Tour de Bajkonur

Drugi koncert wypadł o niebo lepiej. Całe szczęście bo bez wątpienia spadłoby nam morale. Z wysokości niezłego odrzutowca. Kościół na Krakowskim Przedmieściu okazał się przytulny i wymarzony dla nas pod względęm akustycznym. Publiczność też dopisała. Dziękuję zwłaszcza tym, co przybyli mimo braku czasu i nadmiaru przeziębienia. Ale jak usłyszałam ‚w końcu druga taka szansa by usłyszeć Bajkę w dziewiątym miesiącu może się nie powtórzyć’. Faktycznie. Raczej nieprędko.

No ale to było we wtorek. A dziś? Dziś był dzień ze wszech miar męczący. Z czystym sumieniem mogę zaliczyć go do swoich osobistych koszmarków. Po pierwsze musiałam wstać o 4.00. Tak, to nie pomyłka. O czwartej. Przyjmując za normę, że przed północą usnąć zazwyczaj nie potrafię, tworzy to pewien obraz sytuacji. I zaistniałych trudności. Najpierw oczy odmawiały posłuszeństwa. Potem, gdy już udało mi się zlokalizować powieki i przykleić je plastrami do brwi, chciałam umyć twarz szamponem. W końcu niby wiem,że to też jakaś myjka ale jednakowoż preferuję żel tudzież mleczko do facjaty. Przynajmniej nie szczypie w oczy. Jakoś się jednak udało i po wyczerpującej porannej (wybitnie) toalecie a następnie błyskawicznym wciągnięciu do żołądka miski musli a na grzbiet plecaka, udałam się w podróż. Plecak, torebka, strój chóralny i reklamówka nie przerosły moich możliwości ale nie będę ukrywać, że nie było blisko. Przerosła je natomiast wizyta w maksraczu na Dworcu Centralnym, gdzie o szóstej (prawie) udałam się celem zanabycia kubka herbaty, o którym marzyłam od dwóch godzin. Przybytku tego nie znoszę bardziej niż mojej licealnej geograficzki i to z podobnych powodów – obskurnie, brzydko i śmierdząco (wyżej wzmiankowana pani charakteryzowała się przy tym daleko posuniętym debilizmem absolutnym). Ale gorąca herbata na Centralnym w Warszawie jest znana z tego, że albo jej nie ma w promieniu rozpaczliwego rzutu podręcznym bagażem, albo kosztuje 3,99 za 0,2 mililitra. Wybór jest więc tylko jeden – Szczurlandia. No trudno. Cóż robić. Wchodzę (obowiązkowo na wdechu), staję w kolejce (tak… o szóstej rano była tam kolejka), staram się przy okazji nie pozbyć jakoś przypadkiem bagaży. W końcu miła pani z niewyspanym mocno uśmiechem (biedaczka) lustrując to moje obciążenie zewnętrzne to wewnętrzne zadaje mi to ważne pytanie:

– W czym mogę służyć?
– Herbatkę poproszę
– Ciasteczko?
– Nie. Herbatkę
– A może jajecznicę? Mamy teraz takie fajne…
– Tylko herbatkę… Proszę…
– Hmmm. No dobrze!

O rety! Zwiędłam. Gdyby nie to, że byłam tak drastycznie zmarznięta, senna i pragnęłam tylko kubka gorącej herbaty za cenę różną od sumy mojego zwyczajowego śniadania, uciekłabym stamtąd wrzeszcząc dziko i używając wyrazów uznawanych powszechnie za nieprzystające kobiecie w moim stanie. Nawet bardzo wzburzonej.

