Powroty

Chodzenie spać około drugiej czy trzeciej a o ósmej trąbkowe pobudki Małego – twórcy przepięknego igloo mogącego spokojnie pomieścić dwie osoby z latarką. Nieustające śpiewy, których nigdy nie było mało a wydawałoby się, że po forsownych próbach będziemy mieli dość dźwięków do nastepnego ranka. Dyskusje po świt, tańce, hulanki, swawole. Dowcipy i kawały…

A to ktoś komuś podrzucił do łóżka świeżutkiego, ledwo do ulepionego z puchatego śniegu, bałwanka, a to drzwi do połowy ich wysokości ‚zaspawał’ śniegowym murkiem, a to buty znajdowały się związane sznurówkami a w pokoju pod sufitem wisiały girlandy z papieru toaletowego, a to ktoś wyjrzał przez okno i zobaczył rolety… z tegoż towaru pierwszej potrzeby, których – dałby głowę – wcześniej nie było, a w zieloną noc drzwi wysmarowane pastą do zębów, ketchupem czy… pasztetem. A do tego wszystkiego śnieżki śnieżki i jeszcze raz śnieżki, upadki w ogromne zaspy, śnieg w spodniach i butach, saneczne wyprawy do sklepu, Mocny Rejent z Browaru Grybów za 2.50 dla panów i Grzaniec za 10 dla pań – wymienność obowiązkowa, dla chętnych wyprawa do Krynicy, dla innych zdobywanie gór, szyszki znajdowane w pościeli i plecaku razem z talerzem sąsiada i szczoteczką drugiego… Kawalarze (do których też się zaliczałam) mieli jak widać stado pomysłów ale wszystkie były przyjmowane z radością.

Przy okazji zaznaczę, że pokonując własny potworny strach zjechałam wieczorową porą na sankach z taaaaaaaakiej górki, że ho ho. Oczywiście z pomocą ale kto by tam nie pomógł. Nie powiem żebym za drugim razem się mniej bała czy coś, no ale trzeba było powtórzyć. Tylko nie wiem czy gdyby było widno odważyłabym się na to samo, bo kiedy zobaczyłam w świetle dnia wysokość i stromiznę… nogi się pode mna ugięły a dumna mina wylazła na oblicze.

No i nadal nikt nie wie kto wstał grubo przed śniadaniem i podrzucił wszystkim pod talerze 14 lutego śmieszne wierszyki, powodujące raz po raz salwy śmiechu i parskania herbatą do mlecznej zupy 😉

Hy hyhy hyhyhy

Niestety dziesięć dni to stanowczo za mało na tych ludzi i na to miejsce gdzie śnieg padał praktycznie bez przerwy i miękkie zaspy aż kusiły by wepchnąc w nie niby mimochodem to tego to owego delikwenta czy delikwentkę.

Mieliśmy też kilka powodów do świętowania. Zaręczyny Karolinki i Michała, grilowane na śniegu urodziny Arsena czy Krzysia a wszystko z dużą dozą humoru i twórczej inwencji. No bo Krzyś na ten przykład dostał zestaw wprost dla bobasa: żółciutką kaczkę kapielową, czepeczek z wyhaftowanym inicjałem i śliniaczek z imieniem, książeczkę z obrazkami owoców i przedmiotów, w której każdy na każdym obrazku napisał coś od siebie a do tego butelka ze smoczkiem wypełniona… pysznym adwokatem. Ha! Czy ktokolwiek wcześniej przypuszczał, że wydojenie likieru z butelki zajmie tyle czasu? Taki mały otworek w smoczku a ileż radości i śmiesznych min 😉

Jeszcze pożegnalna potańcówka i trzeba się było spakować. Niektórym chłopcom pomogły dziewczęta i ci, wróciwszy ze spaceru, znaleźli w swoim pokoju czystość, porządek i… plecaki wypchane pościelą, talerzami, sztućcami i szyszkami, podczas gdy wszystkie ubrania znalazły inne niezwykle tajne miejsca. Śmiechu było co nie miara, zwłaszcza, że do wszystkiego dołączyły wszechobecne szyszki.

