Maliny

Kupowanie pudełka malin w drodze do pracy znajduję bezcelowym. Połowa znika już w pociągu. Chyba, że gdzieś utkniemy po drodze, to całość.

Oraz czekam na urlop. Dwa tygodnie sierpniowego pięknego lata. Gdyż ponieważ albowiem tygodniowy urlop jest jak jedno ciasteczko. Tylko zaostrza apetyt.

Wymarzone wakacje

Teatrzyk Piątka z 20 Odnóżami przedstawia: Wymarzone wakacje.

Igo – czytając plakat konkursowy przy szkolnej świetlicy:
– Moje wymarzone wakacje… No, oczywiście Liga Mistrzów, własne boisko i codziennie mecze.

– Uhm – udałam zrozumienie.

– I dogrywki, i karne… – rozmarzył się Pierworodny – I ciągle jadłbym lody i jeździłbym rowerem.

– Janek pewnie też – zauważyłam, gdyż Syn Młodszy najchętniej nawet komara ucinałby zwisając z siodełka biegówki.

– Janka wymarzone wakacje to rower, kopanie dołów na podwórku i chodzenie z Babcią do sklepu po bułeczki z serem – uściślił Igo, a w końcu brat wie najlepiej.

– Lenka wymarzone wakacje spędziłaby w waszym pokoju bawiąc się samochodami i klockami Lego – zauważyłam pomna upodobań Córki.

– A Tata pewnie łowiłby ryby z Wujkiem, jadł golonkę i grał w tenisa z kolegami – orzekł z miną znawcy potomek.

– Wiedźminem na komputerze i zimnym piwem w lodówce też by nie pogardził – dodałam tłumiąc chichot.

– A Ty, Mamo? Jakie masz wymarzone wakacje?

– Dwa miesiące na bezludnej wyspie w pięknym domu z bali z bogatą biblioteczką i świetnie wyposażoną spiżarnią… – na samą myśl uśmiechnęłam się do siebie.

– Eeee na pewno tęskniłabyś za nami – prychnął pewien swego Igor.

– I bez zasięgu – dodałam.

Okablowanie

Mam wściek. Obóz piłkarski, na który Igo nastawiał się od pół roku, nie odbędzie się. Najpierw wszyscy byli chętni, a potem część rodziców wybrała all inclusive w ciepłych krajach. Reszty, podobnie jak nas, zwyczajnie nie stać na takie urlopy. I finał jest taki, że Igo spędzi całe wakacje w Warszawie. W tej cenie i w tej chwili nie mamy żadnej alternatywy.

Uwielbiam takie sytuacje – zaliczki wpłacone, urlopy odpowiednio rozplanowane, ale last minute na plaży wygrywa, bo super promocja. I cała grupa może podziękować kilku jakże miłym rodzinom.

U kardiologa obstawiałam kłopoty z młodszą dwójką a tymczasem to nasz sportowiec został nominowany do grubszego przeglądu. Serducho ma, owszem, nawet na miejscu, ale nie do końca posłuszne.

Igo zatem od wczoraj ma holter. Okablowany i z gustowną torebusią zadaje szyku na dzielni, wzbudzając podziw i zazdrość małoletnich a zaniepokojenie wśród rodziców.

Pierwsze, o co zapytał lekarza, to czy będzie mógł jeździć na rowerze.
Najbardziej spodobała mu się opcja dnia bez kąpieli rzecz jasna.
Na szczęście dziś popołudniu ustrojstwo znika u kardiologa a ja będę mogła wymoczyć go w wannie.

Ja wiem, że częste mycie skraca życie, a mycie nóg to Twój wróg, ale bez przesady.

Cała Polska czyta dzieciom

Śniło mi się pukanie do drzwi. Im bardziej ktoś w te drzwi łomotał, tym bardziej nie mogłam się zmusić, by wstać i otworzyć. Oraz coraz bardziej bolała mnie głowa.

W końcu otworzyłam jedno oko. Zabrałam Lenie książkę, którą okładała mnie po czaszce. Pukanie do drzwi ustało.

Nie ma jak bliskie spotkania z literaturą.

Marian, tu jest jakby luksusowo

Leniwe niedziele są najlepsze.

Zamiast wymyślać obiadowe cuda-wianki, które jedno dziecko tylko obwącha, drugie stwierdzi, że miało ochotę na coś innego, czego akurat nie ma, a trzecie łaskawie skubnie kilka kęsów i poprosi o parówkę albo chleb z masłem, zrobiłam dziś spaghetti z duszonym w papryce kurakiem i mnóstwem sosu z pysznych pomidorów, z tamtym serem, czosnkiem, oregano i bazylią. Obiad zniknął z talerzy w 6-15 minut a garnek z sosem został wylizany do czysta.

