W dodatku bezczelnie i bez mojej wiedzy. I to przez co? Przez tramwaj. Żeby choć jakiś nieprzyzwoicie przystojny brunet o zamglonym spojrzeniu (zamglonym broń boże w sensie geriatrycznym lub okulistycznym lecz z miłości wielkiej i zniewalającej, hehe ciekawe kto mi w to uwierzy) ale nie, to musiał byc tramwaj. Moja piętnastka, której dotychczas tak bezgranicznie ufałam, że mogłam się do niej wtarabanić i z czystym sumieniem zaczytać się w książce, zamyślić nad czymś bardzo ważnym lub zupełnie nieistiotnym albo też po prostu przyglądać się ludziom. To straszne – nawet tramwajom nie można dziś ufać. Rano wyszłam z domu jak zawsze zaspana i w sporym nieładzie fryzjersko-stylistycznym. Zazwyczaj zapinam się na różne guziki, suwaki, haftki i zatrzaski oraz układam włosy (czyli próbuję okiełznać rozwiane przez wiatr kosmyki i schować je do kaptura) na trasie miedzy klatką schodową (obficie już chyba przez ostatni rok spryskaną moimi perfumami każego ranka) a przystankiem tramwajowym. Mam sporo czasu, bo mijam ogródek dawniej jordanowskim zwany a dziś będący siedliskiem wczesnej młodzieży wyjącej nocami dyskotekowe szlagiery i panów o opływowych kształtach czaszki z kijami w poszukiwaniu piłki i rękawicy, parking z panoramą psich kup, blok mieszkalny z rozentuzjazmowanymi starszymi paniami na balkonach i kawałek lasku bielańskiego z rowerzystami i ekshibicjonistami (a właśnie! przypomniało mi się, że jajka muszę kupić). Zanim dotrę na przystanek jestem więc kompletnie ubrana i „wyglądam nawet czasem jak człowiek” (wredny tekst Mamuta oczywiście). Niemniej jednak do tramwaju wsiadam nie zawsze jeszcze przytomna, bo budzę się do życia dopiero koło 9.00 a wtedy to już siedzę od 15 co najmniej minut w pracy i robię dobre wrażenie. Dzisiaj oczywiście nie widziałam powodu, dla którego miałoby byc inaczej i… zostałam porwana… Okazało się, że tramwajom zmieniono trasę, bo metro budują. Też mi nowina – budują od 50 lat chyba a do tej pory do pracy piętnastką jeździłam. Pora wrócić do autobusów i korków. I jak tu lubić ZTM?
Z innej beczki
Nakładem Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego wychodzi jutro książka pod tytułem „OBRAZ MĘŻCZYZNY W POLSKICH MEDIACH. PRAWDA – FAŁSZ – STEREOTYP”. Nareszcie książka o mężczyznach pisana przez mężczyznę – Krzysztofa Arcimowicza. Pozycja ta jest kolejną z serii „Płeć i rodzaj”. Będzie kosztować 33 złote. Kupię i przeczytam.
ps. i niech mi się teraz Anzv przyczepić spróbuje tylko 😉
Miłego wieczoru
Znowu obsuwa
I to na całej długości. Drugiego października ruszył szumnie zapowiadany i relamowany 19. Warszawski Festiwal Filmowy. Potrwa do trzynastego. Filmów jest całkiem sporo, zapowiadają się wybitnie i ciekawie (przynajmniej niektóre) ale cóż z tego, że są cztery festiwalowe kina, skoro na kilku tytułów nie będzie można zobaczyć wcale, chyba, że kinomaniacy akurat codziennie o 13.30 mają wolne, bo tylko w takich godzinach na przykład wyświetlany jest niemiecki Angst. W ogóle seanse są wybitnie nie dla ludzi pracujących i uczących się w trybie dziennym – 13.30, 16.30, 18.30 i 21.00. Pierwsze odpadają