„Od rana mam dobry humor”… Słońce budzi mnie łagodnie ciepłym pocałunkiem sącząc się przez zasłonę moich rzęs. Zanim jednak otworzę oczy, zawijam się cała w przytulną kołderkę by się tą błogością nacieszyć jeszcze choć chwilkę. Zdecydowanie najprzyjemniejsze w poranku jest to cudowne i odprężające przeciąganie się. Mrrrr… Wiem, że za chwilkę kocie mruczenie i śmieszne łaskotanie wąsików wypełni moje ucho i serce. Mała jest taka mięciutka, ciepła i zaspana, że mam ochotę wtulić się w nią i poleżeć jeszcze kilka minut. Wstaję. Kićka biegnie wszędzie gdziekolwiek nie pójdę, póki nie dostanie swojej porcji porannego śniadania i czułości. Wtedy zajmuje się mlaskaniem i pomrukuje z zadowolenia. A ja kończę poranną toaletę – może tym razem nie spóźnię się na autobus. Ubieram się po cichutku. W łóżku jeszcze śpi mój największy skarb. We śnie wygląda tak łagodnie, że aż rozczulająco. Całuję go w czoło, a ono wypogadza się jak na życzenie. Blady senny uśmiech musi mi wystarczyć do wieczora. Wychodzę odprowadzana do drzwi przez cztery mięciutkie różowe poduszeczki tuptające niecierpliwie żeby po raz ostatni otrzeć się o panine nogi. Pa kochanie – bądź grzeczna. Zbiegam po schodach wprost na słoneczne promienie. Lekki wiatr niesie rześkie podmuchy. Zakapturzam się cała w ciepłym uśmiechu. Dzień dobry 🙂
Czasami człowiek musi…
Pójść do fryzjera. Muszę w trybie pilnym, bo jakoś tak zarosłam niekontrolowanie i sobie hery spodniami przycinam. Tak, tak – to wcale nie jest śmieszne, zwłaszcza, że kota mam coraz cięższego a moje włosy gdy śpię to wspaniałe legowisko. Zbieram się do tego jakbym chciała i nie mogła już od jakiegoś czasu ale w końcu się zbiorę i pójdę. Jeszcze nie wiem jak się zmienię tym razem – czy zetnę chwasty całkiem czy tylko troszkę – ale zmienię się na pewno. Na głowie miałam juz wszystko co tylko w kwestii upierzenia mieć można – były dready, krótkie ala jeżopunk, pośrednie, długie, potem znowu krótkie na 2-3 cm, i znowu długie, malowane na niebiesko plakatówką, zaplatane w setki mikrowarkoczyków, z wplecionymi kolorowymi nićmi i okręcane w pęczki za pomocą muliny. Jednym słowem – sajgon. Nie były tylko nigdy farbowane ani trwale ondulowane, bo do tego typu form fryzjerskiej rozrywki jakoś nie mam przekonania. Nie widzę się jakoś w burzy rudych loczków i sądzę, że przypominałabym raczej terriera lub cocker-spaniela niż osobnika ludzkiego płci żeńskiej. Są proste jak druty w kolorze blond i niech tak zostanie. Zresztą barwa i tak sama mi sie zmienia co parę miesięcy – po lecie są bardzo jasne z prawie białymi od słońca kosmykami, po zimie zaś – bardziej popielate. Natura to w sumie nieźle wszystko wymyśliła sama więc jej pomagać nie będę. Ale i tak pójść do salonu fryzjerskiego muszę. Ostatnio jak byłam, to pewnien pan – mistrzem grzebienia i nożyczek się po ścianach tytułujący – namawiał mnie usilnie na bardzo krótkie cięcie a to dlatego, że chciał zrobić peruczki. O nie! Żadna obca lafirynda nie będzie sobie moich kudłów nosić. A jak sie wkurzę to poradzę sobie sama… trymerem w łazience 😉
Zasłyszane w eterze
Lubię Radio 94 i słucham go dość często, choć adresowane jest z zasady do „prawdziwych mężczyzn”. Nie przeszkadza mi jednak szczególnie ta drobna różnica jaką jest niezgodność płci i włączam je, jak na złość prezenterom, każdego dnia rano w pracy. Niezła muzyka, ciekawe teksty, dowcipne i cięte felietony. Szowinistyczne ale lubię je – jestem z tych kobiet, które potrafią się śmiać same z siebie i znają zabawne dowcipy blondynkach.
