Bielszy odcień bieli

Nie mam ambicji bycia Super Mamą, kafelki w mojej łazience nie lśnią jak w reklamie i zdecydowanie nie mam obsesji na punkcie porządku. Wręcz przeciwnie – lubię swój bałagan. Mamy z Młodym tak mało czasu tylko dla siebie, bez żadnych zajęć dodatkowych i pospiesznego przemieszczania się z miejsca na miejsce, że zwyczajnie szkoda mi go na sprzątanie. Stanowczo wolę wykorzystać ten czas w bardziej potrzebny nam obojgu sposób. Choćby to miało być leżenie na kocu i się_przytulanie. Uwielbiam te lokatorskie, pełne przejęcia i dramaturgii, opowieści o tym jak minął dzień i co dziś podobało Mu się w życiu przedszkolaka.

Ostatnio cały przedszkolny świat zdominowała akcja Jasełka. Po to też były wspomniane dwie notki wstecz białe rajstopy i podkoszulek w dorosłym, dużym rozmiarze. Miałam ochotę na bojkot, ale akcję uratowali Dziadkowie – Mamut nie bez trudu zakupił białe, gładkie i grube rajstopy w pożądanym rozmiarze, Zdzich oddał swój biały tiszert i wszystko miało być w porządku. W piątek karnie zaniosłam łupy i wręczyłam Pani Cioci.

Pani Ciocia z jawnym obrzydzeniem zajrzała do foliowej torby spowijającej tekstylia. Nie mam pojęcia czego się spodziewała, ale drugiego śniadania nie zwykłam robić a już na pewno nie obcym babom. W tym samym momencie, w którym uświadomiłam sobie, że może ona po prostu tak ma i nie powinnam się przejmować, padło pełne nagany spojrzenie. I tak to wgłąb torby, to na mnie. W końcu nie wytrzymałam:

– Czy coś nie tak? – zagaiłam z nadzieją
– Nieee no skądże znowu… nic… ale wie Pani… – i tu Pani Ciocia zawiesiła znacząco głos
– No właśnie przyznam, że nie mam pojęcia. – wyznałam zgodnie z prawdą, bo pojęcia faktycznie nie miałam
– Bo INNE Dzieci mają wszystko NOWE… – wyjawiła na wdechu i z przekąsem

Niepotrzebnie zrywałam z rajstop banderolę – przemknęło mi przez myśl. Po chwili jednak odzyskałam rozum i zdolność logicznego myślenia. O czym Ona w ogóle do mnie rozmawia??

– To cudownie. O ile się jednak nie mylę kartka wisząca na drzwiach nie zawiera kryterium nowości, a tylko prośbę o podkoszulek i rajstopy. – zauważyłam
– Ale WSZYSCY rodzice… – wznowiła argumentację Pani Ciocia
– No widzi Pani – NIE wszyscy. Może inni rodzice mają za dużo pieniędzy, ale ja nie zwykłam kupować czegoś co mi się nigdy później do niczego nie przyda – rajstopy są nowe, podkoszulek dał Dziadek i bardzo dobrze, bo w to miejsce wolę kupić Igorowi książkę. Z całą pewnością będzie Mu bardziej potrzebna.
– Ja tam nie wiem, ale to chyba Pani powinno zależeć, nie mnie. – odparowała Pani Ciocia nadymając policzki
– A może Pani uściślić na czym powinno mi zależeć? – spytałam hamując słowa z wyjątkową siłą cisnące mi się na usta
– No żeby Dziecko się nie wyróżniało! Przecież to będzie inny odcień bieli!! – dodała oskarzycielsko potrząsając koszulką i podnosząc ton
– Kiedy ja lubię gdy moje Dziecko się wyróżnia – roześmiałam się
– Pani to Pani, ale Jemu to będzie przeszkadzało. Zobaczy Pani – dodała ostrzegawczo
– Trudno, będziemy musieli jakoś z tym żyć.

