Dialogi pracowe

Gadulec.

Magda – BAJUŚ XXX JUŻ GOTOWE. JEST W MOIM FOLDERZE.
Bajka – Dobrze, dzięki. Tylko nie krzycz tak 😉

Na żywo.

Sylwia – A to do mnie mówisz?
Kapusta – No do Ciebie córko, trukam od dobrych kilku minut…
Sylwia – Bo mnie to trzeba zauważyć wzrokiem.
Reszta pokoju – ???
Sylwia – Jak zauważysz ruch gałki znaczy, że czuwam.

Mamy na pokładzie cyborga 😉

W tym mieście…

– W tym mieście nie ma najpiękniejszych miejsc – zaśmiał się kierowca taksówki – Są tylko mniej lub bardziej dziwne.

– Wobec tego proszę w najbardziej odludne. – zadycydowała cierpko.

Nie bardzo jej się podobał ten lekko drwiący ton. Całkiem jakby cofnęła się w czasie i wylądowała na lekcji geografii w podstawówce. Niemal zobaczyła swoje łokcie wsparte na odrapanym stoliku i usłyszała skrzypnięcie krzesła nauczycielki. Postanowiła nie reagować na przymilne zaczepki taksówkarza. Przegrał tym tonem. Tym jednym zdaniem. A u niej jak przegrywać to na całej linii. Bezszansie, jak mawiała czasem wyniośle.

Tak, była wredną zimną suką. I głaskała w sobie to uczucie jak ulubiony rudy golf po mankiecie. W końcu nie każdy może tak o sobie powiedzieć, prawda? Ludzie z reguły są letni, nijacy, mija się ich obojętnie i czasem spamięta się czyjeś imię albo wyraz twarzy, a czasem nie. Najczęściej to drugie. Ona była chłodna i ostra jak krawędź żyletki.

– Lata pracy – mawiała do lustra uśmiechając się ironicznie w cienki przecinek.

Przystanęli pod Dworcem. Brudny, szary budynek wyglądał jak kpina pośród okolicznych stalowo-szklanych wieżowców. Miało się wrażenie, że wejść tam można tylko na własną odpowiedzielność. Bo albo cię zabiją, albo przynajmniej okradną. I ten budynek wszystko wchłonie. Nie zostanie najmniejszy nawet ślad po nowym przybyszu. Wszystko było lepkie, odrapane i cuchnące mieszaniną, której składu nawet nie chciała się domyślać.

– Miało być najbardziej odludnie… – zauważyła z wyrzutem i wymownie zawiesiła głos.

– Nie znam bardziej odludnego miejsca. – zapewnił kierowca

– No nie wiem…

– Jeśli po wejściu tam nie poczuje się pani najbardziej samotną na świecie osobą, proszę wrócić. – powiedział ze spokojem – Pojedziemy gdzie indziej na mój koszt.

Nie wróciła. Wiedział, że nie wróci już gdy zapalał papierosa. Odprowadził ją wzrokiem. Nigdy nie wracali. Po jej wyjściu wybrał dobrze znany numer. Nie musiał nawet nic mówić. Wszystko było ugadane. Bez niedopowiedzeń i zbędnych ruchów. Jak w filmie. Miły dreszcz czegoś złego i zakazanego przebiegł mu kręgosłup. Zawsze wtedy przypominał sobie jak starszy brat topił koty w rzece. Bo kotka dwa razy do roku uszczęśliwiała ich ślepo-piszczącymi kluchami. I wtedy zawsze matka wysyłała starszego brata nad rzekę. I starszy brat płakał ale karnie szedł nad tę rzekę, wypełniał brudny jutowy worek kamulcami, wrzucał te ślepo-piszczące kluchy, wiązał rzemieniem i wrzucał. I płakał.

On nie płakał.
Tylko czekał na kolejny odcinek.
Jak w filmie.

Potem pojechał do domu i przy kolacji opowiedział Żonie, że miał dziś dobry dzień. W końcu kwestia dobra to bardzo względne pojęcie.

Czyż nie?