Dziś spodobało mi się szczególnie jedno zdanie: STUDENCI DO PIÓRA A PASTA DO ZĘBÓW 🙂
Tym optymistycznym akcentem życzę wszystkim miłego popołudnia z radiem 94
Bajka
Bajka refleksyjna
Powiedział mi kiedyś ktoś (i to niejeden ktoś), że mam serce o olbrzymiej i nieskończonej pojemności a uśmiechem mogłabym obdzielić pół świata. Zrobiło mi się bardziej niż miło, bo to była najmilsza rzecz jaką usłyszałam w życiu na swój temat. Faktycznie sprawia mi radość i to nie byle jaką, jeśli sprawię komuś przyjemność, zdołam zrobic coś, dzięki czemu uśmiechnie się bardzo smutna dotąd buzia. Pomagam jeśli tylko mogę i potrafię. Lubię dawać z siebie wszystko, do cna. Czasem przez to, jaka jestem, sama cierpię bo empatia jest u mnie rozwinięta w tym samym stopniu co nadwrażliwość. Jestem świadoma wszystkich swoich wad i wiem, że ta właśnie chora wrażliwość jest najbardziej uciążliwa – zarówno dla otoczenia jak i dla mnie. Wiele razy nieźle od życia i ludzi oberwałam, bo jestem pozbawiona grubej skóry i mocnych łokci, ale ciągle jestem sobą i mimo wszystko nie chcę tego zmieniać. Bo to jaka jestem i co sobą rezprezentuję to wszystko co mam. Nie choruję na przesadną dobroć i taka ze mnie Mamuśka T. jak z koziej dupy wiadomo co ale są chwile, gdy po prostu wiem, że muszę podać rekę, podtrzymać na duchu, przytulić czy pozwolić się komuś wypłakać kosztem mojego ukochanego swetra. Bywam wolontariuszem, smutnej pani żebrającej na Chmielnej czasem oddaję kanapki przygotowane na śniadanie (nigdy nie daję pieniędzy) a starszy pan pod McDonalds’em przy mojej pracy od zawsze już chyba czeka na wieczorną herbatę w styropianowym kubeczku jeśli mam dyżur i szczęście przynosił mi widok roześmianych oczu dzieci z domu dziecka, gdy spędzałam z nimi każdą wolną chwilę wymyślając wciąż nowe zabawy. Ale gdy sprzedawaliśmy w jednym z supermarketów choinkowe bombki na święta (wywalczone przeze mnie od producentów i pomalowane z własnoręcznym mozołem przez małe brzdące wystawiające pieczołowicie ozorki przy każdej kreseczce) i pewna Paniusia z Paniusiem krzywili się z obrzydzenia na widok maluchów z bidula i ich rękodzieła – wstępował we mnie diabeł i przypiekał otoczenie żywym ogniem póki nie kupiło wszystkich szklanych ozdóbek. Dzięki temu po raz pierwszy w czasie zimowych ferii dom dziecka numer 6 opustoszał a wdzięczne oczy zastapiły każde słowo. I to jest właśnie uczucie, którego szukamy przez całe życie. To jest właśnie szczęście.
Kino – na godzinę przed seansem
On – I będziemy tu siedzieć jak te ciołki? – zauważa rezolutnie jak Pszczółka Maja
Ona – Na dworze jest zimno. – stwierdza rzeczowo jak diabli
On – Możemy pójść na lody do Maksracza. – propozycja nie do odrzucenia
Ona – To może od razu pojedźmy na Grenlandię. Przecież mówię, że mi zimno. – warczy przez zęby starając się zagłębić w kurtkę
On – Aha. – załapał
Ona – No właśnie. – potwierdza załapanie
On – No to chodź do środka.
Wchodzą.
On – Ale tu śmierdzi popcornem. – marudzi już od progu
Ona – W Maksraczu śmierdzi psem mielonym razem z budą i Ci to nie przeszkadza. – stwierdza zgodnie z prawdą
On – Ale tam śmierdzi smakowicie. – broni żarcia z tektury
Ona – Jak dla kogo.
