W piątek po pracy na dachu Dworca Śródmieście grał Hey a my z Katą siedziałyśmy w trawie. Słuchałyśmy, patrzyłyśmy, myślałyśmy i komentowałyśmy. Śpiewała Kasia, chłopcy brzdąkali na gitarkach i kompletnie się wzajemnie nie słyszeli bo każde było obok. Obok dźwięku. Antyradio się nie spisało z odsłuchami. Tylko Nosowska jak zwykle dobra, tyle, że na 1/4 możliwości rozkręcona i prognozuję rychły bezgłos. Mam nadzieję, że leczy guzki u foniatry bo brzmi to poważnie. Chyba, że miała właśnie zapalenie krtani. Ale to chyba wówczas należałoby odwołać to ‚dachowanie’.
Poza pełnym przekrojem małolatów w bojówkach i plastiku oraz stylizowanych na ‚jestem ołtsajderem i taki jestem straszliwie inny, że jezusmaria ja pergolę’ klonów, nie stwierdziłyśmy tam śladu klimatu dawnych koncertów. Ani nawet śladu czegokolwiek poza… dziećmi. Średnia wieku – 14 lat i co drugie z piwem w dłoni. Centrum miasta. Zakazy, strażnicy i takie tam pierdoły. Dzieci roznegliżowane do granic przyzwoitości, dzieci całujące się w fontannie, dzieci wykolczykowane i wytatuowane, dzieci w krzakach i dzieci z dziećmi co lada chwila, dzieci z bluzgami i dzieci ala ‚młody gniewny’ – stroszone pióra i różowe trampki. Może to i fajne jest, może i my takie kiedyś byłyśmy ale z tego co pamiętam, to wtedy jeszcze o coś chodziło. Istniało coś poza strojem i muzyką, jakieś ideały chyba. Ale nie jestem pewna bo to dawno było. Poza tym wtedy to miało manifestować coś poza głupotą i kieszonkowym od starych. Nawet spodnie robiło się samemu a nie szło do trędi sklepu by wybulić cztery stówy wzięte od rodziców. Jak chciałam spodnie to musiałam najpierw na nie zarobić. Albo przerobić – to też było super bo eksperymenty z bielinką i farbkami do bielizny zawsze owocowały czymś ciekawym i wyjątkowym. Jedną bluzkę ‚z wtedy’ noszę do dziś. Kieszonkowe to mieli ci lepsi. I frajdą była wtedy różnorodność, nie klony.
W każdym razie zmyłyśmy się szybko. Bez żalu. W sumie jacy odbiorcy, taki koncert. A publiczne golenie klaty woskiem w plastrach to już nawet mnie – mało wybredną jeśli chodzi o absurd koncertowy – nie bawi. Miłym (mimo wszystko) akcentem był fakt absolutnego wyzbycia się kompleksów – zwały i zwisy prezentowane tamże przez dziewoje znacznie od nas przecież młodsze sprawiły, że poczułyśmy się atrakcyjnymi kobietami. Bez dwóch zdań. Tylko mnie dziwi kto pozwolił tym wszystkim gimnazjalistom tak się spaść. Bo nie uwierzę, że wszystkie cierpią na choroby nerek i tarczycy. Ja nie mówię, że jestem idealna ale w wieku lat nastu uprawiałam sport i wyglądałam o niebo zdrowiej i lepiej niż ta zmakdonaldyzowana młodzież. Rower od czasu do czasu by nie zaszkodził. A skoro w tym wieku mają tyłki w rozmiarze niezłego telewizora to strach się bać co będzie za lat kilka, lub naście. Albo są obleńce, albo tyczki – ze skrajności w skrajność, zero środka. A potem rodzice zdumieni bezbrzeżnie, że bulimia i anoreksja, że brak akceptacji dla własnego ciała i że skąd to wszystko. Bo przecież na pewno nie z torby chipsów przed telewizorem…
*****
W sobotę głównie bolała mnie głowa. To dziwne, bo mnie nigdy głowa nie boli. Za to, jak się okazało, jeśli już boli, to ekstremalnie. Łyknęłam to co znalazłam w szafce z pominięciem spirytusu odkażającego dawny noworodkowy pępek i wacików. Nie wiem czy słusznie bo mogłam sie chociaż znieczulić i zatamować ewentualny wypływ wyrzutów sumienia ale jakoś średnio mi się widział urwany film z dzieckiem, pełzającym samopas po pokoju, w tle. Może i jestem matką wyrodną ale bynajmniej nie z upadłą. Margines zaś jakoś wybitnie wolę w zeszycie niż we własnym domu.