Pociąg wlókł się niemiłosiernie. Jak to pociąg. W Gdańsku byliśmy po 11. Potem jeszcze tylko kolejka SKM i… Sopot. Zobaczyłam łóżko i padłam. Zasnęłam chyba nawet przed lądowaniem na pod poduszce. I może to i dobrze. Przynajmniej ominął mnie pierwszy szok na widok warunków w tym ‚hotelu’. Bo to miał być hotel. Chyba jednak tylko w założeniach. Ale nie marudźmy zanadto. W końcu perspektywa letniej kąpieli w gumiakach pod prysznicem, na który strach nawet spojrzeć, to jeszcze nie tragedia. Gorzej, że drugi szok nie ominął niestety problemu ogrzewania. A raczej jego całkowitej nieobecności. Stwierdziłam natomiast dojmujący chłod z powodu szklanej wiaty zamiast frontowej ściany, cieniznę reszty ścianek w domkach i nadobecność byczych a wszędobylskich szczelin, w których swobodnie sobie hula wrzesień nad morzem. Do tego jakby mało było atrakcji nie wzięłam tej piżamy co to ją od Altuchy dostałam byłam z okazji szpitala. Została w domu naszykowana do drogi jak stróż w Boże Ciało. Cudownie. Dobrze, że mam dżinsy i jakiś golf, w które jeszcze mieszczę się bez wskakiwania z dachu budynku. Ale szykuje się niezły sajgon. Samotne drewniano-szklane domki, ledwie letnia woda i jesienne noce. Już kocham Sopot. Podejrzewam, że z tej wyprawy nie dość, że nie przywieziemy nagrody (niestety słyszeliśmy już chór z Filipin i załamaliśmy się doszczętnie), to jeszcze wyhodujemy solidne gluty do pasa. Tak, tak. Lepiej mocniej trzymajcie te kciuki bo jak mnie trema zeżre to nie dość, że nie będzie solówki, to jeszcze szanowne jury da nam wyróżnienie… ale tylko z litości, bo jak zacznę rodzić na scenie, to już wszystko zrobią bylebym tylko przestała śpiewać.

Z pamiętnika przyszłej matki, czyli o ja pier….rogi z kapustą to bardzo lubię

Pan Dochtor Od Samolotów z dziwnym uśmiechem pogratulował mi wtoczenia się na to ‚nasze wysokie pierwsze piętro po TAKICH schodach’ (fakt, te nasze przychodniane mają stopnie jakby trzy razy wyższe niż standardy wszelakie przewidują), co skwitowałam spojrzeniem w stylu ‚chcesz się bić czy co?!’ ale po namyśle (krótkim) stwierdziłam, że nie będę robić mu obciachu i odstąpiłam od walki wręcz na gołe brzuchy. Jak się później okazało w przychodni jest… winda, która jednak wrednie umknęła mojej uwadze mimo ostatniego półrocznego, niemal stałego tamże pobytu. Cóż. Grunt to spostrzegawczość. Potem Samolot popatrzył kilkakrotnie i z nieukrywanym przerażeniem to na mnie to w papiery rozmaite co to je zdążyłam z pomocą tych przeróżnych badań i testów zgromadzić, rzucił mi przyczajonego rentgena sponad okularów i stwierdził kategorycznie, że więcej się nie spotkamy zanim Lokator z Dolnego Piętra się nie uzewnętrzni towarzysko i on na to właśnie by stawiał. Co on tam wie. Buc jeden. Może sobie stawiać na Tolka Banana. Jak ja mu mówię, że się spotkamy to się spotkamy. Przytrzymam gnojka. Niech się uczy, że matka zawsze wie lepiej. Potem posłuchaliśmy sobie jeszcze bicia obywatelskiego serducha, a prócz nas jeszcze z pewnością cała poczekalnia i kilka okolicznych domostw – taką ma pikawkę skubaniec. Na koniec dostałam prikaz udania się do okulisty na kontrolny przegląd migaczy. Jeszcze zdążyłam spytać go o koncertowy wyjazd: – ‚wie pani, szpitale są wszędzie’ – i poturlałam się dalej. Cieszę się, że się zrozumieliśmy.

W weekend poznałam w końcu Nielota (z czego bardzo się cieszę) jak również jej kurę o nieustalonej dogłębnie płci (z braku otworu na jajko i takie tam inne przesłanki) oraz ciasto, które nazywa się Głupie, choć według mnie powinno zmienić imię na Pyszne. Poznałam jeszcze kilka osób ale w przypadku bloga ich opisy okazują się dla sprawy dość mało istotne. Nielot ma w przeciwieństwie do ciasta znaczną inteligencję, poczucie humoru (choć ukrywa) a na głowie chustkę (której nie ukrywa bo głowa w odróżnieniu od humoru poczucia jest zazwyczaj na wierzchu). Kurę międoliła rzetelnie, co jednak zainteresowanej wcale a wcale nie przeszkadzało.