On – Co będziemy robić. – dyskretna zmiana tematu
Ona – Czekać… a wcześniej pójdę do barku i zobaczę co tam „grają”. – cele konsumpcyjne to zawsze najlepszy sposób na ugłaskanie Onego
On – To idź. – zgadza się łaskawie
Ona – No proszę, już mnie wypędzasz, a jeszcze dobrze nie usiadłam. – śmieje się Ona
On – Bo jak się dobrze rozsiądziesz to nigdzie nie pójdziesz i może nas ominąć coś dobrego. – łakomstwo wygrywa, za to jaki praktycyzm – On zna lenia Onej
Ona – He he, ale ja nie wiem czy Cię tu mogę zostawić samego – wyraża troskę
On – Nic mi nie będzie. – zapewnia
Ona – To wiem, ale jak tu wrócę to może już nie będziesz siedział sam – śmieje się
On – Taaak, przysiądzie się do mnie seksowna długonoga czarnoskóra Azjatka. – rozmarza się
Ona – Azjatki nie są czarnoskóre. – bystra uwaga
On – Ta będzie…
Dialogi lewej nogi
Ona – Kochanie! Wstaawaj, już dziewiąta dochodzi – rześkim porannym szczebiotem
On – Ja też zaraz dojdę… jak dojdę to wstanę – zaspany On rzecze głosem zduszonym przez poduszkę, którą przykrył się by szczebiotu rześkiego nie słyszeć
Ona – Ale zanim Ty dojdziesz to ja wyjdę, a musisz przy mnie wstać z łóżka bo inaczej wiem, że zaśpisz do pracy – argument niepodważalny numer jeden
On – Dobra już… zaraz wstanę – i dalej chrapie w najlepsze.
Po 10 minutach gdy zegar wskazuje 9.00.
Ona – Kochanie! Wstaawaj, już dziesiąta! – wykazując się bystrością i skołonnościami oszukańczymi wyznając zasadę celu, co uświęca środki
On – Już nie śpię, zaraz wstanę – wyraźnie rozespany i bez świadomości ani poczucia czasu
Ona – Budzik już dzwonił z tysiąc razy i kota trzeba nakarmić – argument niepodważalny numer dwa, bo kot jaki jest każdy widzi – głodny i miaukliwy
On – Nakarmię, nakarmię… tylko idź już… chrrr… ja nie śpię – akurat 😉 słusznie myśli sobie Ona.
Po minucie sprawdzian jasności umysłu.
Ona – Kochanie, wczoraj wróciłam wcześniej z pracy i uprawiałam dziki seks na pralce z tym przystojnym sąsiadem spod dziesiątki. Było super… mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko bo dziś mam w planach tego z naprzeciwka – z grubej rury ćwierknęła mu ochoczo prosto do ucha
On – Tak wiem już ósma… nie śpię… możesz iść… chrrr – wystawia rękę spod kołdry i w powietrzu robi „papa”
Ona – Jasne, a potem wyrwał Jej głowę i nasikał do szyi…
Jesienne impresje
Dzisiaj Warszawa jest szara. A jednak ma swój urok. Zza stalowych chmur wygląda nieśmiało słońce, jakby chciało się upewnić, że na pewno musi sie obudzić. Tramwajowe szyny błyszczą wtedy jak czyste złoto. Ulice jak zawsze gwarne i pełne życia. Srebrzyste wieżowce wyciągają swe długie szyje ku niebu i patrzą dumnie z wysokości na miejskie mrowisko. Wiatr hula we włosach i połach płaszczy jakby zapraszał do tańca. A ja wyszłam sobie na spacer. Taka chwilowa odskocznia od codziennej pracy. Godzinka wolnego, że niby muszę coś bardzo niezwykle pilnego załatwić na mieście. Poszłam do Łazienek. Tam wszystko wygląda zupełnie inaczej a czas płynie w odmiennym, sobie tylko znanym rytmie. Drzewa jak z bajki, mienią się wszystkimi kolorami jesieni, liście na trawie kobiercem do stóp się kładą leniwie a woda szemrze pod mostkiem tajemne opowieści. Ludzi garstka zaledwie, bo zimne dziś powietrze a i pora nie ta. Dobrze mi i przytulnie. I niebo jakieś czystsze sie zdaje i uśmiech na twarzy promienny do słońca. Wróciłam odmieniona. Jesień taka piękna…
Na tapczanie siedzi…
