Wyglądam przez okno – na oczach mam sen…

Wieczorami, gdy jadę autobusem albo siedzę w pracy dłużej niż wypadałoby szanującemu się pracownikowi (czyli za często), lubię sobie wyglądać. Przez okno. Ot tak. Przyglądam się ludziom z zewnątrz i mam kilka swoich ulubionych „dziurek od klucza”. Czasem zza burej szyby 195 uśmiecham się do smutnej pani na Mickiewicza, która zawsze w tym swoim oknie samotnie i nieubłaganie tkwi, zupełnie jakby wypatrywała kogoś, kto już nie przyjdzie. Wiem, że Ona mnie nie widzi, ale mam nadzieję, że chwilami robi się Jej jakoś cieplej nieco. Innym razem, gdy wiezie mnie 515, odwiedzam pewną sympatyczną rodzinkę, która całkiem niedawno powiększyła się o małe wierzgające zawiniątko i rudego kota. Lubię mieszkania na niskim parterze, z firankami zamiast żaluzji (niestety nieczęsto zdarzają się okna niczym nie przysłonięte) ale ci wszyscy ludzie chyba zdają sobie sprawę, że ktoś może lubić to samo co ja a niekoniecznie musi im się ta perspektywa podobać. Dlatego zasłaniają domowe „oczy” wszystkim czym się da. Niektórzy jednak lubią niczym niezakłóconą przestrzeń szyby i pozwalają przechodniom być uczestnikami własnego życia. Ponoć postępują tak mili i otwarci na świat ludzie. Ten stan rzeczy nie ma związku z przesadnym ekshibicjonizmem a raczej z charakterem tzw. człowieka przyjaznego społeczeństwu. Nie wiem czy to prawda czy jeno mit ale coś w tym jest, bo z takich okien bije po zmroku bardzo ciepłe światło. Nie odbija się w takich szybach zimna poświata telewizyjnego ekranu (jak w sześćdziesięciu innych oknach, po czym można poznać, że pół bloku ogląda tę samą telenowelę) a wspólne kolacje przy jednym stole i zabawy z dziećmi. Niemal usłyszeć można (wystarczy odrobina wyobraźni) wesołe psie szczeknięcia, albo wrzaski gdy atakuje łaskotkowy potwór. Takie sielankowe widoczki jednak wcale nie napawają wszystkich wybitnym i długotrwałym optymizmem. Owszem przez chwil kilka japka sama się śmieje i pasażerowie robią dziwne miny widząc to szczęśliwe indywiduum z nosem przy szybie, ale później, czy to przez unikalność takich zjawisk (bo niestety mało ich jest bardzo), czy to przez własnego smutasa hodowanego na „czarną godzinę” gdzieś we wnętrzu, robi się dziwnie i samotnie jakoś bardziej jakby. Bo to z jednej strony smutne wydawało by się przeciętnemu czytelnikowi takie wypatrywanie cudzych okruszków i jakąś chorobą zajeżdża wręcz ale potem uzmysłowić sobie można, że ja to po prostu naprawdę bardzo lubię. Od zawsze obserwuję ludzi (może dlatego właśnie kiedyś kiedyś zaczęłam interesować się psychologią) i od zawsze sprawia mi przyjemność widok cudzego uśmiechu. Przyjemnie jest popatrzeć na szczęście pod każdą jego postacią. Równie przyjemnie a czasem nawet śmiesznie jest popatrzeć na wiele innych rzeczy. Po drugiej stronie ulicy na ten przykład w moim miejscu pracy nie tak dawno otworzyła się towarzyska agentura. Otworzyła się na balkonach dwóch, rozrzuciła ulotki na niczego nie podejrzewających przechodniów i pomalowawszy się na wściekły fluorescencyjny różyk, jęła działać. Wtedy się zaczęło. Oburzenie zdewociałych sąsiadek podbierających sobie uprzednio słoiki z balkonów i plujących wzajem do kwietnych chaszczy rosło, rosło aż osiągnęło kulminacyjny punkt i znalazło ujście w wojnie na jaja + pomidory rzucane w kierunku znienawidzonej kancelarii rozkoszy. Obserwowałam z niemałą uciechą jak „wydepilowane Sandry” w przezroczystych