W weekend był też pierwszy koncert. Pominę może ze znaczącym zgrzytnięciem dojazd na Bemowo, który na moje usta cisnął coraz to wymyślniejsze epitety tudzież metafory jak również liczne życzenia zdrowia i szczęścia dla Zarządu Transportu i całej Kurde Mol Komunikacji. Pominę również fakt, że tak brzydkiego bod względem architektonicznym i akustycznym kościoła to ja jeszcze nie widziałam. Współczesne budownictwo sakralne przypomina mi raczej bryły bunkrów, niż miejsce spotkań i modlitwy. Chyba, że właśnie o to chodzi, żeby nic nie było słychać. Fakt – wierni często śpiewają dość… specyficznie, ale jeśli się organizuje koncert chóru, to chyba możnaby wcześniej o tym pomyśleć. Słyszalność była praktycznie żadna. Jak się człek wydarł to ledwie siebie słyszał nie mówiąc już nic o sąsiedzie, czy tak istotnej w sumie kwestii jak strojenie dźwięku do reszty głosów. W tych warunkach teleturniej ‚Jaka to tonacja?’ wydaje się bardzo na miejscu. Normalnie zdobyliśmy chyba puchar Strong Mana w utrzymaniu tejże. Przynajmniej po japońsku – jako tako. Ale luz, nikt sie nie zorientował. Ciekawe czy ci ludzie w ławkach w ogóle słyszeli cokolwiek poza kakofonią brzmień odbijających się od ścian osiem sekund po ich z nas wydobyciu.

Mam nadzieję, że dziś będzie lepiej. Chociaż po przebiegu poranka na wszelki wypadek sprawdziłam w kalendarzu, czy trzynasty się jakoś niebezpiecznie nie obsunął. Na drastyczną godzinę 7.30, która w moim obecnym stanie psychofizycznym jest doprawdy godziną strzyg i upiorów – czy to z uwagi na fazę notorycznego letargu czy przez wzgląd na moją bagienną ostatnimi czasy urodę – wybrałam się bowiem do Pana Okulisty. W recepcji dowiedziałam się, że gabinet 119 i że pierwsze piętro. O zgrozo. Windy nie było. Przeszukałam. Pod pokojem ludzi moc ale na szczęście większość do dermatologa, co to przyjmuje obok. Tak tak. Jesień, pyłki, alergie. Do Dochtora Od Gałek nikogo. Jakoś po drodze zrobiła się ósma, więc zapukałam, bo co tak będę stać na korytarzu po próżnicy. Odpowiedziała mi cisza, więc przyjęłam to za dobra monetę i chwyciłam za klamkę. Wiem, że to może niegrzecznie ale lata praktyki nauczyły mnie, że w przypadku lekarzy trzeba się najpierw przekonać, czy w ogóle tam gdzie powinni być o danej porze istnieją. Drzwi otworzyły się i moje ‚dzień dobry’ kazało mi się cmoknąć w pompkę. Zamiast Pana Okulisty, którego nie było – chyba, że schował się pod biurko – w pokoju unosił się ostry zapach szczypiorku. Acha! – pomyślałam sobie niezwykle odkrywczo – śniadanko! – i wycofałam się taktownie. Niech się bidula przed pracą posili. I tak nie lubię szczypiorku. Tylko gdzie on to śniadanko konsumuje? Za oknem czy jak?

