą
Halka
brygada terrorystyczna przyjechała
Ja
łał – nieźle
Halka
tzn dwie
Ja
to Ty filmuj może, co?
Ja
kaskaderów nie trza
Halka
extra
Halka
ale nie mam kamery
Ja
to kręć nosem
Ja
wyjdzie na to samo
Halka
ewakuują nas
Halka
siju

no i retransmisja została zerwana. Szkoda – zapowiadał się niezły film…

Wiadomości Zdziś

Ja – dzwonię do Zdzicha na nową piekną i błyszczącą komórę
Zdzich – zalotnym głosem – Hallo?
Ja – Cześć tato, co słychać? – jak to przykładna curuś
Zdzich – A wszystko dobrze, w porządeczku a co u Ciebie? – jak to przykładny ojciec
Ja – No u mnie też dobrze – ambitna rozmowa, nie ma co – Byłeś u lekarza? – pytam bo miał pojawić się na wizycie kontrolnej miesiąc temu i ciągle zapomina albo przekłada w nieskończoność
Zdzich – No jeszcze nie ale Matka mnie goni to chyba będę musiał – zaśmiał się tato
Ja – No to lepiej idź bo jak Cię dogoni to będziesz biedny – ostrzegam bo Mamuta znam już ćwierć wieku i Jej metody zaciągania do przychodni lekarskiej również
Zdzich – Wiem wiem, to ja już faktycznie wolę tę przyjemną panią doktor…
Ja – A co? Mamusia już Ci się nie podoba? – zaśmiałam się
Zdzich – Nie, skądże znowu – udał oburzenie mój rodziciel – Ale wiesz sama, że jak Ona wejdzie na te swoje częstotliwości to nie tylko nietoperze się budzą – nawiązał do cudnie śpiewnego dziamgotu Krychy
Ja – hehehehe, tiaaa… – jakbym nie wiedziała 😉
Zdzich – A Ty byłaś u lekarza? – zagadnął mnie nagle
Ja – szczerze zdziwiona – A po co? Z tego co mi wiadomo to jestem zdrowa – przynajmniej w sensie fizycznym 😉
Zdzich – Ale to już czwarty miesiąc a ty ciągle rano haftujesz ponoć – pospieszył z wyjaśnieniem kochający tato
Ja – Jaa? Haftuję? Co rano? – zdziwienie moje nie znało granic i… nagle mnie olśniło – Tato, ale Ty wiesz z kim rozmawiesz, prawda? – ćwierknęłam pogodnie do słuchawki
Zdzich – No jakże bym nie wiedział – oburzył się Zdziś – z córką – uświadomił mnie oględnie
Ja – Ale, z którą, bo z tego co wiem, to masz dwie i akurat ja nie jestem tą dzieciatą i w ciąży – wyjaśniłam powoli
Zdzich – Ania? – spytał nieśmiało
Ja – We własnej osobie – potwierdziłam ochoczo swą tożsamość
Zdzich – Popatrz, popatrz a ja myślałem, że to Monisia – zaśmiał się sam z siebie
Ja – No widzisz, za dużo masz dzieci – dwie córki i już Ci się mylą – zaśmiałam się z Niego
Zdzich – Hehe, no to ładnie. To co tam u Ciebie słychać?

Sie porobiło

Teraz, jeśli jakiś pan ma ochotę na jakąś panią w celach pseudoprokreacyjnych, czyli mówiąc oględnie chce laskę do wyra zaciągnąć, nie musi się wysilać na sprawianie miłego wrażenia, flirt, czy sympatię, nie musi inwestować w znajomość, ileś tam randek (w zależności od „widzi mi się” potencjalnej łani), kolacje czy prezenty. Wystarczy, że przez kelnera pośle pięknej nieznajomej drinka a Ona go przyjmnie i już jest Jego. Będzie zachwycona, rozanielona, seksowna i… chętna. Wszystko będzie bardzo proste, tylko, że po pewnym czasie panienka straci przytomność a nazajutrz niczego nie będzie pamiętać. Także tego, że Ją zgwałcono. „Przecież sama chciała” – mogą się oburzyć niektórzy. Jasne – mówię ja, ale ciekawe czy chciałaby tego samego, gdyby szarmancki jegomość nie dosypał Jej do drinia czegoś bardzo w tej szarmanckości pomocnego. To coś to GHB, czyli kwas gamma-hydroksymasłowy, niebezpieczny psychotrop zwany koktajlem gwałtu.
Jak twierdzi Życie Warszawy:
„GHB jest bezbarwny, bezzapachowy i bezsmakowy, świetnie rozpuszcza się w wodzie. Powoduje podniecenie seksualne, potem senność i utratę przytomności. Osoba, która zapada w śpiączkę, nie pamięta, co się z nią działo. (…)
Specyfik szybko dotarł do naszego kraju. Do stołecznych komisariatów zgłaszają się młode kobiety, które twierdzą, że były na dyskotece lub w pubie, coś wypiły, potem źle się poczuły i niczego nie pamiętają.
Obdukcja lekarska wykazuje gwałt. Sprawcy oczywiście pozostają nieznani.”