Pożegnałyśmy się ozięble i Ona ruszyła do sali trzymając foliową torbę w dwóch palcach – jakby to był nie inny odcień bieli a śmierdzące jajo – a ja do tramwaju. Kosmos i zgrzytanie. Opowiedziałam o sytuacji Mamutowi. Mamut kilka lat przepracował w przedszkolu i z niejedną Panią Ciocią miał do czynienia, ale z taką lampucerą – jak sam przyznał – nie miał przyjemności. Mnie również przyjemnie wcale nie było. Wiem, że to zwykły tiszert, raptem parę złotych, ale najbardziej rozjuszyła mnie zbędna dyskusja a raczej jej wydźwięk.

W weekend Mamut dostarczył nam nowy podkoszulek. Odcień bieli bez zarzutu. Dziś rano zaniosłam go, podpisałam pakunek i bez słowa zostawiłam na stoliku. Teraz moje Dziecko pasowało do innych. W drodze do pracy miałam ochotę się rozpłakać. Po południu zwolniłam się z pracy i pojechałam na te osławione Jasełka. Wszystkie Panie Ciocie biegały przejęte w kółko, wszystkie Dzieci stały zdezorientowane i łypały na podwieczorkowe jabłka, które czekały na parapecie. Wszystkie bieluśkie koszulki przykryte były kamizelkami w różnych kolorach. Wszyscy właściciele bielusieńkich koszul byli nimi szczerze niezainteresowani. Gdy tylko weszłam i zajęłam miejsce na mikroskopijnym krzesełku, Lokator przybiegł i wdrapał mi się na kolana.

– Mama, pójćmy jus do domku.
– Co jest, nie chcesz śpiewać z innymi dziećmi?
– Jus dziś to śpiewauem. Duuzo razy. Telas chcem do domku.
– Ale zaśpiewasz mi po drodze?
– Dobla.
– To umowa stoi.
– Tylko mi kosulem zdejmij Mama telas, dobzie? Nie lubiem jej.
– O a to dlaczego?
– Duza jest taka. I nie zakładauem jej wcześniej.

Mój Syn, konserwatysta.

Gra w skojarzenia

Zawsze, gdy w partyturze czytam allegro moderato, moja pierwsza myśl brzmi: zaloguj się.

Stałam
się zwierzęciem komercyjnym i wszystko mi się kojarzy. Wystarczy, że
pójdę do sklepu i zobaczę coś interesującego, na co akurat
niekoniecznie mnie stać – już spoglądam na metkę lub nalepkę w
poszukiwaniu nazwy producenta i jego strony internetowej. Jak bowiem
powszechnie wiadomo, sklepowe marże lubią zaskakiwać wysokim wzrostem.
Można na przykład, na ostatnio zakupionych dziecięcych bucikach się
wzorując, pozostawić sobie w portfelu 40% ceny. A im w sklepie bardziej
nieprzyjemna obsługa, tym chętniej decyduję się na e-sklepy. Przede
wszystkim jednak jest wygodniej, nie ma przerw na dostawę i mogę tam
zajrzeć o każdej porze. W dzień czy w nocy.

Kiedy widzę piękną
biżuterię, rozkładam ją w myślach na czynniki pierwsze i szacuję, czego
potrzebuję by zrobić podobną. Nie taką samą, bo to nie w tym rzecz, by
kopiować, poza tym zawsze jest coś, co bym zmieniła, poprawiła,
ulepszyła. Ot taka personalizacja napotkanej rzeczywistości. Gdy usłyszę fragment znanej i lubianej przeze mnie melodii, muszę dośpiewać ją sobie do końca zanim ruszę się gdziekolwiek. Nieważne, że właśnie jadę tramwajem. Gdy
zobaczę kominiarza, natychmiast łapię za guzik… nawet gdy nie jest
mój a nie znam właściciela. Jeszcze się nie zdarzyło, by się ktoś
obruszył, bo to całkowicie nieszkodliwy a uroczy wizualnie przesąd. A gdy widzę właścicielkę superdługich tipsów, wyobrażam sobie jak wkłada soczewki kontaktowe.

A gdy czytam "gra półsłówek" zaraz śmieję się do rozpuku, bo oczywiście "g" przepięknie wymienia się na "s" 🙂
Zresztą te wszystkie krówki w mroku, pradziadki przy paniach i na słocie, mądre Jole i w kącie prawie, choć stare jak świat, niezmiennie powodują napady chichotu.