Wszystko wyjaśniło się jednak po chwili, gdy Master Of Muszkatołowa wychynął na korytarz i gniewnie spojrzeł w mym kierunku. Co było robić – przywitałam się i weszłam do gabinetu. Nie odpowiedział. Przez moment myślałam już, że niemowa ale zagrzmiał – Pesel!! – i wyciąnął przed siebie dłoń olbrzymią jak bochen chleba. Dochtor ów generalnie pasowałby mi raczej na Rzeźnika Z Przedmieścia niż lekarza okulistę ale nie będę wnikać co tam on robi po godzinach. Ale za to jestem pewna, że rzeźnicy są dla swych ofiar milsi. Pewnie dlatego, że wyżej wymienione nie zakłócają im spożywanych w godzinach pracy posiłków. Kolejnym słowem jakie usłyszałam było – Skierowanie!! Tu mnie przyznam szczerze zażył, bo byłam przekonana, że do lekarza tej specjalności żadne kwity potrzebne nie są. Zaraz też podzieliłam się z nim swoją refleksją. Wielka Łapa najwyraźniej również o tym wiedział bo tylko obrzucił mnie uroczym spojrzeniem z cyklu ‚wolisz nóż czy tasak?’ i zamruczał coś pod nosem. – A to badanie to dla lekarza czy dla pani? – zagaił czarującym warkotem. Na końcu języka miałam, że jak dla lekarza to pewnie przyszłabym z jego gałkami ocznymi w kieszeniach, ale uśmiechnęłam się tylko, mrugnęłam znacząco i wyjawiłam jakby nigdy nic, że dla mnie.

Potem Łapa Grizzly kazał mi się przesiąść na jakieś dzikie stado foteli. Najpierw wyświetlił mi film o mrówkach i dopiero gdy takim śmiesznym pilotem popikał w kierunku ekranu i powiększył wszystko trzy razy okazało się, że to były litery. Hmmm. Nie musiałam nic mówić, bo sam stwierdził, że fatalnie. Nie dość, że bez okularów jestem kret to i w nich nie lepiej. Tak sobie myślę, że dziwne nieco, że jeszcze do domu jakoś trafiam. Swojego. Potem kazał mi zdjąć wspomagacze, wcisnął do oczu szczypiące krople i kazał posiedzieć 20 minut w poczekalni. Posiedziałam. Przez pierwsze pięć minut jeszcze widziałam, że obok mnie siedzi jakiś pan. Po upływie tego czasu pan rozmazał mi się perspektywicznie i nie widziałam już nic poza własną dłonią. W zarysie. Oczy szczypały piekielnie, źrenice zrobiły się wielkie dla tęczówki zostawiając ułamek niebieskiego milimetra i generalnie wyglądałam jak dziki narkoman. Dziki, poczochrany i zmrużony narkoman w dziewiątym miesiącu. Bosko. Musiałam wyglądać doprawdy rozbrajająco, bo przechodząca obok zakonnica zatrzymała się pytając czy coś się stało. Powiedziałam, że rutynowe badanie i podziękowałam za troskę. Następnie z gabinetu wytoczył się znajomy Rzeźnik i wciągnął mnie do środka. Następne trzy fotele zaliczyłam przy jego ustawicznych pomrukach niezadowolenia. Nie chciał jednak dokładnie wyjawić co mu sie dokładnie nie podoba i dlaczego. Przyciśnięty do muru podzielił się ze mną niechętnie tymi informacjami i nawet wpisał mi cały elaborat w kartę ciąży.

Fajnie nie jest. Generalnie poznałam to nawet po tym, że zmienił ton. Na znacznie milszy i przystępniejszy. Jak widać jakieś resztki uczuć ludzkich w nim zostały. Pomimo braku śniadania. To co powiedział też nie jest specjalnie budujące. Tak czy inaczej po uzewnętrznieniu się Obywatela muszę zająć się swoim wzrokiem i to na poważnie. Dowiedziałam się, że w ciałku szklistym mam jakieś męty (rety co za nazwa…) i że siatkówkę mi jasna cholera wezmie za niedługo jak się jej nie poprawi. A nie poprawi jej się samo raczej. Poradził laserową korektę wzroku, która oczywiście – niech nam żyje służba zdrowia kurna jego olek – jest odpłatna jak stado diabłów. I to na kierowniczych stanowiskach w piekle. No i najlepsze… czeka nas poród krojony, fachowo zwany cesarskim cięciem.