przeczytaj więcej

Tak, tak moi drodzy – ludzie bywają okrutni bardziej niż nam się zdaje. Ja osobiście problemu nie mam, bo alkohol pijam od wielkiego dzwonu, wszystkie napitki funduję sobie sama (jest wszak równouprawnienie, tfu, tfu) a podrywaczy gaszę krótko i treściwie niczego od nich nie przyjmując ale nie każda dziunia musi być taką wydrą jak ja. Są przecież miłe, sympatyczne i samotne dziewczyny, tylko chyba czasy już dla nich dość niekorzystne. Teraz nastała era „miej oczy szeroko otwarte”, ale czy to znaczy, że zawieranie nowych znajomości przy szklaneczce w pubach czy na imprezach ma zaniknąć, bo już nikomu nie można ufać?

Będę gryźć, czyli dlaczego do pracy muszę zapylać na czwarte piętro po schodach

Pracuję w bardzo dziwnym miejscu. Jest to budynek sześciopiętrowy, przy czym każda kondygnacja jest nadnaturalnie wysoka co nam pozostało po peerelowskim zachwycie przestrzennym obłędem. Inżynierowie z petrobudowy zachłysnęli się wysokością, z której lekką ręką można by zrobić po „pięterku” (to się chyba antresola nazywa ale wolę taką obsesyjnie wyuzdaną nomenklaturę) a co za tym idzie klatki schodowe przypominają Mount Everest i to nocą – ciemne, wysokie, strome i kręte a do tego zatęchłe i śmierdzące. Miodzio. Budynek ów, w którym spędzam cudowne godziny dnia na ciężkiej pracy miast leżeć i pięknie pachnieć, w połowie przeznaczony jest dla zwykłych śmiertelników a w połowie dla biurw. Zwykli śmiertelnicy, to rozwrzeszczane hordy rodzinne w zróżnicowanej odległości od podłoża się znajdujące, bo w różnym wieku, ale jednako krzykliwe i marudne. Widocznie na ogromniastej połaci trzech pięter z zawartością wszystkiego co tylko może się skojarzyć z dzieckiem w wieku począwszy od maminego brzucha a skończywszy na naburmuszonych nastolatkach ze zmianami trądzikowymi i emocjonalnymi niezwykle trudno jest znaleźć to COŚ po co te tabuny tu przyłażą. Biurwy to jak sama nazwa wskazuje pracownicy biurowi rozmaitej rangi i płci, których łączy nienawiść dzika do małoletnich użytkowników trzech pierwszych pięter i ich prawnych tudzież bezprawnych opiekunów. Wind jest tyle co pięter – sześć lecz nadzieje na dotarcie do miejsca przeznaczenia w trybie w miarę przyspieszonym porzucić trzeba już od progu, gdzie wita nas zblazowana twarz pana ochroniarza w wyraźną skłonnością psychotyczno-socjopatyczną. Jeśli uda już się komukolwiek zmieścić do jakiegoś szybu windy przez drzwi anemicznie rozsuwne (inna droga odpada), co jest wyjątkowym i praktycznie nie występującym w przyrodzie zjawiskiem, bo zaraz znajdzie się stado wózków dziecięcych, kobiet w widocznej ciąży, lub tych w niewidocznej za to rozsądnych gabarytów i to jeszcze z rozlicznymi przyległościami w postaci mężów, babć, kochanków, przyjaciółek, ojców, matek, ciotek i kuzynów, to winda będzie się zatrzymywać na każdym piętrze i stać tam długie i cenne minuty dopóki całe tałatajstwo nie wysypie się do wnętrza sklepu, robiąc w windzie miejsce dla następnych osób. Nie dziwię się paniom z wózkami i ciężarnym, bo to jest jedyna metoda by się dostać gdzieś ponad parter ale szlag mnie trafia nagły i wszechogarniający, gdy zdrowi, czerstwi obywatele z widocznym kompletem kończyn i czaszką, sami bądź ze sporymi już pociechami lub innymi im podobnymi osobnikami, paraliżują ruch blokując windy i czekając na nie po 10 minut tylko po to, by się dostać na pierwsze piętro (to jest najczęściej oblegane i uczęszczane), albo w niezdecydowaniu i głupocie bezdennej naciskają wszystkie widoczne na tablicy guziczki, by „zobaczyć, co jest na każdym piętrze”. Normalnie kiedyś wezmę do pracy siekierę i zrobię teksańską masakrę bez prądu. Bo przez takie ćwoki muszę zasuwać dzień w dzień przez cztery kondygnacje po kilka razy takie dystanse, że zanim dotrę tam, gdzie być powinnam, wyglądam jak burak pastewny w łojotokiem a należę do osób dość energicznych i wysportowanych, więc co ma powiedzieć pani Kazia z kadr, która ma problemy z tuszą i ze zdrowiem a ruchu umiarkowanie zażywać powinna? Ludzie, nie bądźcie skończonymi wałami i łaźcie na pierwsze piętro po schodach – zdrowiej i szybciej wam będzie a i biurwy się ucieszą w tych swoich garniaczkach i stulidupkach na szpileczkach.