Napisz coś…

Wróciła do domu późno. Złapała się na tym, że codziennie jest tu
coraz później i wcale nie tęskni za objęciem wanny, czy miękką
poduszką. Wanna dopiero po wypełnieniu gorącą wodą robiła się na
tyle przyjazna by móc spędzic z niej przepisowe pięć minut. A
wnętrze poduszki zbiło się w nieprzyjemne wałki i bynajmniej nie
zachęcało do kolorowych snów. Jeszcze przed miesiącem mogła spędzać
w wodzie godziny, aż na dłoniach pojawiała się zmarszczona wilgocią
siateczka. A poduszka zawsze przynosiła upragnione ukojenie. Ale
jeszcze przed miesiącem dom nie był pusty…

Otworzyła butelkę wina i usiadła przed laptopem. Jeden ruch palca i
jej uszu dobiegło przyjazne mruczenie. Jakby jej cowieczorny
przyjaciel mówił: dobrze, że jesteś. Bo tylko on jest teraz jej
przyjacielem. Prawda? Tylko zbiór obwodów i ciekłych kryształów.
Jakie to płytkie.

Szybko zatrzasnęła uchylony już ekran, wyłączyła komputer całkiem
po babsku, nie tak jak trzeba i wyszła. W przelocie zgarnęła tylko
płaszcz, który nadal tkwił na oparciu krzesła i umyślnie zostawiła
służbową komórkę. Smycz łączącą całą jej aktywność z właścicielem.
Wino zwietrzeje – pomyślała jeszcze. Zaraz potem wybiegła na ulicę
i zatrzymała przejeżdżającą taksówkę.

– Ma Pani szczęście – zmęczony ale pogodny głos przywitał ją gdy
tylko zatrzasnęła drzwi – Akurat kończyłem na dziś.

Dobroduszny brodacz patrzył na nią wyczekująco. Po chwili dodał:

– To gdzie jedziemy?

Zdziwiona usłyszała swój własny głos:

– W najpiękniejsze miejsce jakie Pan widział w tym mieście.

ORMO czuwa

Zawsze podobała mi się instytucja Życzliwego. To taka osoba co to zawsze czuwa by wszyscy byli odpowiednio doinformowani a jak ktoś przez przypadek nie jest, to Życzliwy szybko to naprawia. Na wypadek gdyby ktoś był zbyt mało inteligenty albo spostrzegawczy, albo zwyczajnie gdyby trzeba mu było naprostować poglądy na własne. Ale oczywiście najczęściej z czystej bezinteresownej życzliwości.

Najczęściej donosi się o żonach, mężach i kochankach. Ale z braku dostatecznie interesującego tematu można donosić o wszystkim. To taka misja chyba. Ja misji nie mam i chyba mi żal. Bo gdybym miała o ile przecież moje życie stałoby się ciekawsze. A tak dupa sałata.

Ale przynajmniej mogę się stać obiektem misji kogoś innego.
Doprawdy pękam z dumy 🙂

Najpierw do Człowieka Od Książki napłynęła życzliwa informacja o tym jak wielką jestem oszustką i jak prędko go okradnę a może nawet zabiję jego, jego rodzinę, sąsiadów, psa, kota i tuńczyka z puszki. I generalnie wyłudziłam ponoć kilkadziesiąt tysięcy złotych polskich. Matko! To co ja robię w pracy? Powinnam się dawno wygrzewać na Seszelach czy innych Bahamach. Halu przypomnij mi proszę, którego merca za to kupiłyśmy bo mam sklerozę?

No i a propos pracy to Prezes też dostał list od Życzliwego. Z linkiem do bloga. Wysłany, żeby było śmieszniej z adresu bajka2007@poczta.onet.pl. Nie muszę dodawać, że to nie mój adres, prawda? 🙂

Także z tego miejsca serdecznie dziękuję i kłaniam się nisko za propagowanie Radzieckiego Termosu. Dobra robota towarzyszu! Prezes był zachwycony – strasznie mu się spodobało jak piszę i zyskałam chyba nowego czytelnika. I za książkę trzyma kciuki. Bardzo miło słuchało mi się pochwał, nie powiem. A całą Misterną Intrygą ubawiłam się setnie. W końcu mogę się poczuć VIP-em. Jeszcze kawior do wanny poproszę. A szampana proszę postawić o tam, między hałdą do prasowania a rajstopami Młodego do zacerowania. Będzie bardziej światowo.