Po trzeciej okazało się, że musimy szybko iść spać bo o szóstej pobudka i wyjazd ale po kolejnej godzinie rozmów i śpiewów okazało się, że tak naprawdę wcale nie będziemy kłaść się spać, bo skoro mamy wstać za dwie godziny to nam się to zwyczajnie nie opłaca. Ostatecznie położyliśmy się do łóżek na godzinkę z minutami a rano wstaliśmy nieprzytomni jak polarne niedźwiedzie po tygodniu na Saharze. Jeszcze tylko obowiązkowa szatan-kawa, bo nie było taśmy klejącej by powieki do czoła przykleić i w drogę.

Trzy godziny pociągiem do Krakowa miliśmy spędzić na słodkiej regeneracji w fazie REM a spędziliśmy… oczywiście śpiewając przy akompaniamencie gitary. Współpasażerowie byli pod mocnym wrażeniem. My zresztą też. Bo przecież skąd ta energia i skąd jeszcze te głosy? Na miejscu oddaliśmy bagaże do przechowalni i z hasłem ‚nie spać! zwiedzać!’ w grupkach udaliśmy się na rekonesans. W końcu mielismy spędzić w mieście smoka bite sześć godzin.

Po prostu bajka. Kocham Kraków. Połaziłam wszystkimi ścieżkami pamiętnymi z kwietniowej eskapady, pokarmiłam gołębie, w Sukiennicach odkupiłam sobie biedronkę, którą zgubiłam w Warszawie, a bez której moja sztruksowa torebka (też z Krakowa) czuła się wściekle samotna, zjadłam obiad w ulubionym barze mlecznym na Grodzkiej, odświeżyłam wspomnienia i widoki, odwiedziłam Wawel i smoka, kilka kościołów, jak zwykle zachwyciłam się architekturą i oczywiście jeszcze zdążyłam wylądować na Kazimierzu w Kolanku nr 6 na przepysznej Cafe Baileys, a to wszystko w miłym towarzystwie znajomych i w cudownym humorze.

W pociągu nadal śpiewaliśmy i graliśmy, repertuar zdawał się nie wyczerpywać, ale już zaczęło mi się robić… smutniej. Jeszcze byłam tu i teraz z tymi ludźmi a już zaczęłam tęsknić. I czemu to tak? Przecież będę ich widywać praktycznie dwa razy w tygodniu na próbach. No ale następny Grybów dopiero za rok. A ja już nie mogę się doczekać.

Do domu wracałam z oczyma pełnymi wspomnień. Dziwnie mi było i cicho. Za cicho. Dwadzieścia minut na przystanku, 515, senność, przez którą przebijały się uśmiechy i fragmenty rozmów, rysunki na nutach wywołujące taki fajny uśmiech, potem śnieg, śnieg i droga do domu. Do domu? Ponoć tam dom Twój gdzie serce Twoje… To moje chyba zostało w tym pociągu. A może to taki zwyczajny powyjazdowy melanż? Żeby było za czym tęsknić i co wspominać? Nie smucę się. Uśmiecham się. Pięknie było. I tylko w głowie mam wciąż ostatnią piosenkę, którą zaśpiewał tym swoim cudnie przejmującym aż po ciarki na plecach głosem Endriusza – nasza wyjazdowa maskotka – i tę melodię, która nie chce mi wyjść spod powiek. Zadomowiłam się jak ona…

pozwól odejść już
że nie całkiem zechciej wierzyć
pozwól odejść już
najlepszemu z twych żołnierzy
miejsce w szyku znam
żołnierz mieszka w czasie przeszłym
gdy w swojej roli ma trwać

na mnie już pora
nim słowo za ciasne
nim gest za obszerny
nim karta znaczona
nim zimna koszula
otuli całunem te chwile
co w nas jak ikona

Jan Kondrak ‚Federacja’

Sentymentalny ze mnie zwierz. I cieszę się, że mogłam spędzić ten czas tam z nimi. Gdzie ciągle pada śnieg a miękkie zaspy aż proszą się by wepchnąć w nie…