To co. Na pewno dziś nie trzynasty?
Szfak…

Zazwyczaj

mijam przystanki oblepione wybiórczymi ‚-ski’, ‚-sk’, ‚-ych’, ‚-er’, ‚-xyz’ do absolutnej nieprzejrzystości, z bolesnymi wyrwami po rozkładach jazdy i szybach z pleksiglasu, z babciami rozpychającymi się w zakupowych torbach na ławeczkach szczątkowych po ostatnim meczyku, z koszami na śmieci puszczającymi znaki dymne w czasoprzestrzeń

trawniczki fragmentarycznie zroślinione, na których prócz psich suwenirów, wyliniałych plam po dawnej zieleni i dziecięcych piaskownic walają się tu i ówdzie opakowania szklane tudzież aluminiowe przeznaczone w zamyśle producenta do dalszej utylizacji

z lotu wiaduktowego odgórnego na owych trawniczkach widać sieć chodników projektowanych rozpaczliwą ręką architekta miejskiej przestrzeni, które i tak są koncertowo ignorowane przez poranno-wieczorno-pospiesznych autochtonów jak również przez drobnych pijaczków do domu trafiających już tylko po węchu i raczej przez fart niż jakąkolwiek orientację przestrzenną

może być stado ścieżek oddalonych od siebie o 5 cm a i tak zawsze znajdzie się kilku ktosiów, którzy wydepczą coś pomiędzy… ot tak dla zdrowotności i oszczędności ułamka sekundy w biegu do czy z autobusu – taka nasza polsko-polska specyfika, że każdy zna się na wszystkim i wie lepiej niż inni a reszta z zasady staje okoniem

wzruszające girlandy kwiatów na przekór wszystkim i wszystkiemu zwisające całymi gąszczami z wyżyn najruchliwszych i spalinochłonnych ulicznych arterii, z balkonów i okien, z których od lat wiszą papieskie chorągiewki tak wyblakłe jak tęczówki ich opiekunek, zaciekle walczących o prawo ich żywych, zielonych, dawniej nawet wonnych podopiecznych do życia notorycznym i czułym podlewaniem… jakby to miało zapewnić im samym nieśmiertelność

rzekę niosącą mizerną resztkę wody i nieziemski smród – bo choć pogoda popsuła się już kilka dni temu, deszcz nie dociera tu od miesiąca – nad którą zaciekle od trzeciej, czwartej nad ranem tkwią mocząc kije i zamieniając zdrowie na wtórny reumatyzm wędkarze, co wierzą, że ryby, jeśli tu w ogóle jeszcze istnieją w formie żywotnej, nie świecą

przejścia podziemne z łuszczącą się biednie skórą ongiś ozdobnych płytek, uliczno-chodnikowe stragany, których przecież nie ma… ‚bo stolicy nie wypada’, kieszonkowców porozumiewających się ze sobą zestawem dźwiękonienaśladowczych sygnałów, przerdzewiałe balustrady niszczejącej resztki mostów, która nam pozostała

uśmiechnięte sardonicznie do świata klony jesionolistne i rodziny ptaków odwiedzających się gwarnie i owocnie dla samochodów parkujących poniżej jak również przygodnych przechodniów bez czapek czy ochronnych parasoli za to z poirytowaniem i wyrazami na ustach… bynajmniej nie uznania dla tych podmiotów badawczych dzielnych ornitologów

wózki, wózki, wózki, wszędzie matki z wózkami i ciężarne kobiety, które to widoki prześladują mnie wręcz bez przerwy, albo szczęśliwi tatusiowie dobrowolnie wprzęgnięci w nosidełka z najmilszą im zawartością… to straszne, normalnie jakaś epidemia jesienna po jakże upalnym lecie

pasażera autobusu – sądząc po makijażu była to kobieta ale głowy nie dam – który dostrzegłszy pokaźne tomiszcze w moich dłoniach, żurawia zapuścił by podejrzeć tytuł (też tak częśto miewam jak większość populacji czytającej chyba)… jednak potem pasażer ów posłał mi spojrzenie pełne oburzenia i nagany, bowiem w tytule tego dzieła zlustrował trzy głoski, które ułożyły mu się z miejsca w wyraz kojarzący się najwyraźniej wyjątkowo jednoznacznie z kopulacją… dziwne jak to pozory mylą no i komu co na myśli też od razu widać