Cała sytuacja do złudzenia przypomina mi ujadającego gdzieś pod nogami ratlerka. Nie sięgnie by ugryźć to sobie przynajmniej podziamgocze.

🙂

_______________
Ps bez związku:

Uwielbiam suczą Geenę w „Długim pocałunku na dobranoc”. Nosz jak ona rzuca tym nożem to normalnie mam biathlon mrówek po kręgosłupie. Mrau…

Albo jak Samuel leży sobie na ulicy i pali. Ot tak.

Nocnik

W dzień się pisze dzienniki a w nocy to wiadomo. Jak w tytule. Ewentualnie się śpi, ale to za chwilę. Może trzy.

O pół do dwunastej w nocy w Polsce świeci się co czwarte światło w co szóstym oknie. Wiem, bo sprawdziłam. Byłam w odwiedzinach w naszej pięknej Altanie Śmietnikowej. Na serio tak się teraz nazywa, ma nawet szyld… ciekawe czy będzie neon? Osiedlowym kocurom jakoś bez różnicy. Panu Stasiowi też.

Nie ma jak nocny spacer do skarbnicy mądrości Pana Stasia i aluminiowych chrupnięć dobywających się spod jego prawego buta. Pan Stasio bowiem po godzinach pasjonuje się miażdżeniem puszek po piwie i innych napojach. Sam po sobie też zbiera. Mawia, że wciąż ten sam pieniądz w obrocie a chmiel jest chmiel. Nie żebym się jakoś szczególnie stęskniła za mądrościami Pana Stasia. Po prostu stwierdziłam, że muszę tę naszą Altanę odwiedzić koniecznie teraz_zaraz albowiem bałam się, że do rana ładunek polokatorski wypali dziurę do Chin. W końcu był barszczyk. To zobowiązuje.

Prócz spostrzeżeń okiennych dokonałam inwentaryzacji nieba. Fajne. Naburmuszone takie, stalowo-ołowiane.

W pół do dwunastej w nocy w Polsce ludzie się kłócą, albo palą papierosy wydmuchując dym przez okno. Ciągną się w to stalowe naburmuszone niebo smużki dymu i nie powiem, wyglada to dość zjawiskowo. Trochę jak kocie wąsy a trochę jak piekło obrazów Beksińskiego. A wiecie, że jak się zmruży oczy to światła latarni zamieniają się w kółka albo krzyżyki? Jak byłam mała pamiętam, że zawsze gdy wracaliśmy z imienino-urodzin którejś z Ciotek, to grałam sobie z tymi mijanymi za szybą autobusu latarniami. A zimą można sobie wymrużyć prawdziwe gwiazdy polarne. Tylko nie wystawiajcie ozora, bo przymarznie do szyby i będzie trochę niefart. Tak na glonojada.

Całkiem jak historia o taksówkarzu, który wiózł jednego dnia trzy osoby, chcące sprawdzić czy aby na pewno żarówki po włożeniu do ust nie da się z nich wyjąć. Późnym wieczorem trafił na ostry dyżur. Lekarz Dyżurny miał niezły ubaw.

I zimno mi znów jest okropnie. To tak jeszcze z refleksji. Nawet poszłam pozmywać żeby się rozgrzać ale nie działa. Niech ktoś zawróci tę jesień. lato było oszukane, nie bawię się. A cos czuję przez skórę, że za tydzień albo trzy będzie zima i Białe Szaleństwo znów zalegnie na trawnikach do kwietnia. Brrr.

A kysz, a kysz, tfu tfu i w ogóle.

Na stoliku leży zestaw wypożyczonych od Kolegi Macieja filmów. Horror, horror, thriller, horror, kryminał, thriller, sensacja, horror i „Oliver Twist”. Chyba mam chandrę. Albo trafiłam na półkę z wampirami, zombie i Nicolasem Cagem.

Ooo!O! Właśnie leci w telewizorni reklama Fiata Bravo – jak ja uwielbiam tę piosenkę… Ech. Jadłabym ją łyżkami.