Dziękuję :*

Stara tira czyli ciąg dalszy

Z Warszawy wyjechaliśmy piątkowego wieczoru pociągiem rośpiewanym do nieprzytomności (przez nas) i zapakowanym po brzegi korytarzy (nie tylko przez nas). Po drodze świętowaliśmy Ziółkowe urodziny pijąc z termosu grzane wino i śpiewając po raz n-ty ‚stolarz stolarz’. Tym razem obyło się bez komplikacji, samobójców na torach, chłopców w dresach, którzy koniecznie chcieliby napić się z nami wódki, wesołego maszynisty, który miast wypuścić nas w Grybowie zatrzymałby pociąg na dłużej niż trzy sekundy i powózł nas aż do Nowego Sącza. Żadnych zbędnych wycieczek. Zatem o kosmicznie nieziemskiej godzinie czwartej z minutami, kiedy to grzeczne Bajki zwyczajowo śpią pochrapując miarowo pod wąsem, wytozyliśmy się na upragniony grybowski peron i uściskaliśmy z mrozem. A było co ściskać.

pada sobie śnieżek
zaspy widać z dala
a mnie nie zasypie
bo zjadłam rogala

Umęczeni własnymi ciepłymi swetrami, kilogramami spodni, ręczników, butów, grzałek i suszarek doturlaliśmy się jakoś pod górkę (bo oczywiście zawsze jak najbardziej chce się spać i człek najchętniej już tylko by się położył w tej zaspie po pas i nie wstawał jest pod górkę) do ośrodka Politechniki i po odebraniu kluczy do naszych apartamentów z rajem łóżek i udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Nie pamiętam czy miałam jeszcze jakieś podróżnicze refleksje bo zasnęłam zanim przywitałam się z poduszką.

Niestety zaraz okazało się, że trzeba wstać bo próba. Jak można się łatwo domyśleć nie zaprezentowaliśmy poziomu powalającego na kolana ale jeśli w całość wrażeń wliczyć senność i zmęczenie, to było wręcz rewelacyjnie. Potem zjedliśmy obiad, rozpakowaliśmy tobołki i była kolejna próba. Tym razem mało raczej efektowna, przynajmniej dla mnie, bo zasypiałam z nosem w nutach a klucze, krzyżyki i bemole tańczyły mi pod powiekami tango libido. Na próbie też ukuł się i złotymi zgłoskami zapisał w naszych umysłach Arsenowy termin ‚stara tira’ w założeniach mający demonstrować fonetycznie tempo i dynamikę utworu pod względem tekstowym a w efekcie przysparzający nam mnóstwa radości i wykorzystywany do rozlicznych porównań, przekształceń i dowcipów sytuacyjnych.

Wieczorem jak już tracycja Blokhausu B (gdzie wszystkie drzwi są zawsze otwarte) nakazywała zaakcentowaliśmy nasz przyjazd korytarzową nasiadówką połączoną z graniem na gitarach, zbiorowymi śpiewami (że też nam się chciało), piciem grzanego wina przyrządzanego za pomocą grzałki i rozmaitymi wygłupami. Jakoś grubo po północy towarzystwo zmyło się do łóżek ale nastrój pozostał. To chyba właśnie wtedy po raz pierwszy uzmysłowiłam sobie jak bardzo lubię tych ludzi i jaka smutna ostatnio byłam. Takich myśli miałam przez cały wyjazd całkiem sporo ale to zderzenie emocji było najbardziej efektowne. Po prostu dobrze mi było z nimi… i tyle.

Dni mijały a żaden nie był podobny do poprzedniego. No może poza próbami ale i tu codziennie okazywało się, że mamy nowy powód do śmiechu. A to przejęzyczenie dyrygenta, a to dowcip Arsena, a to magiczne wręcz zjeżdżanie z uporem maniaka z tonacji sopranów i altów albo wygłupy tenorów czy basów. Jakoś tak łatwiej było znieść kolejne godziny naszych jęków, pisków i buczeń. Ogólnie było wesoło.

14 lutego na ten przykład zrobiliśmy Antywalentynkową Byle-Co Imprezę i każdy musiał przywdziać na siebie tytułowy chłam. W tym celu całe pospólstwo tłumnie nawiedziło wszystkie dostępne w promieniu kilkunastu chyba kilometrów lumpeksy w poszukiwaniu najśmieszniejszych i najefektowniejszych tekstyliów. Gonitwa po ciuchlandach zaowocowała prawdziwymi skarbami a wieczorna charakteryzacja w ogóle przeszła najśmielsze oczekiwania wszystkich. Tego się po prostu nie da opisać.