A Wy jakie znacie?

Zakupoholizm

Lokator ma fazę pod tytułem KUPIĘ. Wszystko Mu się podoba – a już zwłaszcza te wszystkie najokropniejsze brzydactwa, które kurzą się w oknach kiosków i zawsze zastanawiałam się, kto to w ogóle kupuje – i śmiało deklaruje, że wszystko nabędzie. Absolutnie wszystko. Cała sprawa zaczęła się, gdy dostał swoją pierwszą świnkę skarbonkę. Najwyraźniej posiadanie naręcza brzęczącej miedzi – o którą odchudziliśmy mój osobisty portfel – dało Mu poczucie wielkiego bogactwa. Od tej pory Lokator jest krezusem.

Pobudka.

– Mamo! Śniło mi się takie takie takie… kololowe. Kupiem to!
– Cudownie Synu, ale cóż to takiego.
– Nie biem… ale kupiem.

Idziemy na przystanek.

– Mamo! Pacz jaki fajny sklep. Kupiem go! Kupiem!
– O tym mówisz? To sklep wędkarski Synu.
– Wentbanski??
– Tak.
– Ooo. No kupiem, kupiem.
– A umiesz łowić ryby?
– Niee, ale mogę zjeść.

Jedziemy tramwajem.

– Mamo! Te domki takie kupiem. Kupiem systkie.
– Całe osiedle?
– Całe. Całe kupiem.
– A po co Ci aż tyle domków?
– Eee no mam dużo aut psecies.
– I przed każdym domkiem chcesz postawić auto?
– Nie, nie auto. Tsy.

Idziemy do przedszkola.

– O-O Mamo! Sklep!
– Ten też chcesz kupić?
– Chcem kupić takie kulećki malutkie.
– Kuleczki?
– No do jedzenia psecies.

Popołudnie, przyjeżdżam do przedszkola po pracy.

– Kupiłaś mi coś?
– Nie Synu, nic nie kupiłam, pędziłam po Ciebie.
– Nie skodzi. Ja kupiem systko.

Wieczór, wracamy do domu.

– O ksienzyc Mamo, ksienzyc kupiem tesz.
– I co jeszcze?
– Autobus i trambaj i pociong kupiem.
– A masz na to wszystko pieniądze?
– Eee… no… nie mam. Ale Ty mas!

Grunt to się dobrze w życiu ustawić.

To kto zamawia pod dom plastikową koparkę?
Dorzucę przystojnego ludzika w kasku. Trochę sztywniak ale oj tam.

W głowę czy w brzuch?

Otwieram, wstaję, budzę, myję, ubieram, krzątam się, biegam, skaczę, spieszę, pracuję, dzwonię, piszę, zgrzytam, myślę, zastanawiam się, kombinuję, kończę, znikam, idę, jadę, siedzę, stoję, wchodzę, odbieram, podpisuję, wychodzę, czekam, jadę, słucham, odpowiadam, śmieję się, rozmawiam, śpiewam, uciekam, wracam, karmię, kąpię, usypiam, gotuję, sprzątam, dziergam, dłubię, nawlekam, układam, przy, nad, pod, obok, w międzyczasie, północ, odkładam, próbuję, zasypiam.

Praca mnie wpienia, ludzie mnie wkurwiają, boję się patrzeć co PanKot znów zmalował – a po bezgłośnym przebywaniu w koszyku z miną nic_nie_zaszło_no_co_ty wnioskuję, że kurczak na jutrzejszy obiad teleportował się w inny wymiar – bo cierpliwość kończy mi się dokładnie tam, gdzie zaczyna stopa i zamaszysty wykop.

Powinnam zrobić pierdyliard rzeczy ale na te, które by mi się zrobić chciało, nie mam czasu, a na te, na które czas jest, wybitnie nie mam ochoty. Ponadto chyba mam narkolepsję i w związku z tym nie mogę przecież prasować. Jeszcze bym zasnęła nad żelazkiem i poparzyła sobie ucho. Albo dwa, bo pewnie natychmiast zadzwoniłabym na pogotowie. Innych prac porządkowych też nie mogę robić. Nie wiem jeszcze dlaczego ale jak się znam to coś wymyślę.