Jest poniedziałek i ja jestem, czyli poranne nudności

Z okazji poniedziałku Kićka zaspawała mi pół mieszkania. Musiało jej coś zaszkodzić i czym prędzej o poranku zapragnęła podzielić się ze mną treścią swego żołądka. Wkurzyłam się wybitnie bo jak zwykle wstałam za późno i musiałam lawirować z gąbką i miseczką z detergentem jednocześnie wkładając spodnie i całą resztę. Na małą się nie wkurzałam bo to nie jej wina, tylko domowników, co z całego serca chcą dla niej najlepiej i podtykają coraz to nowe kąski. Ale dobrymi chęciami niejedno piekło jest wybrukowane a przekarmianie to najgorsze co można zrobić zwierzakowi. Przez to „dobre serce” sierściuch będzie musiał się teraz obejść smakiem i przez parę dni dieta woda – kocie chrupki będzie mu umilać życie – przynajmniej dopóki rewolucja październikowa w kocich trzewiach nie nabierze charakteru zstepującego. Dorośli czasem zachowują się jak dzieci, które – im bardziej im sie czegoś zakazuje – tym chętniej i upierdliwiej ów zakaz naruszają. Napisałam wielkimi wołami kartkę i przywaliłam magnesami na lodówkę: „Nie karmić kota!! Zarzygała dziś pół mieszkania. Ma dostawać jedzienie TYLKO ode mnie i jeśli ktokolwiek da jej cos sam – sam będzie po niej sprzątał!”. Powstrzymałam się od dołączenia próbki porannego towaru i żegnana smętnymi oczkami Kićki pognałam na przystanek dzikim galopem pijanego kuca. Miłość czasem boli.

Stolarz, stolarz, niech żyje, żyje nam…

Punktualnie o 14.10 ćwierć wieku temu Mamut odetchnął z ulgą. Urodziłam się, choć nie powiem, że chętnie bo się wcale a wcale pchać na świat nie chciałam i chyba miałam rację. Byłam sobie w ciepełku, spać mogłam do oporu, żarcie dawali i popić też było co, tylko ten dach nad głową coraż niższy się robił i domek nieco przyciasny. W sumie to miałam przedsmak tego co się może dziać w wielkopłytowych pudełeczkach ale jakos niechętnie i bez wyraźnej współpracy dałam się z maminego brzucha wykopać. Punktualnie o 14.10 złożę dziś Mamutowi najlepsze życzenia, bo to Jej zasługa, że rano do lustra mogłam powiedzieć „bo Ty stara dupa jesteś :)” i dobrze. Współudział niejakiego Zdzicha zwanego potocznie Ojcem jest również niewątpliwie niezwykle istotny ale tylko w kwestii logistyki (zaopatrzył i czekał jak się akcja rozwinie), bo całą resztę dzielnie zniosła (niczyk kura jajo) Krycha. Sama mi kiedyś przyznała, że urodziłam się w dobra rocznicę bo sama jestem „niezła rewolucja”. Śmiem jednak nie zgodzić się z tymi oszczerstwami i twierdzić, że dzieci to najlepsze wypadki przy pracy jakie się mogą przydarzyć dorosłym, a zwłaszcza gdy wyrastają potem z nich takie kwiaty (autoreklama zamierzona). Przywiędła się nie czuję i minie jeszcze sporo czasu zanim dotyczyć mnie owo przywiędnięcie dotyczyć będzie tak więc na razie pozostaje mi cieszyć się bardzo słonecznym październikowym piątkiem a z okazji moich osobistych urodzin życzyć Wam wszystkim spełnienia marzeń, bo to chyba w życiu najważniejsze i najbardziej upragnione.