Rozchełstani koszulowo panowie w przykrótkich portkach rodem z lat dwudziestych i pianką do golenia w charakterze brylantyny na bujnych czuprynach, panie w kakofonii barw i faktur z mnogością deseniową w każdym skrawku odzienia, wypchana tu i ówdzie i wystylizowana na prawdziwą ‚starą tirę’ koleżanka. Ja wystąpiłam w czarnych pseudoskórzanych spodniach, przezroczystej, wściekle fioletowej, nakrapianej bluzce i kapeluszu a wrażenie potęgował fakt przywdziania na tąż bluzkę czarnego stanika i na też skórzane galoty fioletowego pasa do pończoch. Całość stroju wyniosła mnie 20 złotych polskich przy czym warto dodać, że z pewnością nie są to ubrania jednorazowe. Spodnie są po prostu boskie a kapelusz wywołał prawdziwą furrorę wśród wszystkich zebranych.

CD będzie

Jezdem

Ech… Jestem już i mam się. Ale wierzcie mi, że wolałabym być gdzie indziej i nie przeszkadzałby mi nawet trzaskający mróz, śnieg po pas, wiecznie mokre rękawiczki i czerwony nos, a dla mnie – stworzenia wysoce ciepłolubnego i mało odpornego na gustowne śnieżki za kołnierzem – to nie lada wyczyn. Fajnie było i tyle.

Byłam z moim chórem na warsztatach w Grybowie gdzie rozpracowywaliśmy mozolnie Borysa Godunowa. Jestem bardziej niż pewna, że Musorgski i Rimsky-Korsakov to w grobach nie tyle się poprzewracali ile całe salta potrójne wykonywali synchronicznie. Zwłaszcza przy naszych porannych próbach. Bo na popołudniowych to już soprany przestawały mieć właściwości barytonów a basy odzyskiwały zdolność wydobycia dźwięku wyższego niż przeciągłe buczenie zamrażarki.

Poza tym, że śmiechu było co nie miara przy rozczytywaniu cyrylicy i rozlicznych próbach zaśpiewania kolejnego ‚da zdrastwujet’ w odpowiedniej a nie przypadkowej tonacji, była to naprawdę ciężka praca. Wymagała od nas ciągłego skupienia, bo jedni nie znając nawet rosyjskiego – cóż dopiero cyrylicy – męczyli się próbując dokonać w miarę choć zbliżonej trankrypcji fonetycznej i jeszcze ją spamiętać, inni zaś – śpiewając ciągle bardzo wysokie i donośne przy tym tony, po każdej próbie mieli już tylko ochotę na łagodny kisielek malinowy z serii ‚słodka chwila’ co był jak balsam na rozedrgane struny.

Poza tym trzeba było wykazać się, jak zwykle w takiej gromadzie jak by nie było obcych ludków, niezwykłą wręcz cierpliwością i tolerancją na siebie nawzajem. Na szczęście jesteśmy na tyle już zgranym zespołem (a ‚nowych’ przyjeliśmy z ogromną sympatią więc dość łatwo zaadaptowali się do nowych warunków), że udało nam się nie pogryźć po dziesięciu dniach ustawicznego wspólnego wycia, oglądania, rozmów, śniadań, obiadów, wycieczek, deptania po kapciach i mijania się wszędzie, nawet w toalecie.

CDN przy następnej przerwie na kawę

A jak się ma twój obiad?

Mamut – Zdziś! Zajrzyj do rosołu!

Woła bardzo zajęty Mamut z pokoju. Po chwili w kuchni słychać szczęk pokrywki i smakowite mlaśnięcie.

Mamut – I co?
Zdzich – Zajrzałem.
Mamut – Ale czy dobry już?
Zdzich – Poczekaj…

Znów dobiega nas odgłos odsuwanej pokrywki garnka i dwa smakowite mlaśnięcia zakończone przyjemnym mruknięciem.

Zdzich – Dobry.

Po dziesięciu minutach.

Mamut – Zdziś! Zajrzyj do rosołu.
Zdzich – A co ja nie widziałem jak rosół wygląda?
Mamut – No ale zajrzyj tak kontrolnie, czy się nie zmienił albo co…

Odłosy pokrywkowo-konsumpcyjne powtarzają się.