W przedszkolu kolejna kartka pod tytułem Drodzy Rodzice Kupcie. Były pościele, piżamy, ręczniki, chusteczki, bloki, papiery kolorowe, krepiny, farby, kredki. A to wszystko w majestacie niemałej sumy co miesiąc na Radę Rodziców – niby dobrowolnie i niby ile kto może, a musiałam się zdrowo naużerać, żebym mogła płacić tylko połowę całej sumy. O całkowitym zwolnieniu mnie z tej opłaty, mogłam zapomnieć już w drzwiach. Teraz białe koszulki i białe rajstopy. Mam trzy dni. Ubóstwiam takie rzeczy. Mam chęć zbojkotować akcję i przynieść wszystko czarne. Albo chociaż pochlapać barszczem.

Gdybym była psem, miałabym na płocie tabliczkę: to dobry pies ale ma słabe nerwy. I masę kości do zabawy.

Nadal jestem beznadziejnie zakochana w torciku Almondy z Ikei i gdybym mieszkała bliżej, zapewne łatwiej byłoby mnie przeskoczyć niż obejść. I mam fioletową torbę z kwiatkiem. Z filcu i z Nepalu. Nie wiem co istotniejsze.

Igor powalił mnie dziś na kolana pytaniem:
– Mamoo a czy Ty masz siusiaka?!

Standard. Niby byłam na to przygotowana, ale przyznaję, że spurpurowiałam po czym zeszłam śmiertelnie na galopujące suchoty, które niecnie zaatakowały mnie gdy tłumiłam rechot. Wraz ze mną zaś zarechotała ta część tramwajowego wagonu, która zupełnie przypadkowo nie ma znacznego niedosłuchu.

Pozytywka w negatywie

Do zdecydowanych pozytywów należy zaliczyć fakt, że Młody zdrowieje z prędkością światła i tak też porusza się po dostępnej nam obojgu przestrzeni. Jak również to, że w końcu trochę czasu razem we dwoje spędziliśmy, radośnie sobie na wszystko – ze szczególnym uwzględnieniem panoszącego się wszędzie rozgardiaszu – bimbając, a ostatnio nie było to często spotykane zjawisko. PanKot także nie posiadał się z radości i pierwsze dwa dni spędził na romantycznym mruczeniu mi w dekolt oraz dramatycznym w skutkach ocieractwie. Trzeciego dnia kategorycznie zażądałam zaprzestania okupacji mojej osoby i zaczęłam się odkłaczać, bowiem spodnie porosły mi futrem a z lustra wyzierał Yeti. Korelacja pory roku ze zrzucaniem kociego futra gdzie popadnie przyprawia mnie nieodmiennie o pokątne zgrzytanie i plany mordu. Na szczęście Ikei dziękujemy za lepne taśmy w rolkach a Naturze Matce za moje choleryczne usposobienie, co suma sumarum sprawia, że cała wielka nawałnica przechodzi bokiem i znowu jestem przyjazna otoczeniu.

Aczkolwiek nie ukrywam, że instytucja przedszkola jest mi zdecydowanie niezbędna do życia i zachowania równowagi psychicznej. Kocham moje Dziecko ale równie potężnym uczuciem darzę to złudzenie wolności gdy wychodzę gdzieś samopas i w pierwszym odruchu mam ochotę z radości obszczekać pierwszy napotkany samochód i oznaczyć żywopłot. Bynajmniej nie białym proporczykiem.

Ochrypłam od czytania książek i objaśniania ile kto ma rączek na obrazku i dlaczego zawsze dwie. I dlaczego skoro rączki, nóżki i oczka dwa to dlaczemu ach dlaczemu nosek tylko jeden? A skoro nosek jeden a oczka dwa, to po co włosów trzydzieści? MAMOOO?? Tak na marginesie dodam, że trzydzieści to obecnie największa z możliwych do wyobrażenia przez Lokatora liczb, dlatego też wszelkie olbrzymie wielokrotności to na razie trzydzieści. Ale i tak najbardziej mi się podoba liczenie w wykonaniu Młodego: jeden, dwa, osiem, piętnaście. Nie ma się co rozdrabniać.