nieokreślonego wiekowo pana z teczką, którego co dzień mijam idąc chodnikiem w to samo nieodmiennie miejsce, i który – gdy pewnego powszedniego dnia nie spotkamy się i nie powitamy ledwie zauważalnym drgnięciem kącika ust w uśmiechu – zapewne pomyśli… że to już 🙂

to wszystko przez jakieś okno

widzę

Z ostatniej chwili

Jeśli ktoś ma dużo wolnego czasu, małe poczucie estetyki, przytępiony słuch i mimo wszystko chciałby posłuchać koncertu mojego chóru jeszcze przed wyjazdem do Sopotu, to ma do wyboru dwa terminy:

* Niedziela 18 września o godzinie 19.00 w Kościele Matki Bożej Królowej Aniołów na ul. Markiewicza 1

* Wtorek 20 września o godzinie 19.00 w Kościele Świętej Anny na Krakowskim Przedmieściu.

Od razu mówię, że we wtorek będę się bardziej starać bo Święta Anna jest ładniejsza i w ogóle 😉

Zapraszamy
Bajka i Biedny Lokator

Ratunku! One się mnożą!!

Ze skarbczyka starych ale jarych przysłów przypomniało mi się jedno – ‚nie miała baba kłopotu, kupiła sobie prosiaka’, czy jakoś tak. No bo tak. Co prawda nie jakaś przygodna baba lecz ja i co prawda nie prosiaka a wózek transporterem opancerzonym zwany i co prawda nie kupiła a dostała ale za to nie jeden tylko od razu dwa. Co się tu będziemy rozdrabniać moi drodzy. Celujemy w hurcie. Detaliczność stała się passe.

A wszystko przez niespodziankę, która – fakt cudowna – ale niestety nieskonsultowana grozi niemałym ryzykiem zawodowym. Jakiś czas temu nawet przy okazji łóżeczka coś nie coś w tej materii pisałam ale już nie pamiętam bo to dawno już było. Ech. Wszystko super. I naprawdę cieszyłabym się jak dzika świnia w dżdżysty dzień i klaskała uszamy w rytmie rumby… ale bliźniaków się jakby tu powiedzieć nie spodziewam bardziej niż wygranej w totka. Co o tyle pewne jest, że w wyżej wymienionego nie gram. I tylko szkoda mi, że Grupa Trzymająca Władzę I Pomysły Zakręcona W Radzieckim Termosie, co to prezent ów urzeczywistniła po zapewne niemałych staraniach i kombinacjach – i której z tego miejsca pragnę gorąco ze wszystkich sił podziękować i ściski w okolicach ramion i przyległości przesłać – ma teraz problem. Bo obywatelskie lamborgini już do nas mknie a Zakręceni zostali z wózkiem w kończynach. Mam nadzieję, że uda się znaleźć kogoś do obdarowania albo sprzedać obiekt moich niedawnych marzeń i snów sprzedać na allegro i wszystko się zwróci bo mnie jeden jak sądzę wystarczy. A wystarczyło pytanie ‚czego nie masz?’ a ja już bym powiedziała jasno i otwarcie. Mieszkania na ten przykład nie mam 😉 Albo niczego poza sześcioma zerami na koncie w banku. A w sumie jakaś cyferka inna by się przydała przed nimi. Albo urody Claudii czy innej Naomi nie mam. I nóg do szyi 😉

A tak na serio to nie mam też innych przyziemniejszych rzeczy, które – jeśli już ktoś strasznie i z zapałem nie znoszącym sprzeciwu chciałby Lokatora Z Dolnego Piętra (i mnie przy okazji)obdarować a nie ma koncepcji i chce, żeby to nam się na prawdę przydało – chętnie przedstawię. Cóż kochani. Fantastyczne pomysły czasem przeradzają się w niemały kłopot. Przykre, że wyszło jak wyszło. Wnioski wyciągną się same. Myślę jednak, że coś uda się z tym fantem zrobić. Zawsze może przecież taki wózek przydać się którejś z Was. Trzeba tylko popracować nad zawartością i problem z głowy 😉