bo to chyba tylko dla bezrobotnych (a Ci do kina nie chodzą bo nie mają za co), drugie – mało kto zdąży na czas, chyba, że kończy pracę lub zajęcia o 15.00, trzecie są w porządku tyle, że nie sposób się na nie dostać, bo ludzi morze a ostatnie są dla osób, które nie muszą wstawać o szóstej rano. To są tak zwane smaczki. Dotychczas udało mi się obejrzeć tylko dwa filmy, choć ochotę miałam na znacznie więcej, a to dlatego, że nigdzie nie ma już biletów. Przedsprzedaż była tak koszmarnie zorganizowana, że nawet nie próbowałam nic kupić a i w samych kinach organizacja pozostawia wiele do życzenia. Na „Symetrię” udało mi się pójść dzięki Mal, która „wystała” bilety w iście peerelowskim ogonku a „Morze przygląda się” obejrzałam, ponieważ przyszłam na dwie godziny przed czasem, by być jedną z pierwszych osób stojących w kolejce po „zwroty” – biletów do kupienia w kinie nie było wcale. W razie czego chcieliśmy nawet wyjść przed kino i „namawiać” ludzi do oddawania biletów w kasach (ponoć mam dar przekonywania) ale na szczęście pogoda przyszła nam z pomocą (w taki deszcz w niedzielę późnym wieczorem z domu wychodzą tylko psychopaci, wariaci i kinomaniacy albo niby szampon – 3 w 1) i zwracanych biletów starczyło również dla nas. Odebraliśmy je cali szczęśliwi, jakbyśmy wygrali w totka i żegnani zawistnym pomrukiem reszty długaśnego ogonka udaliśmy się na salę. Oczywiście to nie było takie proste jak się przeciętnemu zjadaczowi popcornu wydaje. Organizatorzy festiwalu wspaniałomyślnie wpadli na pomysł aby nie numerować miejsc w salach i na biletach, bo i po co. Faktycznie żaden problem. Dzika wataha kisi się jak dobrze przyciśnięte sardynki w puszce w oparach woni potu i absurdu aby z chwilą otwarcia upragnionych wrót, wedrzeć się na salę przemocą i gwałtem, podeptać wszystko i wszystkich a koniec końców dosapawczy się do dogodnego miejsca, zająć swoją własną osobą i rozmaitymi tekstyliami pół rzędu. Standard znaczy się. Kto silniejszy – ten sie wepchnie. Kto szybszy – będzie miał lepszy widok. Nam się na szczęście udało. W Relaxie sprintem i walecznością wykazała się Mal a w Silver Screen Dżejkob zrobił pożytek ze swego słusznego wzrostu i uskutecznił łokcie. Poza tym wszystkim na sale kinowe widzowie byli wpuszczani po czasie (przeciętnie 10 minut spóźnienia), co spowodowało, że zarówno przezorni jak i spóźnialscy mieli równe szanse w wyścigu (a ścisk i brak klimatyzacji przed salą w Relaxie dały się we znaki i dopełniały reszty mordując nasze powonienie charakterystycznym odorkiem). O filmach wypowiadać się nie będę, bo to kwestia gustu a poza tym niech każdy sam zobaczy to, co tak ciężko zdobyć ale do wszystkich przygotowujących oprawę tegorocznego festiwalu mam jak najbardziej uzasadnione pretensje. Organizatorzy przezornie nie podali na biletach ani ulotkach adresu e-mailowego gdzie można by ich zbesztać. Widocznie byli przygotowani. Dobrze, że chociaż oni byli.
Dowcip na dobry dnia początek
Małżeństwo siedzi przy obiedzie.
Żona do męża:
– Wiesz Stasiu, kiedy pomyślę, że nasze małżeństwo trwa już 25 lat, to
ciepło mi się robi przy sercu.