peniuarach, puszyste Zofie – kameralnie i filigranowe „dwójeczki” gwarantujące dyskrecję i niezapomniane doznania odpowiadają na te ataki wodnymi bombami z prezerwatyw. Zadziałało jak woda święcona na Draculę – dewotki wyniosły się leżeć krzyżem w kościołach a paniusie w negliżu w podobnej pozycji pod klientami. Ot taki sobie zwykły widoczek – a ile radości. Agentura prosperuje świetnie a „święte” sąsiadeczki dalej zasilają budżet kleru dając na tacę drobniaki i oskubują sobie balkony z kolejnych gadżetów. Standardowo. A mnie się przypomniał pewien widoczek z przeszłości mej buńczucznej, gdy to jako nastolatka z losem nie pogodzona, próbowałam go zmieniać malując włosy plakatówkami albo przerabiając kolejne spodnie na lampiany abażur bądź odwrotnie. Zmieniałam świat od siebie i swych włości ruchomych zaczynając razem z koleżanką w jej mieszkaniu na jednym z warszawskich blokowisk, gdy nagle naszą uwagę przykuł widok z okna. Przedstawiał ów widok sąsiada z naprzeciwka, który w stroju uznanym społecznie za pierwotny, wydziwiał przed dużym lustrem w szafie wnękowej rozmaite harce. Sąsiad prezentował się nader okazale i starszy był od nas o jakieś 10 lat ale wówczas różnica ta większą wydawać by się mogła z uwagi na nasze całkowite zidiocenie młodzieńcze i totalną jeszcze wtedy nieznajomość płciowej anatomii. Bardzo wczesne to nastoletnie lata bowiem były a i czasy nieco inne – mniej znacznie można było zobaczyć w mediach niż obecnie tak z braku dostępu jak i z nieobecności rzeczy za nieobyczajne uznawanych w tychże mediach. Grunt, że wrażenie sąsiad zostawił w naszej pamięci niezatarte i następnego wieczoru, pod pretekstem kolejnych absurdalnych czynów dokonywanych na naszych jednostkach, mogłam nocować u Agnieszki. Zapowiadał się wieczór pełen emocji bo koleżanka z ojcowskiego pawlacza buchnęła wojskową lornetkę. Z wypiekami na twarzach czekałyśmy na wieczór, a mama Agi raz po raz zaglądała do nas, czy czegoś nie potrzebujemy bo podejrzanie cicho w pokoju było ale zbyłyśmy ją opowiastką, że duchy będziemy wywoływać i dlatego tak ciemno, głucho i w ogóle be. Łyknęła jak młody pelikan i poszła męczyć brata koleżanki o odrabianie lekcji. Czekałyśmy i czekałyśmy aż w oknie naprzeciw sąsiad wychynął z łazienki i zrzuciwszy z siebie gustowny szlafroczek zaczął się wyginać, przeginać i tańczyć, majtając przy tym czym popadnie. W akompaniamencie tłumionych chichotów i rechotów iście żabich wyjęłyśmy naszą tajną broń – lornetkę. I tu zaczęły się schody bo okazało się, że trzeba było coś dokręcać, przykręcać, przekręcać, odkręcać. Jak już zmontowałyśmy całość i zaczęło to wyglądać obiecująco, to okazało się, że ostrość to i może jest ale na pewno nie w tym czymś co udało nam się z mozołem wywalczyć. I znowu przykręcanie, pokręcanie, próbowanie – udało się. Szczęśliwe zebrałyśmy manele z parapetu i nastawiłyśmy na niezłe kino. Było naprawdę niezłe… sąsiad bowiem najwyraźniej dostrzegł kątem oka jakąś szamotaninę w półmroku naszego okna (latarnia ma przechlapane) i gdy skierowałyśmy nasz cud techniki w jego stronę – przyglądał się nam ciekawie zasłonięty grzecznie szlafroczkiem a na jego twarzy malowało się połączenie mile połechtanego męskiego „ego” i bezbrzeżnego zdumienia. Nieźle się musiał obśmiać, gdy zobaczył nasze miny. Następnego wieczoru w jego oknach przywitały nas zasłony. Tak się skończyła (przynajmniej na czas jakiś) nasza wczesno-nastoletnia edukacja seksualna.