Zdzich – Rosół cię pozdrawia.
Mamut z nagłym przestrachem w głosie – Już idę!!!

Do tej pory nie wiem czy bardziej zadziałała dramatyczna wizja Zdzicha rozmawiającego z rosołem czy psychodeliczna wizja upersonifikowanej zupy.

Zresztą jakby co to spałam

Ratunku – notka nie dla estetów

Dziś zdecydowanie nie jest najlepszy dzień w moim życiu. Nocy też nie zaliczyłabym do tych, które chcę powtórzyć. Podczas nieustających i wielokrotnie wznawianych rozmów z Panią Z Porcelany prowadzonych na klęczkach do wczesnych godzin porannych tylko jedna refleksja poza tą, że tym razem naprawdę mam już dość, nasunęła mi się dość błyskotliwie – nigdy nie mogłabym być bulimiczką, nigdy, nigdy, przenigdy. W ciąży też już nie chcę być tak bardzo.

Boli mnie głowa i brzuch, marudzę, jest mi niedobrze, do pracy dojechałam dopiero trzecim autobusem bo czułam, że tego zaduchu nie wytrzymam, nie idę na angielski i chcę do domu. Gdziekolwiek to jest. Nie mam koncepcji co zrobić by poczuć się lepiej. Jeść z pewnością nie będę przez tydzień.

😦

A w gazecie napisali…

Tekst, który mnie powalił na kolana i w tej niewygodnej pozycji trzyma: ‚niebanalna moda młodego kreatywnego pokolenia’…

Kurde blaszka, albo ja się nie znam już całkiem na niczym albo tu jakaś pomyłka zaszła i nawet nie zapukała cholera jedna.

Po pierwsze primo w mojej jak najbardziej subiektywnej opinii pokolenie określane mianem młodego – czyli lekko wyrosłe nastoletnie obszczymurki i plastikowe laleczki stylizowane na bi kul ęd trędi – swoją kreatywność i niebanalność przejawia głównie w pluciu na chodniki tak ‚spod serca’, mówieniu do siebie ‚joł ziom’ zapożyczonym z podkulturowego języka grypsery (o czym raczej mało z nich ma choćby fioletowe w żółte ciapki pojęcie), słuchaniu bardzo zróżnicowanego przecież (!) w swej treści hip-hopu (tak, nie jestem tolerancyjna i są muzyczne gatunki, drażniące mnie niczym tabela gazów bojowych pamiętna z PO) i piciu piwa w porannych środkach komunikacji miejskiej do nieprzytomności lub/i wymiotów.

Po drugie primo o ile mnie pamięć i wiedza na przestrzeni lat dwudziestu kilku nabyta nie mylą, to bardziej twórcze były właśnie czasy uprzednie, kiedy to nie wystarczyło wyjść na pierwszą większą ulicę w centrum miasta by za pieniądze z kieszonkowego na wyprzedaży skompletować sobie zajefajną katanę, wyjebutny spodzień, fajoskie buciki i oldskulowy sweterek. Kiedyś samemu trzeba się było męczyć by mieć coś naprawdę dobrego bo albo nie było czego albo nie było za co danych tekstyliów kupić. Ja nie dostawałam kieszonkowego a tamtejsze zajefajna i robiąca wrażenie odzież dostepna była w sklepach marki Pewex, która to marka głęboko w zadzie miała marzenia jakiegoś tam piegowatego podlotka.

Moja babcia (co znam z opowiadań i znajdowanych na strychu eksponatów) własnoręcznie szyła ubrania Mamutowi, żeby ten jako dziewczę młode i wiotkie nie musiał się wstydzić, że są biedne i z rozbitej rodziny co w tamtych czasach równało się ostracyzmowi społecznemu jak stąd do Irkucka. Braki ojca Mamut miał więc rekompensowane dzierganymi z miłością sweterkami a nieliczne koleżanki, które pomimo zakazów swoich zaściankowych mam ‚żeby się nie bawiły z córką rozwódki’, zawsze lubiły przymierzać te cuda jedyne w swoim rodzaju. A to wszystko ze starych bluzek, sukienek i swetrów.