Mąż odpowiada:
– Daj spokój Helena, po prostu cycek wpadł Ci do zupy…
Padłam 😉
Pani w obuwniczym miała tak tłok, że aż Jej się buty rozeszły…
A ja miałam dziś tłok w tramwaju. Poranna piętnastka zazwyczaj jest załadowana po dach jak transport emigrantów ale dziś w przypływie wyjątkowo dobrego humoru i w myśl zasady „A co – niech hołota podeszwy szoruje” tramwajowy zarząd „wypuścił” na miasto obiekt jednowagonowy. I to nie nowy, ładny, przestronny ale starą, blaszaną puszkę zwaną „trumną”. Tłok był taki, że nie mogłam wyjąć ręki z kieszeni płaszcza, żeby się złapać poręczy ale to i tak okazało się zbędne – wszyscy staliśmy jak rzeźby solne przez kilkanaście minut sapiąc i starając się nie brać zbyt głębokich wdechów (w takich warunkach możliwość skończenia się zapasu powietrza jest wprostproporcjonalna do zawartości czosnku w wydychanym przez sąsiada CO2). Potem się zrobiło luźniej i można było nawet sobie pooddychać. Na czytanie książki miałam już za mało czasu (w 10 minut to nawet się porządnie w akcję nie zagłębię i już trzeba będzie wysiadać), więc nie wyciągałam jej z plecaka tylko zajęłam się tym co lubię w tramwajach najbardziej, czyli jedzeniem porannego jabłka i obserwacją uczestniczącą. Pipolów rozmaitych jak zawsze multum i ktoś interesujący się znajdzie. Pod oknem dwóch panów (nie w łódce za to z psem) prowadziło ożywioną konwersację na tematy hydrauliczno-budowlane. Jeden pan z wielką radością jechał do Świdra, drugi zaś z równie wielkim świdrem do Radości a pies popiskiwał cichutko odwodząc zapewne siebie samego w swoich psich myślach od obsikaniu panu nogawki. Moją uwagę przykuła jednak postać stojąca nieco dalej. Zjawiskowo piękna dziewczyna uderzająco podobna do Meg Ryan. Zamurowało mnie. Absolutnie wszystko było w Niej doskonałe. Przyjemnie jest popatrzeć na kogoś tak ładnego i aż sama się uśmiechnęłam. Podchwyciła moje spojrzenie i wyraźnie zdziwiona moim pogodnym wyrazem twarzy (widocznie jest raczej przyzwyczajona do nienawistnych spojrzeń kobiet), sama też się uśmiechnęła. W tramwaju pojaśniało. Wysiadła zanim zdąrzyła wziąć od Niej numer dla Biko (niestety – mam nadzieję, że mi wybaczy). Zastanawia mnie tylko jak to się dzieje, że niektórzy z nas zostali obdarzeni przez los wyjątkową urodą – i nie mówię tu o cukierkowatych lalach i przylizanych gogusiach ale o prawdziwym pięknie całej osoby – a inni… Cóż… Nie martwię się jednak tym przesadnie – wszak urozmaicenie być musi a jak głosi stare ludowe przysłowie „Każda potwora znajdzie swego amatora” – nawet ja czasem znajduję 😉
"Seksmisja" na serio?
Czyżby „nawet gdybyś był ostatnim mężczyzną na świecie”, to nie tylko pusty frazes wykrzykiwany w charakterze „odzywki na odczepnego” do zbyt nachalnych a przy tym mało interesujących panów?
Jak podaje „DER SPIEGEL” Mężczyznom grozi wymarcie.
„Dlaczego natura odrzuca męskość?
Chromosom Y – decydujący o męskości mężczyzn – kurczy się. W ciągu ostatnich 300 milionów lat utracił już dwie trzecie pierwotnego rozmiaru i tendencja ta się utrzymuje. Prowadzi to do nieuniknionego wniosku, że ród męski jest skazany na wymarcie.”
To straszne. Drogie panie niniejszym apeluję – dbajcie o naszych wspaniałych samców bo jeszcze gotowi nam wyginąć i cóż, chyba pora poszukać reproduktorów 😉
Miłego dnia
Wyniki sondy o myśleniu, że
Witam wszystkich i od razu zabieram się do obwieszczania wyników. Tym razem zaczniemy od końca czyli miejsca ostatniego we wrześniowej sondzie „Myślę, że…”, w której udział wzięło 115 osób.
Zaszczytne ósme miejsce zajęło wg głosujących stwierdzenie: „Myślę, że wpływ bielinka kapustnika na zdolności manualne tapirów w czasie nowiu jest ogromny”. Tapiry zdeterminowane działalnością bielinka zyskały 3% poparcia publiczności czyli 3 głosy.
Na siódmym znalazło się zdanie o sensie wybitnie ukrytym: „Myślę, że… nie nie, na pocztę trzeba pójść prosto a potem skręcić w lewo” a podobnej co ja myśli było 10 osób czyli 9%, ale i tak nikt nie wie co autor miał na myśli 😉
Szósta pozycja
należy do myślenia, że „słowo ‚fajny’ można zastąpić conajmniej setką innych, znacznie bardziej komunikatywnych i zmuszających do myślenia” (oczywiście rozumieją to osoby wiedzące co znaczy słowo „komunikatywny”). Na to stwierdzenie głosowało 10% sondowej populacji, czyli 11 osób.