Podobne cuda robią najprostsze na świecie i niezastąpione w upały młode ziemniaki obficie posypane koperkiem z sadzonym jajkiem.

A na deser dużo czereśni.

Książę Małżonek pojechał do pracy. Mam nadzieję, że mimo burz będzie spokojnie.

Igo czyta z zapałem Mity greckie dla dzieci, Janek słucha z otwartą buzią i dopytuje o szczegóły garderoby bohaterów oraz dlaczego tam nie było samochodów.

Lena od wczoraj robi po trzy samodzielne kroki, bije sobie brawo, chichocze i pada na pupę. Po czym znów chichocze. Umęczona wielce tym wysiłkiem raczyła była zasnąć.

Matka dzieciom je lody orzechowe i ogląda Galimatias. Po raz 3548 śmieje się z tych samych dialogów. Jest jej dobrze i ani myśli prasować. Jutro też jest dzień. A pojutrze jeszcze bardziej.

Po grecku

Na przystanku Pani z pieskiem. Piesek modny bo mały i mieści się do torebki. Pani przez telefon referuje koleżance minioną dobę, ze szczegółami oraz, że ma nową bluzkę z Francji. Tipsy ma raczej z Grójca. /Sorry Grójec/

Znudzony piesek usiłuje zasnąć ale Pani jest akurat przy wczorajszym lunczyku, brunczyku i pysznej latte z posypkOM.

Ommm powtarza we mnie mój wewnętrzny dżin.
Ommm spełnię trzy życzenia za rozładowaną baterię.
Ommm wizualizuję pomost nad jeziorem i małe okonie rzucające się na prażynki tuż nad taflą wody.

Autobus. Jesteśmy uratowani.

Pani z pieskiem chowa telefon i wstaje. Dumnie prezentuje bluzkę z charakterystyczną wieżą i napisem PARYS.

Trojański królewicz przewraca się w mitologii.

Ja rechoczę całkiem przaśnie i zupełnie nie światowo.

Tajna broń

Jak jednym zdaniem spowodować święty spokój i wdzięczność pasażerów w autobusie linii 517 kierunek Ursus Niedźwiadek o 6:45?

Nic prostszego.
Weźmisz czarno kure…
A nie, to nie to.

Wystarczy jedno chłopię w wieku około lat 20, które wściekłym bitem dobiegającym z własnych prywatnych uszu terroryzuje poranny letarg umęczonych tak wczesną porą współpodróżnych.

Nieznośny ów i jazgotliwy dźwięk wwiercał mi się w płaty czołowe do tego stopnia, że uniosłam swą boskość, zmaterializowałam się obok podrygującego młodzieńca, pochyliłam się nad nim z troską dawnego operatora gilotyny i znacząco spojrzałam usiłując zogniskować jego rozbiegany wzrok na sobie.

Chłopię złapało ostrość, wyjęło słuchawkę i pytająco zastrzygło uchem.
Wielomatka we mnie przybrała TĘ minę a następnie głosem nie znoszącym sprzeciwu wycedziła:

– Kolego, albo zainwestuj w lepsze słuchawki, albo w lepszą muzykę – tej wszyscy mamy już dość.

Książę Małżonek mawia, że w razie wojny On mnie wyśle na tyły wroga i wystarczy, że będę z wojskami nieprzyjaciela rozmawiać, wszyscy sami zbiegną w popłochu.

Nie wiem dlaczego tak twierdzi. Zupełnie.

Nocne atrakcje

O drugiej z minutami obudziło nas dość uporczywe w odbiorze bzyczenie. Komara odrzuciliśmy od razu. Sądząc po liczbie decybeli,  musiałby bowiem nawiać z filmu grozy kategorii D o przerażających rozmiarów owadach atakujących ludzi w bliżej niesprecyzowanym celu.

Bzyczenie za oknem przybierało na sile. Książę Małżonek, wiedziony ciekawością, wstał i postanowił sprawdzić ki czort hałasuje po nocy.

– Kochanie, to również nie zbłąkany paralotniarz – orzekł z dziwną miną.
– A któż, ach któż? – spytałam lekko już nawet rozbawiona, gdy minęła mi pierwsza irytacja.
– Dwóch panów. Jeden z kosiarką, drugi z dmuchawą.

W nocy, jak powszechnie wiadomo, najlepiej kosi się trawę.

Ze śmiechu zapomniałam dopytać czy mieli latarki czołówki, czy też wystarczył im wątły poblask latarni, w których jakiś czas temu wymieniono lampy na ekologiczne i właściwie od tej pory równie dobrze można świecić oczami.

Niezbadane są wyroki urzędników w sprawie miejskiej zieleni.

Włos ma głos

Matka Dzieciom wyszła dziś z pracy burżujsko o 14-tej (nie, to nie wagary, odpracowane było w polu) i pognała do Joli na Plac Wilsona.

