Dziś jest jeden z tych dni, kiedy wszystko się generalnie gmatwa. Umyślnie użyłam słowa generalnie, gdyż plątanina zaistniała z reguły ma charakter ogólny, całościowy i maksymalnie uprzykrzający najbardziej nawet nudne dni. Moje dni ostatnio do nudnych nie należą a i te co dopiero nadejść mają nie wydają się być pozbawione sporej dawki adrenaliny na dzień dobry.
Zatem w związku z powyższym, a także bez związku żadnego, dziś jest ten dzień, kiedy złośliwość przedmiotów martwych osiąga apogeum i gdyby nie to, że owe przedmioty są martwe z samej swojej przedmiotowej natury, umartwiłabym je na wieki jakąś wymyślną torturą. Nie wiem, parasol w tyłku otworzyła komu albo co… Oczywiście przy założeniu, że którykolwiek z takich przedmiotów posiadałby tyłek. W przeciwnym wypadku musiałabym posiłkować się przygodnie napotkanym przechodniem. W końcu frustracji nie należy tłamsić i kolekcjonować.
Ale po kolei.
Zacznę od tego, że w późnych godzinach nocnych, bądź wczesnych porannych – opcjonalnie – Mój Osobisty Telefon stwierdził, że solidaryzuje się ze służbą zdrowia – która akurat (jak średnio co trzy miesiące chyba) ogłosiła strajk – i nie będzie działał. Kaput i caług go tam gdzie styki nie dochodzą. Wyświetlacz pokazuje mi bardzo dobitnie gdzie mnie aktualnie mają wszystkie urządzenia elektroniczne zaniedbywane przeze mnie dokumentnie na przestrzeni tych dziesięcioleci użytkowania. Ciemność widzę! Widzę ciemność!
Jestem prawie pewna, że mój stary walkman rechocze wewnętrznie do rozpęku.
Dziad jeden cmentarny.
Najgorsze, że wszystko jest w sumie bardzo względne ale bez telefonu to ja teraz trochę jak bez ręki. Ani zegarka, ani terminarza z notatkami, ani telefonu, który miałam koniecznie dziś wykonać, ani odbioru wiadomości od osób, którym mogę być potrzebna. Czarna dziura. Przekichane. Chcę być człowiekiem pierwotnym i mieć jedyne zmartwienie pod tytułem sarna czy łoś… a może korzonki? Choć jak sobie pomyślę, że dylemat czy zejdę na kaszel czy zje mnie miś mógłby być mi nieco mniej bliski.
Następnie rano w poszukiwaniu pasty do zębów natknęłam się na wszystko – łącznie z zaginioną w niejasnych okolicznościach skarpetką (mam swoją teorię o pralkach złośliwie ukrywających pojedyncze skarpetki i zwracających je po ok siedmiuset praniach, bądź kilku odbarwieniach na skutek wieokrotnego sąsiedztwa czarnych farbujących jak oszalałe spodni, opcjonalnie)
– tylko nie na obiekt poszukiwań. Gdy wreszcie zrezygnowana umyłam zęby lokatorską świecącą galaretką o smaku moreli ze śladową ilością fluoru w sam raz dla Twojego Bobaska puci puci za to z wodotryskiem chyba… pasta odnalazła się na brzegu umywalki. Stała sobie spokojnie jakby nigdy nic i ironicznie łypała nakrętką.
Jestem pewna, że sprawdzałam umywalkę.
I to wielokrotnie.
W pracy jeszcze lepiej.
Winda w naszym budynku odkąd tu pracuję (czyli jakieś siedem lat z przerwami na inny budynek) zrobiła Nieoczekiwane Stop Z Zawartością tylko cztery razy. Wiem bo kiedyś gdy na rzeczoną czekałam zdybał mnie Człowiek O Szerokim Karku, który poza rozwijaniem życiowej pasji: 300 panoramicznych w jeden dzień oraz ochroną mienia i osób jest bardzo towarzyski i spragniony kontaków. Nie miałam sumienia wysłać go do sklepu z elektroniką, więc chcąc nie chcąc dowiedziałam się o wszystkich wpadkach i wypadkach ostatniej dekady. Budynek bezpieczny być musi, bo odwiedzają go głównie Mamusie: Mamusie z Dziećmi, Mamusie bez Dzieci za to z Tatusiami, Mamusie przyszłe, przeszłe i zaprzeszłe… generalnie Meksyk na szczudłach. Zatem nie może być mowy o niebezpieczeństwie windy do stanęła i stoi między piętrami narażając taką Przyszłą Mamusię na ryzyko niekomfortowego i średnio rodzinnego porodu a sklep na dożywotni rabat dla pozyskanego w ten sposób Klienta.
Zatem dotychczas winda stanęła li i jedynie cztery razy.
Łatwo się domyślić kto był tym szczęśliwcem, który dostąpił razu piątego.
Było nas dwoje.
Ja i moja klaustrofobia.
Od teraz zaiwaniam schodami.
W dupie mam.
Przynajmniej schudnę.
A jakby tego było mało ktoś w Biurze zajumał mi pióro. Wygodne, ładne, pamiątkowe i przede wszystkim MOJE. To powinno być poza wszelkimi wątpliwościami. Nie wiem kto się nie bał ale jak znajdę, przysięgam, że poleje się krew. Niewykluczona tętnicza.
Mam nadzieję, że w kategorii NIESPODZIANKI NA DZIŚ pióro wyczerpuje limit.
W ramach odreagowania wybieram się za to wieczorem na koncert Marillion. Będę skakać, śpiewać i wydzierać się przy kawałkach, które pamiętam z kuchni Najlepszej Koleżanki, w której bunkrowałyśmy się pod stołem z białym rzężącym nieco w kwestiach głośnikowych magnetofonem marki Grundig i przy pomocy anteny zrobionej z misternie utkanego łańcucha spinaczy biurowych w liczbie nieprzeciętnej, łapałyśmy za nogi Boga słuchając piątkowej Trójki w czasie, w których dawno już powinnyśmy tkwić w łóżkach. A ja to nawet kilka ulic dalej.
Dziś w Stodole kobiety w każdym wieku drzeć będą gęby i staniki. Sama nie wiem co gorsze. Dlatego chyba w wieczornej garderobie pominę stanik. Nie wiem tylko co na to Nowy. Nowy, który dyskwalifikuje Bluzkę Do Pracy tylko dlatego, że ma głęboki dekolt. Doprawdy… przecież każdy wie jak wygląda cycek. Albo dwa. Nie musi wypatrywać moich. W końcu ustalmy, nie wszyscy noszą w podręcznym bagażu lupę.
No halo!
No… To chyba tyle z dziś.
Jak coś się jeszcze wydarzy będę uzupełniać. Ale uprzedzam, że urozmaiceń mi starczy. Zwłaszcza tych piekielnie wkurzających. Jeśli mogę wybierać, to poproszę o caffe latte machiato i masażyk. I tydzień snu do wykorzystania bezterminowo.
Ach, byłabym zapomniała…
Jutro będzie Dzień Próby. Taki turbo_mega_giga ważny.
Potrzebuję całej masy pozytywnej energii, wiary w siebie i zaciśniętych kciuków.
Tak piszę, bo może ktoś akurat ma w nadmiarze i mu wystaje 😉