Na piątym miejscu znalazło się wyznanie: „Myślę, że po powrocie do domu trafi mnie szlag albo inna cholera” a dzięki temu wiemy, że 12 osób (10%) ma powody by do domu wracać jak najpóźniej i do rana szlajać się po mieście.
Na pozycji czwartej uplasował się mój osobisty faworyt, czyli: „Myślę, że niektórych ludzi powinno się odrobaczać sukcesywnie przy pomocy lewatywy ze żwiru” i podobnie jak ja całą listę takich osób w posiadaniu ma 13% głosujących, czyli 15 osób.
Trzecie miejsce, za sprawą 17 osób (15%) zajął wątek optymistyczny:
„Myślę, że życie jest piękne, tylko trzeba umieć odpowiednio na nie patrzeć” z czego bardzo się cieszę, bo to świadczy o jeszcze niezupełnym sponurzeniu czytelników moich wypocin.
Na pozycji drugiej mamy powrót do przeszłości, czyli zdanie: „Myślę, że ‚leżakowanie’ powinno być obowiązkowe nie tylko w przedszkolu”. Na to stwierdzenie głosowało 20% sondowanych, czyli 23 osoby a ja myślę, że nawet nie musiałoby być obowiązkowe – wystarczy by było 😉
Miejsce pierwsze świadczy o tym, że 24 osoby, czyli aż 21% badanych „dziś nic nie myśli”…
Dziękuję wszystkim za wzięcie udziału w sondzie i zapraszam do oddawania głosów w kolejnej – tym razem dotyczącej kobiet i ich zdolności mieszczenia maksymalnej ilości w minimalnej objętości.
Wasza Bajka bardzo kobieca
Po co mi budzik?
Zazwyczaj śpię snem głębokim i straszliwym, bo śnią mi się często gęsto rozmaite pierdoły zagmatwane jak pranie w wirnikowej pralce z wyżymaczką, do której ktoś wrzucił kota i po przebudzeniu zastanawia mnie czy to aby nie pora najwyższa już na wizytę u doktora od kozetek (nie chodzi mi tu o sklep meblarski). Sen jest mi przypisany niejako odgórnie i oddolnie w sumie też, bo potrafię spać w abolutnie każdej pozycji i każdym miejscu. Lubię morfeuszowe objęcia i już a zmęczenie, gdy się zjawia, powala mnie w fazie lotu zanim jeszcze przylgnę głową do poduszki. Kiedyś, kiedy byłam sporo mniejsza i wyznacznikiem mojego świata była pielucha z różną absorpcją i zawartością, spałam słodko ku uciesze Krychy i Zdzicha, bo mieli spokój z „małą wydrą”. Ochrzcili mnie tak od razu po moim na świat przyjściu pamiętni jeszcze przygód z moją starszą siostrą i Jej aparatem gębowym a potem – choć nazwa nijak do mnie nie pasowała (nie darłam ryja bez wyraźnej potrzeby), zostawili ją z przyzwyczajenia. Poza tym zawsze przecież mogłam się namyśleć i jednak zacząć uprawiać arie na dwie grzechotki i głosowe struny. Tak sie jednak nie stało i kiedy jak kiedy ale podczas snu byłam zawsze najgrzeczniejszym dzieckiem we wszechświecie aż Mamut biegał z lusterkiem i podstawiając mi jego taflę pod nos, sprawdzał czy żyję. Jak widać ten stan rzeczy udało mi się utrzymać do tej pory i zamierzam jeszcze trochę swoją skromna osobą przyczynić się do utrzymania obecnego przeludnienia na naszej planecie, bo najwyraźniej w niebie mają komplet albo mnie szuje nie chcą (swoją droga wiedzą co robia bo zaraz bym tak zrobiła porządek a poza tym strasznie tam nudno) a złego diabli nie biorą, zatem piekło też mnie prędko nie pochłonie. Śpię więc sobie dalej snem sprawiedliwego i dobrze mi z tym aż do rana, kiedy to nadchodzi straszny moment włączenia się budzika. Dotychczas wyżej wymieniony obiekt był najczęściej kupowanym sprzętem gospodarstwa domowego w moim życiu obok worków na śmieci a to z uwagi na swój krótki ale iście burzliwy żywot. Kolejne budziki zawsze lądowały na ścianie i