Cierpiałam więc bohatersko i w milczeniu bo gadał głównie Igor a jak nie gadał to podgryzał. Z dumą prezentując dwa świeżo wyklute siekacze dolne wpijał mi się to w przedramię prawe, to w lewe. Zastanawiam się czy wyglądam bardziej jak ofiara przemocy w rodzinie, czy chora na cyklofrenię na stosownym oddziale bo ręce mam w siniakach a na przegubie lewym z dumą zaprezentowała mi się dziś w tramwaju dorodna malinka. Uroczo, doprawdy.
Noce są, że tak powiem, lekko z głowy albowiem Ludzki robi sie bardziej ludzki i systematycznie wyposaża w nową, tym razem górną część klawiatury. Nie płacze ale marud jest straszliwy i nijak nie można Mu ulżyć. Calgel tylko potęguje złość, Młody ciągle by coś w dziobie międolił ale jak międoli to też uwiera, więc frustracja narasta. Brak stałego międolenia powoduje z kolei złość, że brak i tak w koło Macieju. Najchętniej przyjmowane są gryzaki wodne mieszkające już chyba na stałe w lodówce. Na zmiany.
Poza tym głównie w życiu lokatorskim odbywa się jedzenie. Przez duże Ż. Młody jadłby w trybie ciągłym, jednostajnie przyspieszonym i chyba tylko moje samozaparcie oraz możliwości techniczne powodują, że Syn nie jest jeszcze kwadratowy. Mamut Go co prawda z lekka zkwadratowił ostatnim ‚tygodniem z babcią’ ale jest szansa, że to nie będzie nagminne.
*****
W niedzielę za to spacerowaliśmy mijając starsze wieloryby porozkładane w parku w samych namioto-stanikach o krok od chodnika i estetyki, przyjmowaliśmy gości, oglądaliśmy filmy, jedliśmy całą masę pysznych rzeczy i komentowaliśmy mecz Portugalia-Holandia. Goście w postaci Katy, Hal i Pablosa zeszli się w różnych porach i konfiguracjach ale osiedli wspólnie wokół Młodego zabawiając Go i unikając rozmaitych wątpliwej estetyki niespodzianek. Tu rzyg, tam rzyg ale się bawimy. Zwątpiłam nieco tylko kiedy Lokator umieścił zbunkrowane w ustach mleko w głośniku swego plastikowego, koszmarnego pianinka, które tak uwielbia, a z którego przezornie wyjęłam baterie zanim Mu je wręczyłam, ale dało sie to jakoś powycierać. Podejrzewam, że żaden konkurs chopinowski na tym nie ucierpi.
Andżelina jako pani Smitch obejrzana i obmlaskana z zachwytem na wszystkie strony, ‚Egzorcysta, początek’ obśmiany na czym świat stoi, fasolka szparagowa w brzuchu poukładana z zachwytem, meczyk obfitujący w kartki żółte i czerwone zaliczony. Kibicowalim Portugalii. I dobrze. Szkoda tylko, że skład im się zmodyfikuje w spotkaniu z wielbicielami rybnych chipsów i jogurtu w proszku. Swoją drogą nadal nie potrafię się zdecydować czy wolę piłkę z nutą latynoamerykańską czy angielską. Chyba zależy od nastroju.
Korzystając z obecności ludzi_którym_mogę_odstąpić_swe_dziecię_i_którzy_nie_uciekną_z_wrzaskiem, oddałam się rozmaitym fantazjom na temat wolnego czasu i braku hałdy prasowania w kącie pokoju. Hałda mnie odstrasza samą swoją obecnością, gdyż temperatury ostatnio sprzyjają raczej szczelnemu zamykaniu się w chłodziarko-zamrażarce bądź waniennym nurkowaniu pomiędzy kostkami lodu niż walce z ‚wyrzutem pary w pozycji poziomej’ ale nieuchronnie zbliża się czas, kiedy będę się musiała za nią wziąć. I odprasować się do bólu. Okna też wrzeszczą z nieprzezierności. I podłoga w kuchni. A ja to głównie z niewyspania. I braku czasu. Notorycznie.
A dziś w drodze do pracy tylko raz szpetnie zaklęłam na ten upał (35 stopni w cieniu. Bynajmniej nie Farenheita). Ale to pod nosem. W dodatku bardziej miało związek z higieną osobistą współpasażerów przed ósma rano niż z warunkami meteorologicznymi. W końcu chciałam lato. To mam. O losie.
I niech teraz ta laska reklamowa co wącha koszulkę swojego Tomka, co to on na pewno nie biegał bo jej nie pachnie i jest sucha ta koszulka (swoją drogą to szkoda, że jeszcze skarpetek mu nie obwąchała) to gdzie on do cholery był, wsiądzie rano w dwadzieścia cztery. Niech. I zobaczymy co będzie.