A propos jedzenia to dostałam dziś do pracy przesyłkę z waflami i ciastkami w kształcie motocykli i rowerów. Wielkie dzięki Aga. Niesamowitość po prostu. Z fajnych kulinarnie paczek to kiedyś pamiętam pysznościowe racuchy z warzywami od Nielota, kawałek tortu z pewnego wesela wysyłany kurierem przez łąki i pola oraz zestaw mini Baileysów od Yoko zza Wielkiej Wody. Ja z kolei wysyłałam już kaszę gryczaną i ogórki kwaszone i wędzoną makrelę. I chleb. Ze śliwką koniecznie.

No ale i tak nic nie przebije pierścionka w pudełku po rajstopach dzianych Eliza.

A wy pamiętacie jakąś niesamowitą paczkę?

Codzienności moje

Codziennie rano budzi mnie szczękościsk śmieciarki na dziedzińcu. Nie wiem doprawdy jak mogłam jako Dzieć młody i naiwny marzyć o karierze kierowcy takiegoż pojazdu. Raz, że mało opłacalne i efektowne to niestety zajęcie a dwa, że nikt de facto takiego kierowcy nie lubi. A jako Dzieć młody i naiwny marzyłam o profesji, która dałaby mi nie dość, że pieniądze to jeszcze sympatię otoczenia. O tak miałam. Bo choć praca kierowcy śmieciarki bardzo potrzebna i społecznie wręcz niezbędna, to każdy psioczy i marudzi. Insza inszość, że jak będąc takim kierowcą zabiera się ładunek z mojego dziedzińca o piątej.trzydzieści, to ja nawet nie chcę się zastanawiać, o której trzeba wstać. Ja to bym się chyba wcale nie kładła. Albo przeszłabym od razu w czwarty wymiar. Zwłaszcza – jak dziś – bez kawy.

Codziennie rano wychodząc z domu uśmiechamy się z Sąsiadką z Końca Korytarza. Przez pamiętną aferę z zatrzaśniętym w mieszkaniu Lokatorem zbliżyłyśmy się jakoś. Ona, starsza i samotna kobieta, potrzebowała chyba poczuć się potrzebną, zauważoną. Ja cieszę się, że mam w tym obcym przecież jeszcze domu życzliwą mi osobę, taką już choć trochę znajomą. Niedawno mijałyśmy się na klatce. Pytała co u nas. Powiedziała nawet, że w razie czego chętnie zostanie z Małym gdybym musiała gdzieś pilnie wyjść. Ja czasem zabieram razem ze swoim Jej worek ze śmieciami. I jak w końcu zrobię to ciasto co mam w planach, zaniesiemy oboje. Na pewno się ucieszy.

Codziennie w Żłobku widzę jak mi Dziecko rośnie. Oddaję mniejsze, odbieram większe. Nie wiem czy to możliwe ale słowo daję, że rano te buty jeszcze pasowały… Mam taką teorię, że Dzieci rosną na czas. Czekają na to aż się zagapimy, albo przez sen. Wystarczy przez chwilę nie patrzeć. Może gdzieś są organizowane jakieś zawody? Kto wie.

Codziennie w tramwaju, metrze i na schodach spotykam Ludzi. Jedni są smutni, poorani czasem, przytłoczeni ciężkim bagażem doświadczeń, inni zwyczajnie ponurzy, źli i naburmuszeni zbyt wczesną porą czy zbyt mżawą mżawką, jeszcze inni niewyspani, nieprzytomni, zmęczeni, zamyśleni. Nikt nie patrzy na nikogo. Chyba, że jakaś para w uścisku albo małżeństwo tuż przed sprzeczką o zwyczajowy drobiazg. Zawsze mam ochotę podbiec, dotknąć ramienia oglądającego czubki swoich butów delikwenta, krzyknąć „berek” i zwiać w podskokach. Kiedyś to zrobię.

Codziennie uśmiecham się na widok tego samego plakatu. Za każdym razem ktoś dorysowuje na nim coś śmiesznego. I kto powiedział że polityka jest nudna?

Codziennie po drodze do pracy spotykam ten sam Dom. Szary, przybrudzony, pokryty warstwą styropianu bo jesienne ocieplanie i wspomnień bo rocznikowo niemłody. Dom ma na jednej ze ścian duży napis, który nieodmiennie kojarzy mi się w filiżanką kawy przed zajęciami z filozofii pitą dobrych kilka lat temu w miłym towarzystwie. Towarzystwo już dawno nie moje a i kawy chyba w tym co wówczas miejscu nie podają, ale te litery przenoszą mnie w czasie.