kapitulowały, wystawiając jako widoczny znak poddania się, popsute sprężyny a gdy spotkałam się z jednym wyjątkowo upierdliwym, poszłam do kuchni po młotek, zabiłam drania i poszłam spać dalej. Oto determinacja Bajki! Odkąd jednak mam telefon komórkowy z budzikiem rzecz się skomplikowała, bo po pierwsze primo – lubię go, po drugie primo – nie stać mnie na tak częste zakupy telefonów jak to miało miejsce z budzikami po 3 zeta, a po trzecie primo ultimo – komórka może się jeszcze przydać. Na panie, których głos można zamówić telefonicznie jako pobudkę, też nie mam co liczyć, bo już mnie nie obsługują. Przemilczę dlaczego. Budzik w telefonie to dobra rzecz bo upiedliwością bije na głowę wszelkie zegarmistrzowskie cuda i cudeńka a mój posiada jeszcze dodatkowo alarm wibracyjny, co w połączeniu z drewnianą półką nad łóżkiem, na której notorycznie leży, nieodmiennie wywołuje efekt natychmiastowego wyprostu wszystkich kończyn i susa na podłogę, byle dalej od źródła hałasu. Jak widać telefon komórkowy spełniał swoje zadanie w pełni ale teraz i on zrobił się zbędny. A to dlatego, że od dwóch miesięcy mam… kota. Nikita jest w tej kwestii nie do pobicia. Słodka kiciunia ma zwyczaj spędzać noce na tuptaniu po podłodze, gruchaniu jak gołąbek w okresie godowym, gdy przemierzając zakamarki linoleum w przedpokoju wydaje z siebie w biegu donośne i nader dźwięczne „grrrrrr”, bawieniu się piłeczką ping-pongową (jakbym jej nie schowała Ona i tak zawsze Ją znajdzie w środku nocy), pogryzania kocich chrupek, na które w dzień nigdy nie ma ochoty za to po zmroku najwyraźniej intryguje ją to specyficzne echo, które rozlega się po całym mieszkaniu podczas konsumpcji oraz robieniu jeszcze całej masy równie fascynujących i hałaśliwych rzeczy. Nieodmiennie jednak koniec końców ląduje w moim łóżku, gdzie mrucząc jak Electra Super Glide ze wstecznym biegiem układa się do snu (obowiązkowo trzeba się jeszcze obrócić ze trzydzieści razy wokół własnej osi zanim znajdzie się odpowiednią pozycję). Nikita śpi w bardzo róznych miejscach na moim posłaniu ale zawsze sadowi się gdzieś na mnie. Przyzwyczaiłam się już nawet i nieszczególnie przeszkadza mi specyficzny ciężar na szyi lub klatce piersiowej ale do naszych wspólnych poranków nie przyzwyczaję się chyba nigdy. Kićka śpi krótko acz treściwie, o czym świadcza krwawe ślady na moich kończynach, za to gdy się budzi – a pech chciał, że Jej ulubiona pora rozpoczęcia dnia to szósta rano – zaczyna się sajgon. Najpierw krótka przebieżka do długiej kuchni przez długi przedpokój okraszona oczywiście solidną porcją miaukliwego tuptusiania, potem próba nawiązania łączności z bazą, czyli zaczepianie mojej stopy nieopatrznie wystającej spod kołdry. Zazwyczaj wszelkie takie próby kończą się fiaskiem czyli schowaniem odnóża i przekręceniem się na drugi bok. Wtedy zaczyna się zemsta nietoperza czyli „Nikita się złości”. W ułamku sekundy mam ją na głowie i chcąc nie chcąc obudzić się muszę, bo raczej mało kto potrafi spać w najlepsze dalej, gdy warczący kot gryzie go w nos i w uszy. I po ptakach, bo jak juz wstanę – jestem zgubiona. Trzeba dać sierściuchowi jedzonko, picie, wymienić żwirek w kuwetce bo w nocy na znak prostestu najwyraźniej Nikita wypija wszystkie dostępne Jej płyny by je zgromadzić, odpowiednio zapachowo przefiltrowane w tym plastikowym pojemniku. Standard. A potem jeszcze cały rytuał głaskania, bawienia się, głaskania… i do pracy.