Jeśli chodzi o Reksia, Sąsiadów i Misia Uszatka, mogę śmiało startować w dowolnym konkursie wymagającym wiedzy na ich temat. Z Mają i Guciem też dam radę. Wyrysowaliśmy do imentu wszystkie kredki, tablica zaczęła mieć alergię na kredę, od jazdy konnej bolą mnie plecy i kolana, a wczorajszy dzień farb zakończył się ogólną radością oraz praniem PanKota i dywanu. Nawiasem pisząc PanKot mimo olbrzymiego wachlarza wad, prezentuje jedną bezapelacyjnie cenną zaletę – cierpliwość. Podejrzewam, że w nocy wciąga coś na uspokojenie, bo to niebywałe, by zdrowy, młody zwierz z wszystkimi czterema kończynami na chodzie wytrzymywał zabawy w etolę z lisa na chudej lokatorskiej szyi i spał gdzie go akurat Młodzieniec odłożyć raczy. I w dowolnej pozycji. W zwisie także.

Z negatywów mamy tyle, że w tym roku jedynym prezentem pod choinkę będzie lutowy tydzień w Maroko, a to i tak tylko dlatego, że zaliczka już wpłacona. W pracy zmiany i cięcia. Kwartalna premia, na którą zawzięcie pracowałam od października i która zawsze jakoś tam ratowała nasz mizerny budżet, właśnie pomachała mi na pożegnanie. Szkoda, bo nie ukrywam, że bardzo na nią liczyłam. Nawet bardziej niż bardzo. Ale nic to – ściśniemy się w pasie i jakoś to będzie. Musi.

Jeśli więc w tym roku ktoś chciał sprawić nam prezent muszę prosić by tego nie robił. Nie będziemy się mogli odwdzięczyć. Mam jakieś tam pomysły, więc ramach radosnej twórczości sama zrobię kilka drobiazgów dla najbliższych, Igor pomoże mi coś pomalować i tyle. Będzie skromnie ale na pewno bardzo wesoło i oryginalnie.

Zabawianie nudy

Kiedy byłam mała i chorowałam, Mamut dwoił się i troił żeby nie było nudno. Wystarczył przecież sam fakt, że musiałam tkwić w domu zamiast iść pobawić się na dworze. Do tej pory w Mamutowie mieszka cała obszerna kolekcja ukochanych bajek na czarnych winylowych płytach. Niestety adapter dawno już w niewyjaśnionych okolicznościach odszedł z tego świata – świadkowie twierdzą, że nie posłużyła mu zabawa w lunapark z karuzelą dla lalek – ale kiedyś mam nadzieję słuchać ich razem z Lokatorem. Ciekawa jestem czy jego ulubioną również będzie ta o wietrze i skrzypcach.

Jak powszechnie wiadomo nuda jest najgorszym z możliwych stanów i Małoletni pałają do niej szczerą niechęcią. W czasach moich chorób wieku dziecięcego wszystkiego było mało i tylko kolejek sklepowych dużo, ale ponieważ Mamut był kreatywny, grałyśmy na szklankach z wodą, robiłyśmy pacynki, samoloty i latawce z kolorowego papieru, stado ślimaków z plasteliny. Czytałyśmy też całe tony książek – począwszy od baśni i przypowieści, na mitologiach skończywszy. Trzeba było sobie jakoś radzić, bo w telewizji w ciągu dnia były głównie obrady sejmu, programy rolnicze i inne koszmarki. Teraz są bajki na dvd, kanały telewizyjne i zdecydowanie więcej możliwości jeśli chodzi o zabawki. Ale nadal najlepsze jest zawsze to, co zrobimy samemu.

Przykład?

Pan Toaletowy. Papier Toaletowy. Sprawdza się świetnie w inscenizowanej śnieżnej bitwie. Nieoceniony również w zabawie w mumię, opatrywaniu ran wojennych. Imituje wzburzone falemorskich odmętów, jak również pasma teatralnej kurtyny.