Ania

Moim zdaniem

Kraj oszalał na punkcie inteligencji. Wszyscy nagle chcą wiedzieć czy można jeszcze bezkarnie ich obrażać wyzywając od głupków pospolitych czy tytułować już per bardzo-mądra-bo-o-wybitnie-wysokim-ajkiu-persona. Szkoda tylko, że nie wszyscy zdają się dostrzegać pewną, bardzo przykrą dla niektórych, prawdę. Iloraz inteligencji skrótowo zwany IQ nie świadczy wcale o zawartości inteligencji właściwej pod kopułą czaszki właściciela. Ta bowiem dyspozycja umysłowa jest jak dotąd sama w sobie niezmierzalna. Wszak poziom inteligencji wśród przeciętnej populacji podlega prawu rozkładu Gaussa, ale rozkłada się on tak nierównomiernie, że oszustwem byłoby twierdzić inaczej i postulować, że „jak mam wysokie ajkiu to jezdem wybitnie ętelygientna”. Ludzie to już do siebie jako gatunek mają, że różnią się między sobą zdolnościami umysłowymi, sprawnością i szybkością myślenia oraz umiejętnością rozwiązywania problemów. Różnice te są stosunkowo niezmienne i ujawniają się w różnych sytuacjach czy typach zadań. I właśnie te pozornie mało znaczące różnice między poszczególnymi osobami określamy mianem inteligencji. Dla przeciętnego konsumenta dóbr materialnych i duchowych osoba inteligentna to ktoś radzący sobie dobrze z problemami, odpowiednio dostosowujący się do sytuacji społecznych, a także przejawiający zdolności analitycznego i logicznego myślenia. Babcia Kazia z ciocią Fredzią myślą sobie, że skoro Zeniu tak dobrze i pilnie się w szkółce uczy, oceny przynosząc w kajeciku celujące, to musi jest ętelygientny jak diabli. A gucio. Owszem może tak właśnie być ale wcale nie jest powiedziane, że Zenuś tak na serio to tępak jest do sześcianu + silnia, prace domowe odrabia za Niego zakochana po czubki czerwonych uszu Henia a sprawdziany zrzyna bezczelnie i na chama od Muńka. Uzyskiwanie pozytywnych wyników w procesie nabywania wiedzy nie musi mieć ścisłego związku z poziomem inteligencji. Powodzenie w szkole, bądź na studiach zdeterminowane jest nie tylko poziomem intelektualnym, ale i innymi czynnikami, takimi jak: motywacja, zaangażowanie, zainteresowania, czy otwartość poznawcza. Taki małoletni Zenon to motywację ma przemożną bo pas ojcowski straszy wizją zhańbionych dotkliwie zeniutkowych pośladków i otwartość poznawcza też u Niego na wysokim poziomie rozwiniętą się być wydaje ale akurat nie w kierunku szkolno-wychowawczym lecz ku badaniu (najlepiej organoleptycznym) poznawczych właściwości rozwoju osobniczego wyżej wymienionej Heni. Za to reszta u Niego szwankuje i to wybitnie, bo jak co do czego przyjdzie to tylko kariera polityczna mu pozostaje, bo „ani be ani me ani” i tak dalej. Ale iloraz inteligencji to Zeniu mógłby mieć spory, bo tu i spryt jest w cenie i inne przydatne bardzo w życiu umiejętności a obliczanie IQ polega właśnie na pomiarze jak się ma wiek życia (czyli faktyczne latka w metryce) do wieku umysłowego delikwenta. I tu sama inteligencja w czystej postaci jest tylko jedną ze zmiennych a raczej odwrotnie IQ może być zmienną poziomu inteligencji. Nawołuję zatem – ludzie nie dajcie się zwariować i potraktujcie to całe narodowe zamieszanie raczej jako nieszkodliwą zabawę w stylu logicznych szarad niż jako realny poziom naszego rozwoju umysłowego i życiowej mądrości. Bo inaczej to wszystko będzie lepiej o kant zadka potłuc i wyjdzie na jaw, że Homo Sapiens to już tylko ledwie Sapiens…

Miłego wieczoru

Ciekawostki przyrodnicze

Wczesny poranek. Wieś, dom, obok domu chlew. Z domu wychodzi rolnik Zenek (2-dniowy zarost, podkrążone oczy, ręce jak bochny chleba, kufajka, gumofilce, berecik z antenką). Powolnym krokiem idzie przez błotniste podwórko do chlewu. Z chlewu dochodzą pierwsze niepewne pokwikiwania. Zenek podnosi wiadro z pomyjami i wchodzi do środka. Wszystkie świnie kwiczą i tłoczą jak najbliżej. Nalewa pomyje do koryta – świnie w spazmach, pełen entuzjazm, kwik nie do wytrzymania. Zenek przez chwile stoi i patrzy na nie z lekko zażenowanym uśmiechem. Powoli odwraca się i wraca do domu. W domu zdejmuje kufajkę i podchodzi do sczerniałego kawałka lustra wiszącego nad miska, przygładza tłuste włosy i patrzy się na swoje odbicie… W końcu mruczy do siebie:
– Kurwa, co one takiego we mnie widzą ?!

Nadesłał Dżejkob