I po co mi budzik 😉
I'm only happy when it rains…
Śpiewała czas temu jakiś wokalistka Garbage i nie powiem… coś w tym jest, choć nie do końca oczywiście. Nie jestem szczęśliwa tylko podczas deszczu, ale też nie psuje mi on nastroju. Lubię spadające z nieba kropelki i nie przeszkadza mi brak parasola. Nie noszę bo nie lubię i już. Dziś od rana mokro. Ulice błyszczące od strug wody. Ludzie szarzy i rozmyci. Wszyscy gdzies biegną, pędzą, spieszą się, uciekają przed deszczem jakgdyby to był wirus Ebola, warczą na siebie i swoje deszczowe ubranka. A ja się uśmiecham… do wszystkich i wszystkiego. Na przekór tak po prostu. Dobrze mi. Nie przeszkadza mi melodyjne kap kap ani krople na rzęsach. Czytam sobie książkę, której tytuł widoczny na okładce przyprawił jakiegoś pana o zawrót głowy a jakąś panią o rumieniec. Wczoraj gdy stałam z Baśką w kolejce do kiosku i wzięła „Playboya”, to też pojawił się stosowny męski komentarz za plecami. Ciekawe swoją drogą, że Ci co tak najbardziej dziamgoczą i „gorszą się” jak na zawołanie, sami czytują to samo ilekroć tylko nadarzy się okazja 😉
Wracam więc do mojej miłej lektury i szemrzącego za oknem cudownie poetyckiego deszczu…
Kobieta pracująca szczytuje w każdy weekend…
Weekend spędziłam „szczytując”…
Tak na serio to powinnam napisać zczytując, bo o inwentaryzację chodzi, ale pierwsze zdanie wygląda tak ciekawie, że go nie zmienię 😉 Zostałam zaproszona do zaprzyjaźnionego Empiku na Nowym Świecie celem nocnego łażenia między półkami z tonami kurzu wymieszanego z makulaturą różnej maści by specjalną maszynką zwaną czytnikiem robić „pip”. Takie „pipanie” jakkolwiek niewinnie by brzmiało jest prawdziwą torturą dla uszu zwłaszcza o 4 nad ranem, gdy przychodzi kryzys i oczy robią malutkie, powieki ważą tyle co ja sama a wokół stado „pipaczy” współbrzmi jak malownicze grono Marsjan w nocnym napadzie na bibliotekę publiczną. Każdą zakurzoną książkę i książeczkę „trzeba” wziąć do umorusanej łapki i przeciągnąć po niej czytnikiem by wreszcie, usłyszawszy upragnione kolejne trylionowe „pip”, móc odłożyć ją grzecznie na półeczkę – dokładne w to samo miejsce. Oczywiście ułatwialiśmy sobie sprawę i jeśli identycznych książek było 50 zczytywaliśmy kod kreskowy tylko z jednej dopisując tylko liczbę pozostałych, ale to oczywiście było surowo zabronione. Tak czy inaczej co roku powtarzam sobie „nigdy więcej” po czym otwierając maila od Zbyszka (kierownik działu książki) widzę błagalne słowa i ulegam jak baba. Straszne. To znaczy są i miłe strony inwentaryzacji: dodatkowe pieniążki na koncie (80 złotych za nockę do łapki), sympatyczna atmosfera (bo nocą to zawsze ludzikom się głupawka załącza), integracja w pełni przy darmowym posiłku (jak zawsze coś ohydnego ale głodny zje wszystko) i ogólny melanż przy drukarce (nad ranem zawsze brzmi jak techno-party). Ale jeśli zestawić to ze zmęczeniem, gdy po 10 godzinach nocnej harówki (łażenia, dźwigania, ton kurzu itp) wracamy do domu w niedzielny ranek i mijają nad kościelne rodzinki a nam w głowach tylko „pip” „pip”, które nie opuszcza nas do końca dnia (nawet po pięciogodzinnej drzemce) to doprawdy jestm masochistką i powinnam przybrać imię w stylu Regina Krwawa Wyżymaczka albo Zyta Walcząca z Biczami. Tak czy inaczej Zbyszek pożegnał mnie cudowną wiadomością o kolejnej inwentaryzacji za tydzień – tym razem muzyka – cudowna kombinacja zakurzonego plastiku i metalowych półek. Według jakichśtam statystyk kobieta pracująca szczytuje w każdy weekend… A gdzieś tam na końcu drobnym druczkiem powinno być, że dlatego, ponieważ w ciągu tygodnia wraca do domu zbyt zmęczona, by móc szczytować częściej. Dobrze, że to nie o mnie mowa. A pamiętam, że kiedyś miałam za złe Mamutowi, bo bezczelnie twierdził, że ze mnie kobieta pracująca jak z Niej baletnica 😉