UMYSŁ CZYSTY JAK NIEBO BEZ CHMUR

Zawsze zadzieram głowę.
Zawsze jest przynajmniej jedna.

Koncertowo

Wszystkich, którzy mają wolne pół godziny w poniedziałkowy wieczór i lubią muzykę chóralną, zapraszam na koncert, który zaśpiewamy o 19.45 (po mszy) w Archikatedrze Świętego Jana przy Placu Zamkowym w Warszawie.

W programie pięć utworów sakralnych, w tym dwa cerkiewne z pamiętnej Hajnówki. Wstęp wolny.

Do zobaczenia 🙂

___________________________
A TU fragment koncertu – dla tych, którzy chcieli a nie mogli.

Luźna refleksja

Byłam wczoraj na zebraniu w Żłobku. Tak, tak, już nawet w żłobkach organizuje się zebrania dla rodziców, na których omawia się rozmaite mniej lub bardziej (choć z moich wnikliwych obserwacji wynika, że raczej mniej) ważne kwestie. Kwestie typu składki na to czy owo, imprezy i ich organizacja czy przydział Dziatwy poszczególnym grupom to jeszcze rozumiem, ale kwestia natki w zupie jarzynowej to już mnie doprawdy całkowicie zwisa i nawet nie łaskocze.

No doprawdy.

Czy ludzie nie mają co robić w deszczowe popołudnia, że aż muszą godzinę.dwadzieścia debatować nad rodzajem marchewki czy kolorem nocnika?

Widać nie.

Wrobiona zostałam też całkiem sprytnie w przynależność do Komitetu Rodzicielskiego. Bo w zeszłym roku kombinowałam z Mikołajem Świętym, żeby był – tak Kolego Macieju w tym roku też świat i Żłobek mojego Dziecka Cię potrzebują, więc szykuj brodę i czerwony szlafrok. Bo ze swojej, trzeciej znaczy grupy obecność stwierdziłam swoją i Jednego Taty, który wyglądał na mocno zdezorientowanego w temacie krzesła, a co dopiero gdyby miał się wypowiedzieć w temacie piżamek. Tak, uczniowie maja mundurki a u nas kwestią sporną były piżamki. Obleśne różowe, jednakowe dla wszystkich niezależnie od wieku Mikroskopijne Sukienki Na Ziemniaki. Ale trudno, przeboleję.

Najgorzej jednak sprawa wyglądała gdy przyszło do pieniędzy. I przez to siedzieliśmy tam godzinę.dwadzieścia miast dwudziestu minut. Nie wiem, jakoś zamożna się nie czuję nawet średnio, ale 15 złotych co miesiąc do przepisowych 180 złotych za Żłobek nie wydaje mi się kwotą nie do przeskoczenia. I z tego co widziałam – wnioskując choćby po drogich zabawkach z jakimi Maluchy przychodzą co rano… bo tak – innym też nie powinno. A jednak. Dodam, że takie 15 złotych co miesiąc dałoby możliwość zakupu bloków, farb, kredek, kolorowych papierów, książeczek i od czasu do czasu pokazowych teatrzyków. Bo ja osobiście wolę odbierać rysunki Igora na czystym papierze, a nie takim jednostronnie zadrukowanym rzędem liczb, bo przecież oszczędności.

Ale ja osobiście kolekcjonuję taką twórczość. Bo tak mam. Widać nie wszyscy mają podobnie. I nie muszą, wolnoć Tomku etcetera.

Tylko wrażenie miałam takie nieodparte, że to był protest dla samego protestu, żeby być głośniejszym od reszty. Zwłaszcza gdy po zakończonym zebraniu ta najbardziej utyskująca finansowo trójka, zabrała swoje drogie wózki z wózkowni, wsiadła do swoich lśniących samochodów i odjechała.

Ja tam na piechotkę z parasolem.
Ale czuję się bogatsza mimo wszystko.
Piętnaście złotych miesięcznie to nie problem.