Nie było to nie było. Jak jest, to od razu parzyście. Kurka siwa. Normalnie szkoda, że nie ze wszystkim tak. Booo na ten przykład to jaaa mam w portfelu 50 złotych polskich nowych. Myślicie, że się sklonuje w jakiś przyjemny, szeleszczący, niebieski banknocik? 😉

Dywagacje mądralińskie

Usłyszałam gdzieś ostatnio czyjeś ponoć bardzo mądre słowa, że bycie inteligentnym jest męczące. Ktoś tam się zgodził po ułamku sekundy, ktoś inny przytaknął po dłuższej chwili razem z resztą ale sprzeciwu nie było. No może poza moim. A mnie się to zwyczajnie nie zgadza. Bo jakże to tak. Skoro inteligentnym jest się na stałe a nie z doskoku (no bo albo się nim jest albo nie jest) to fakt zaistniały nie powinien powodować żadnego zmęczenia materiału. Wręcz przeciwnie. Przecież taki na ten przykład mózg im bardziej i intensywniej ‚trenowany’, tym większe możliwości osiąga i tym bardziej się do takiej większej eksploatacji przyzwyczaja. I wcale mu to nie szkodzi a nawet pomaga. Bo człek, co z natury swej jest leniwiec jak w mordę strzelił, wykorzystuje tylko znikome możliwości swojego organu (ponoć) głównodowodzącego, a mógłby to robić o niebo lepiej. Dlatego między innymi im więcej pracy umysłowej, tym inteligencja szersza. Dla mnie osobiście prawdziwie inteligentna osoba to nie geniusz ograniczony do jednej konkretnej dziedziny wiedzy. Nie trudno wyspecjalizować się bowiem w fizyce molekularnej i nie mieć przy tym nawet zielonego pojęcia o reszcie tak zwanej nauki. Ja też mogłabym poświęcić całe życie na słuchanie i czytanie o Mozarcie a potem ogłosić się wielce inteligentną bo przecież wiem o nim wszystko, za to na przykład nie mieć pojęcia ile jest dwa razy dwa ‚bo wtedy mnie nie było na lekcjach’. Prawdziwa inteligencja to wiedza ogólna – znaczna i dobrze wykorzystywana. A co za tym idzie według mnie człowieka naturalnie inteligentnego (bo nie do końca wierzę w całkowitą wyuczalność w tej kwestii i w różne szczególne diety i metody jak takiego osobnika inteligentnego wychować od oseska) ten fakt nie męczy w żaden sposób. Skoro jesteśmy inteligentni, to nie musimy skupiać się na tym, żeby takim a nie innym być. Po prostu jesteśmy. I tyle. Męczy coś co jest sztuczne, udawane, pozerskie i nieprawdziwe. A prawda i coś oczywistego męczyć nie powinno. Jak oddychanie, które nie wymaga wysiłku (jeśli zdrowi oczywiście jesteśmy), bo naturalne jest jak najbardziej. To tak jakby pomyśleć logicznie…

Ale, że ten mądry ktoś, kto to powiedział, żył stado lat nazad, to wyszło, że się nie znam, bo on wiedział lepiej. Na bank.

Trudno. Ja wiem swoje 😉

Ps. A Alti i Far to Obywatel z Mamutem Przyszłym, czyli mną, bardzo bardzo bardzo serdecznie dziękujemy… za transporter opancerzony zwany wózkiem co to pocztą polską ma przybyć i o czym ja już wiem, chociaż jakby co to nic nie wiem. Jesteśmy wzruszeni. Ja chyba nawet bardziej niż On. Buziaki. No to ten tego…

Teraz idę jeść brokuły. I płakać na reklamach kremu do dzioba. I miziać Stefana za uchem. I w ogóle marudzić do skrzypiącego krzesła. Że skrzypi. No.

.

Inny świat jest bliżej niż się wydaje. Całkiem jak ten czas co to obgaduje nas za plecami.

Człowiek powinien umieć sam pozbawiać się potrzeb, do których zdążył się przyzwyczaić ‚przed’. Zwłaszcza tych społecznych. Oszczędziłoby tp wielu niepotrzebnych rozczarowań.

Przykro mi. Tylko tyle. Przejdzie. W końcu zawsze przechodzi.