Mamut też nie był gorszy. Szyć co prawda nie umiał i dalej nie umie ale w czasach gdzie_ci_kwiatów prezentował (podobnie jak ja zresztą pokolenie później) własnoręcznie poprzerabiane i farbowane dzwony i batystowe bluzeczki z cudownie rozszerzanymi rękawami a do tego kilometry korali z jarzębiny, kawy i rozmaitych pestek czy prażonego makaronu typu gwiazki.

Obie z braku funduszy i potrzeby wyjątkowości i niepowtarzalności uciekałyśmy się do rozmaitych pomysłów dizajnersko-odkrywczych. A to ze Zdzichowej koszuli tu podszczypawszy a tam rozpruwszy zrobić można było letnią sukienkę, a to wykorzystać rozmaite szale i apaszki, a to z dwóch kiepskich kiecek jedną odlotową stworzyć. A mieszanki kolorystyczne, fakturowe i materiałowe i deseniowe? Prawdziwa orgia barw ale wszystko z klasą i bez przesady.

I to właśnie dla mnie była ‚niebanalna i kreatywna moda’. Bo dla mnie osobiście nie wystarczy mieć kilka zer na koncie i centrum handlowe w sobotnie czy niedzielne popołudnie do dyspozycji by uważać się za osobę twórczą. Pomijam oczywisty dla mnie fakt, że od ładnych kilkunastu lat w modzie nie ma nic nowego i wszyscy projektanci czerpią z dawnych źródeł jak ze studni bez dna. Nikt Ameryki nie odkrył a niby wszystko takie nju i fresz. Niech mi kto paluchem pokaże co w tym takiego nowego i odkrywczego to zmienię zdanie.

Tymczasem określenie ‚niebanalnej mody młodego kreatywnego pokolenia’ uważam za piramidalną bzdurę.

Czekając na geodetę, czyli refleksje grabarskie w środku zimy

Bajka
jak tam?
Ziuta
tracę czucie
Bajka
z zimna?
Ziuta
nie, ze wściekłości
Bajka
to się zaszczep
Ziuta
chętnie
Bajka
z jakimś winnym krzewem
Ziuta
o, to jeszcze chętniej
bym się przynajmniej znieczuliła
Bajka
a co cię tak zczuliło, że się wściekłaś?
Ziuta
spędzam ostatnie dwa dni czekając na geodetę
Bajka
brzmi prawie jak ‚Czekając na Godota’
Ziuta
ale nudniejsze
Bajka
jeszcze trochę i pobijesz Becketta
Ziuta
już mogę
jeszcze trochę i zacznę gryźć
Bajka
z panem B. by ci łatwo nie poszło
Ziuta
a co sztywniak?
Bajka
no raczej
zwłaszcza przy takiej aurze 😉

Z okazji wtorku mam tremę

Dziś test z angielskiego a ja oczywiście jedyne co pamiętam to określenie ‚You dirty waffer’ czym na zajęciach z reklam scharakteryzowałam czekoladową Princessę a co w wolnym tłumaczeniu znaczy ‚Ty brudny waflu’.
No ale ponoć nalepszym sprawdzianem wiedzy jest brak przygotowania i pisanie właśnie na tak zwanego ‚żywca’.
Zobaczymy.

Poza tym się kręci.

Czytam ‚Narty Ojca Świętego’ – lubię specyficzny styl Pilcha ale ‚Miasto utrapienia’ było lepsze.
W kolejce czeka ‚Tam gdzie spadają anioły’ Terakowskiej.

Słucham Kazika naprzemiennie z Palestriną i ścieżką dźwiękową z filmu ‚Kontrolerzy’ (w tym miejscu podziękowania dla świni-z-klasą i oklaski naturalnie) – ciekawy melanż.

Pachnę White Grape i od razu zachciewa mi się winogron.
W dodatku widzę, że nie tylko mnie.

Jem cukierki bo z okazji wtorku kupiłam sobie 10 opolanek z galaretką.
Tradycyjnie oczywiście dbam o linię… żeby była gruba i wyraźna.

Zapadam się w swetrze bo ciągle nie mogę się rozgrzać po porannym 40 minutowym czekaniu na autobus.

A zaraz zrobię sobie gorącej i słodkiej kawy z mlekiem i będę miała odrobinę luksusu bo udało mi się pamiętać i z Mamutowa zabrałam cynamon.

Mam się