Leń. Ale już nie siedzi na tapczanie bo „wziął i mię dopadł bezczelnie ćwok jeden” (zagrzmiała Bajka poprawną polszyzną). Niestety. Trzyma mnie bydlę cholerne i puścić nie chce. Muszę mieć w sobie coś bardzo wyjątkowego skoro taki Leń mając całe stado cudownie zapracowanych i zaganianych dzikim pędem pań, wybrał właśnie mnie. Zaszczyt mnie kopnął nie byle jaki. Muszę to wszystko tylko jakoś wytłumaczyć otoczeniu, które sie uwzięło i ciągle jak na złość czegoś pilnego i do zrobienia „na wczoraj” notorycznie ode mnie oczekuje. Nic mi się nie chce i najchętniej zapadłabym w sen zimowy w jakiejś gawrze przytulnej z równie przytulnym Panem Misiem. Do wiosny by wystarczyło. I żeby jeszcze ktoś wynosił po cichutku śmieci, zmywał naczynia i dostarczał zakupy. To by było życie. Marzenia to rzecz bardzo przyjemna więc podumam sobie jeszcze troszkę z uśmiechem filuternym na twarzy. Niech mnie cały natychmiast_mnie_potrzebujący świat w sznurówkę cmoknie. Ja sobie tymczasem popielęgnuję jeszcze trochę mojego lenia i wypiję kawę z dużą ilością skondensowanego mleka 😉
Bajka pielęgnacyjna
To jest notka zbiorowa
Nie będzie zawierała jednak treści śmiesznych, strasznych, niesmacznych i obscenicznych.
Mnie również jest przykro.
Zawiera natomiast zaproszenie.
Uprasza się o stawiennictwo osobiste (względnie z przyległościami płci i maści wszelakich) w dniu 17 października (piątek) w godzinach wieczornych (obecność swoją przewiduję w okolicach godziny 20) w mordowni (a raczej w tym co z niej zostało) o wdzięcznie brzmiącej nazwie „Merlin” na Polach Mokotowskich celem dopuszczenia się przez podmioty zaproszone hulanek i swawoli rozmaitych, które ukryją smutek i żal ogólnie nam panujący.
Rzecz wydarzyła się bowiem straszna.
25 lat temu (prawie, bo tego właśnie dnia 1978 roku ta tragedia się wydarzyła) przyszłam na świat i od tamtej pory nic nie jest takie jak dawniej.
Mnie również jest przykro.
Tym niemniej nie damy się melancholii i będziemy udawać, że to wielce radosna nowina.
Z uwagi na niski budżet nie przewiduje się homarów i szampana, za to na miejscu można nabyć wyroby browarniane, gorzelniane i przetwórcze.
Czym chata bogata tym goście wiadomo co.
Mnie również jest przykro.
Obecność obowiązkowa, stroje dowolne – mile widziane pidżamy wieczorowe i wyjściowe dresy.
Będzie mi bardzo miło się z Wami spotkać ale oczywiście nie dam tego po sobie poznać 😉
Wasza Bajka, znana gdzieniegdzie jako Anna
ps. bardzo proszę o przekazanie informejszona wszystkim zainteresowanym krewnym i znajomym królika, do których kontaktu nie posiadam, a których również mam nadzieję tam spotkać 🙂
Ząbki jak kastaniety
Dziś jest mi bardzo zimno. W pracy siedzę przy samym oknie co pomijając wrażenia estetyczne nie wprowadza mnie w dziki zachwyt bo po pierwsze primo cała ściana budynku to jedno wielkie okno (latem gorące jak piec, dziś rodem z Antarktyki) a po drugie primo okno owo i tak się nie otwiera, więc umiejscownienie mam nader niekorzystne. Kaloryfer daleki i zimny jak drań. Brrr brrr szczękościsk klawiatury mojej paszczęki przepuszcza tylko ciepłe napoje, więc kawa się nadawa (choć gorzała szybciej działa ale w pracy jesteśmy więc wracajmy na ziemię) podobnie herbaty wszelakie ale dłonie nadal pozostają lodowate. Kostnicą mi tu zalatuje. A może zarząd nie ma funduszy by nam wynagrodzenie wypłacić i walnie uchwalił uśmiercenie całej załogi w trybie natychmiastowym i sabotuje grzejniki?