Pan Toaletowy jest bałaganiarzem i zawsze coś po sobie zostawia. Tekturowy rulonik posłużyć nam może jako lornetka – niezbędna zwłaszcza na pełnym morzu albo w wysokich górach Poczekalnia Do Żelazka.

A oto pomysł na teatrzyk kukiełkowy…gdy lornetka już nam się znudzi, a mamy na składzie odrobinę krepiny, skrawek tasiemki i dwa samotne piórka

Fakinszit

Nie mam pojęcia kto tak to zaprogramował, że jak już mam wolny, swobodny, niczym nieskrępowany wieczór i czas dla siebie, to zaraz później coś się musi spierdolić, ale chciałabym zrobić sobie w intencji tego kogoś laleczkę voodoo i wykonać jej spektakularny pokaz akupunktury. Skupiłabym się zwłaszcza na okolicach paznokci.

Noc Reklamożerców była parszywa. Znaczy reklamy były w połowie super a w połowie śmieszno-żenujące, ale taki to już ich urok. Pocieszające, że w latach osiemdziesiątych błyszczący i różowy kicz panował niepodzielnie na całym globie, nie tylko u nas. Zdecydowanie natomiast żenujący – bez domieszki humoru – był pomysł przerw w niespodzianką. Filmowe maratony, w jakich brałam udział, a swego czasu Mamut zwał to nałogiem, więc trochę ich było, charakteryzowały się tym, że przerwa była na siku, zakup popcornu, odnalezienie czucia w nogach oraz przyuważonych gdzieś po drodze znajomych. Na Nocy Reklamożerców podczas przerw (25 minut ??!!) szalał jakiś Niespełniony Wodzirej z nerwicą natręctw – wyślirzgany pizdek w białych spodenkach i marynareczce z jakąś strasznie oldskulową plamą na plecach, która miała być trędi, a wyglądała raczej na mało koleżeńskiego imprezowego pawia. Atmosfera rodem z kiepskiego wiejskiego wesela i konkursy w stylu: panowie pokazują jakie mają na klacie karakuły i szetlandy a panie rytmicznie kręcą pupciami. Dramat w paski. Jedną przerwę zniosłam mężnie, w wytrzeszczem niedowierzania ale jednak. Przy drugiej skapitulowałam. Wróciłam do domu.

Rano powitaliśmy na pokładzie własną jakże ciekawą imprezę. Lokator się zepsuł. Trzydzieści dziewięć stopni, zero jedzenie, zero picia, wszystko co próbowałam przemycić z siłą wodospadu pokrywało kolejne połacie łóżka i okolic, zresztą jak nie próbowałam też pokrywało. Jeden wielki rzyg. Wezwałam do domu lekarza, bo w Młodego nie dało się wlać nawet wody a zaczynał przelewać się przez ręce. Gorączkę obniżyłam dopiero chłodną kąpielą. Niestety termin sobotni w przedziale czasowym 15-18 tani nie jest, ale Igo był absolutnie nie do ruszenia do taksówki z uwagi na brak wystarczającej przerwy w haftowaniu. Czyli czarownie. Teraz jedziemy na antybiotyku i innych przepisanych środkach, Młody po dwóch zastrzykach odzyskał w miarę ludzką barwę i zasnął a ja właśnie wyjęłam z pralki trzecie pranie i zawieszę je sobie chyba na rzęsach. Przynajmniej będzie czas by to wszystko poprasować na zwolnieniu.

Wkurzają mnie sytuacje, w których brak partnera stawia mnie pod ścianą i uniemożliwia swobodne działanie. Żeby wykupić zwykłą receptę muszę najpierw zadzwonić i ściągnąć kogoś z domu, bo przecież nie zostawię Dziecka samego. Nie cierpię tego, że muszę i tego, że muszę kogoś ściągać też. Dobrze, że Siostra mieszka blisko i akurat była w domu. A ja od rana nawet nie byłam w sklepie, bo niby jak. Oczywiście, że mogłam zadzwonić do X, czy do Y. Jasne. Teraz po fakcie całkiem prawdopodobne, że mogłam do tabuna ludzi, a kilkoro się pewnie nawet obrazi, że tego nie uczyniłam. Tylko kiedy ja tak strasznie nie znoszę samych tych sytuacji. Poza tym czasem każdy tak ma, że chciałby by ktoś patrzył i widział, że coś potrzeba, bez mówienia. Mamut zawsze się wściekał na Zdzicha, że ten patrzy na zlew i nie widzi w nim góry brudnych naczyń, Zdzich za to nie rozumiał o co Mamut się wścieka, bo przecież nie dostał polecenia: "pozmywaj", a przecież zlew był ten sam i oboje zawsze mieli równą wadę wzroku.