Jola to błogosławieństwo w życiu Matki. Odkąd się zjawiła – a będzie już jakoś osiem lat – wizyta w salonie fryzjerskim jest przyjemnością. Włosy, których Matka posiada wprawdzie siedem na sześć w dwóch rzędach, ale zawsze to coś, również są szczęśliwe. Sielana, na na na na.

Wcześniej spotkania z fryzjerami kończyły się kwaśną miną Matki, fryzjerów często również, oraz poczuciem, że jednak chcę nacisnąć „cofnij” a autora tego, co mam na głowie, srodze wybatożyć brzozowymi witkami i ogolić w kompromitujący szlaczek.

Aż któregoś dnia Matka Dzieciom w akcie rozpaczy weszła do pierwszego napotkanego zakładu fryzjerskiego i zażądała strzyżenia. Teraz, zaraz, natychmiast, bo ma fryzurę pod tytułem piorun dupnął w rabarbar i chwili dłużej nie wytrzyma.

I właściwie została.

Matka wychodzi od Joli zadowolona, zrelaksowana i wypoczęta, bo i regeneracyjnego komara można przyciąć podczas mycia głowy połączonego z masażem tejże. A potem podadzą pod nos kawę, gazetę i czeszą.

I znikąd nie dobiega „Mamo, On mi zabrał klocki/książkę/cokolwiek, o co aktualnie można się potłuc”.

Matka Dzieciom rozważa nawet możliwość zamieszkania w salonie u Joli. Nie jest tylko pewna co na to Książę Małżonek, dzieci i sama zainteresowana.

Na pewno Matka miałaby bliżej do pracy 😉
image

I daleko i blisko

Mieszkam na obrzeżach Warszawy.

Na Woli oczywiście było cudnie oraz wszędzie blisko, ale wynajmując mieszkanie zasilamy milionem monet cudze, nie własne poletko, żeby wbić coś więcej niż gwóźdź trzeba przynajmniej kogoś poinformować, nigdy nie jest się do końca u siebie oraz w każdej chwili można zostać z ręką w nocniku. A o ile znalezienie nowego mieszkania pod wynajem to jeszcze nie Wielka Pardubicka, o tyle znalezienie mieszkania w pobliżu aktualnie niezbędnego żłobka, przedszkola i szkoły, to już wyczyn.

Teraz mieszkam w domu.

Igo chodzi do podstawówki, którą skończyłam ja, moja siostra i Mamut. Ja wiem, że teraz jest nacisk na dobre szkoły, które wybiera się spośród setek rankingów i wozi do nich śnięte dziateczki przez pół miasta. Wyszłam jednak z założenia, że nie przypominam sobie, by ktoś po tej placówce został Naczelnym Głąbem RP, moi koledzy pokończyli co chcieli i radzą sobie w życiu a odległość 150 metrów od domu jest dodatkowym atutem. Przedszkole też mamy blisko. Żłobka brak, ale nie można widać mieć wszystkiego. Ma powstać za rok, więc kto wie – może Młoda się załapie.

Jestem u siebie, jesienią sobie grabię tysiąc razy w tygodniu i ciągle mało, zimą sobie odśnieżam i jak pada, to to moje odśnieżanie można zauważyć raptem przez kilka minut, wiosną sobie sądzę i potem patrzę jak rośnie, latem sobie odpoczywam i reszta świata może mi skoczyć na bungee. Chodzę na bosaka, nie sprzątam zabawek z piaskownicy, zrywam poziomki i borówki prosto z krzaczka i poję liczne okoliczne jeże mlekiem z podstawki do kwiatów.

Może i jest wszędzie dalej, może i znajomym wciąż jakby nie po drodze, może i klnę jak szewc, gdy ucieknie mi pociąg a następny za jakże radosne pół godziny na ruszcie peronu.

Ale hamak w upalny dzień, granie w monopol na kocu w kratę i zwyczajne pytanie: „Czy obiad jemy w domu czy na podwórzu? Bo nie wiem czy wynosić talerze.” – sprawiają, że słowo dom zyskuje plus milion do zajebistości.

Oraz letnie wieczorne podlewanie to wielka przygoda. Wystarczy opcja: zraszaczem po rodzinie i już jest zabawa.

Wprawdzie od razu mam nowy wsad do pralki i kilka par dziecięcych sandałów do wysuszenia, ale radość można mierzyć w kilogramach, metrach bieżących oraz w ilości piasku naniesionego przez dzieci do wanny.

Obstawiam, że to spisek mający na celu przeniesienie piaskownicy do łazienki. W sumie chłodniej, więc pomysł niegłupi.

Tak, to notka afirmująca.
Szukam pozytywów, by sobie przypomnieć, gdy przyjdzie mi znów nadprogramowo poczekać na SKM-kę.