Miłego dnia 🙂

15 uwag do wpisu “Wyglądam przez okno – na oczach mam sen…

  1. a w jelitkowie (bardzo nadmorska malutka dzielnica gdanska) sa dwa szeregi starych domkow rybackich – maja okna na wysokosci kolan, a w tych oknach staruszkowie opierajac lokcie na poduszkach, patrza na morze..
    Pol hektara ogrodu kolo domu i moglabym mieszkac bez zaluzji, co mi sie marzy, bo lubie gole okna (takie drewniane, brazowe, ze szprosami) ale nie w innym przypadku. Nie lubie czuc, ze mi ktos zaglada w zycie. Z podobnego powodu posiadam drzwi, ktore zamykam. Zeby dom byl oaza, a nie czyims reality show.

    Polubienie

  2. jedni nie lubią inni wrecz przeciwnie a jeszcze innym po prostu to nie przeszkadza – zwlaszcza ze intencje autora dobre byly – dobrze ze mamy roznorodnosc w przyrodzie 🙂

    Polubienie

  3. Naprawde bardzo mi się podoba ta notka. Teraz już wiem, że będe częściej wpadać 🙂

    Ale do okien chyba nigdy nikomu nie zaglądałam… a przynajmniej nie zastanawiałam się nad tym co w nich widziałam.

    Choć z autobusowego okna lubie ludzi obserwować…

    Polubienie

  4. Mam kilka mieszkań, które są znajome na takiej zasadzie jak opisujesz… Jadąc tramwajem mijam codziennie dwa – jedno bardzo ładne, takie spokojne i dystyngowane, a w drugim obserwuję gimnastykę – 3 panie ćwiczą sobie aerobik 🙂

    Polubienie

  5. wiem, bike, ale niezaleznie od intencji nie chcialabym i nie lubie:) Tez obserwuje okna, ale na zasadzie zgadywanki: wymyslam, co dzieje sie w srodku, czasem barwa swiatla, a czasem cos z pozoru nieszczegolnego przyciaga moj wzrok i tak obserwujac ukladam przerozne historie:)

    Polubienie

  6. a czy ja robie cos innego?
    wylaczajac sasiada to co piszesz teraz jak ulal pasuje – jezdze tymi samymi trasami, czasem po prostu cos przyciaga wzrok – mimo wszystko zle to chyab zrozumialas – ja nie wypatruje z wypiekami co sie bedzie dzis dzialo w tym i tym oknie – jadac czase, gdy nie czytam ksiazki, obserwuje to co zmienia sie za oknem autobusu – norma

    Polubienie

  7. Naprzeciwko salonu mam czyjąś łazienkę.
    Są tam żaluzje, ale często się rozsuwają i coś mi się przygląda.
    Macham czasem – to nawet miłe 🙂

    Polubienie

  8. jejciuu, anka, ja sie odnioslam do okien niezaslanianych, zastanowilo mnie to, co napisalas, ze robia tak ludzie zyczliwi swiatu, ze jest taka teoria i nad tym stanelam, pomyslalam, i wyszlo mi, ze nie umialabym, nie lubie w domu jak na scenie byc i to tylko mialam na mysli, o sobie napisalam. A miedzy linijkami jeszcze o tym, ze znam ludzi, ktorzy zyja miedzy parapetem a wizjerem i to caly ich swiat, smutne. Gdybym miala na mysli ciebie, to i siebie jednoczesnie, tak jak i wiekszosc pasazerow komunikacji miejskiej oraz tych, co spaceruja z psami i moknac wzrokiem bladza po oknach. Teraz juz sie rozumiemy? 🙂

    Polubienie

  9. a ja najbardziej lubię obserwować psy wyglądające przez okno i od długiego czasu mam plan – wymagający jednak „nakładów finansowych”, bo nie da sie go zrealizować przy pomocy aparatu dla blondynek – by zrobić serię zdjęć z tymi psimi mordami w oknach:)

    Polubienie

  10. teraz się rozumiemy ;))))

    ps. dzis jadac autobusem widzialam przez okno nagiego pana na balkonie (2 pietro) – palil sobie papieroska i nie zwazal na publike… calkiem calkiem tak przed praca :)))

    Polubienie

  11. też lubię podglądać- napisałam ostatnio nawet notkę na ten temat 🙂
    Na szczęście dla nas podglądaczy zawsze znajdzie się jakieś nieskrępowane zasłonami mieszkanie albo jakiś emocjonalny ekshibicjonista, który nie ścisza głosu przy wynurzeniach w tramwaju bądź nie kamufluje zbytnio swych notek na blogu :)))
    Pozdrawiam!!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s