Czasem głupie wyjście po bochenek chleba to Mount Everest i sumie nic to takiego, bo od trzecha lat świetnie się wspinam, ale wystarczy jedna zmienna… i już się nie da. Wkurza mnie moja bezsilność jak nie wiem co. Poczucie samowystarczalności może i dodaje skrzydeł, ale też niebezpiecznie uzależnia.

Piątkowy wieczór

W piątkowy wieczór można – korzystając z kojącej obecności Mamuta – przyjść po pracy do domu, najeść się dobra wszelakiego i z błogim poczuciem, że fakt, wprawdzie mamy Dziec.ko i to małe, ale tuż obok i w ślad za Nim drepcze zakochana po czubeczki Babcia, zalec do góry masztem i zapaśc w sen zimowy. Zwłaszcza, że sen to towar dla Młodego Rodzica (albo raczej Rodzica Młodego) mocno deficytowy a tydzień nie należał do najnudniejszych.

W piątkowy wieczór można udać się na dowolnej maści prywatkę, potańcówkę, imprezkę, koncert rockowego zespołu, stanie w marznącym deszczu pod kolumną Zygmunta w oczekiwaniu na meteoryt… cokolwiek. Liczy się ułuda wolności i nielimitowany czas połowicznego rozpadu związków alkoholu we krwi.

W piątkowy wieczór można wreszcie, padając na pysk stylem dowolnym po wyjątkowo morderczym tygodniu, udać się do kina na Noc Reklamożerców.

Sic!

Potem można wrócić do domu nad ranem, zjeść zaległą pomidorówkę – co to ją Mamut specjalnie dla nas zostawił na gazie i jak wstanie oraz zobaczy, że ona sobie stamtąd nie poszła wprost do naszego żołądka, obrazi się śmiertelnie a gwałtownie i nigdy, przenigdy nam tego haniebnego czynu nie daruje – powitać porannie przebudzonego Mamuta, zamienić z Nim słów kilka w porywach do kilkuset oraz pomachać Mu na do widzenia. Zaraz potem wstaje Młody, bo już siódma a przecież tyle mogłoby Go ominąć.

Nie mogę być normalna. Ktoś musiał mnie w dzieciństwie porwać i więzić w kinie a teraz mam syndrom Sztokholmski zorientowany na obiekt. Nie ma na to innego wytłumaczenia. Gdybym była szczurem w laboratorium, błądząc w labiryntach z uporem maniaka wybierałabym palnik acetylenowy albo młotek. W każdym razie coś, czym można zrobić krzywdę. Michę i wygodne posłanko omijałabym pewnie szerokim truchtem.

Życzcie mi powodzenia i lekkich powiek w sobotę.

Ps. Szkoda, że aby posprzątać mieszkanie, nie wystarczy omieść go spojrzeniem… Nawet te bardzo powłóczyste nie działają.

Muzodajnia

A czy Państwo wiedzą – bez sprawdzania w googielku ani innej wiedzy zewnętrznej – od czego była każda Muza z osobna?
I jakie imię każda z nich miała?
Hę?

Tak mnie natchęło było albowiem wychodzi mi, że mam regres.
Kiedyś, zbudzona w nocy o północy, wyrecytowałabym wszystkie na wdechu.

Teraz to całkiem inna para kaloszy.

Od razu wyznam, że sprawdziłam w googielku i już wiem, więc nie potrzebuję linek w komentarzach 🙂
ale ciekawa jestem Waszej wiedzy, takiej uczciwej, z głowy i z pamięci.