Koło Fortuny, czyli dlaczego wolę do piekła

Pielgrzymki ruszyły. W związku z tym dotarłam dziś do pracy z piętnastominutowym opóźnieniem. Warto zauważyć, że wyszłam i tak pół godziny wcześniej niż zwykle. Nie wiem, na którą dotarłabym, gdybym wyszła o zwyczajowej porze. I czy w ogóle. Bo na ten przykład mógłby mnie trafić szlag. Jasny jak Jasna Góra. A tak trochę stałam i trochę siedziałam w jednym mega_giga korku z resztą grzeszników i rzucałam ćwierćgębkiem rozmaite hosanny, alleluje oraz inne wyrazy. Mało parlamentarne, przyznaję.

Nie, nie jestem jakoś szczególnie zaciekle wojującą przeciwniczką wiernych i właściwie nawet mnie nie interesuje kto jakiej religii kult wyznaje. Dopóki nie wchodzi mi się w drogę i nie depcze ochoczo po odciskach średnio mnie doprawdy zwilża ta cała szopka. Bo ja wbrew pozorom niespotykanie spokojny człowiek jestem. Natomiast w momencie, gdy ktoś – niezależnie od wyznania, koloru skóry, płci czy orientacji seksualnej bądź czasoprzestrzennej – włazi mi, nie bacząc na moje prawo do wolności poglądów i widzimisi, w prywatny poranek włącza mi się autentyczny rotweiler. Uścisk szczęk cztery tony. No jak pragnę podskoczyć zaopatrzyłabym się w walec i jeździła nim po mieście w celach wybitnie niehumanitarnych. Plask.

Mieszkam dokładnie naprzeciwko budynku kościoła. Codziennie co godzinę – gdy akurat nie jestem w pracy, czyli w weekendy zwłaszcza – słyszę coś co rani wszelkie moje uczucia mające coś wspólnego ze zmysłem słuchu i estetyką. Co pół rozbrzmiewają jakieś chore ding-dongi i nie wiem na grzyba to komu, bo Moher Sisters przecież są tam zawsze przed czasem a reszta świata gdy to słyszy to zgrzyta zębami. Inni wielbiciele gatunku są albo głusi i dokładnie im to powiewa, albo z muzyką mają tyle wspólnego, że wiedzą co to "Sto lat" albo "Legiaaa! Biało-czerwooni". Target doprawdy wstrząsający.

Ale dobra. Jakoś to ścierpię. W końcu cmentarne zagłębie zobowiązuje. Ale zamykanie ulic bo pielgrzymki? I Panowie Policjanci na wyłączność? To już jak dla mnie przesada. Gęsiego po chodnikach proponuję. Wszak dłużej będzie można się cieszyć podniosłą atmosferą i śpiewać pieśni maryjne. Czyż nie? Bo skoro kierunek niebo, to może łażenie środkiem ulicy i utrudnianie życia innym jest zbytkiem i wygodą?

Jestem zupełnie jawnym i zdeklarowanym grzesznikiem.

Mam nieślubne Dziecko, które również wychowuję na potępieńca bez perspektyw na życie wieczne amen, gdy jestem w związku z radością uprawiam pozamałżeński seks nie bacząc na nauki kościoła a mając na uwadze wyłącznie osobiste potrzeby, nie uczestniczę w mszach, nie daję na tacę, nie zapraszam na dyskusje o wierze "po kolędzie", nie mówię proszę księdza, tylko proszę pana, urządzam huczne zabawy kiedy tylko przyjdzie mi na to ochota, gdy się upiję, to pięknie potrafię udawać megafon śpiewając "Królowo Polski" korzystając z dwóch palców i przyłożonej do ust folii z opakowania papierosów, domy boże interesują mnie wyłącznie w celach architektonicznych zachwytów bądź z okazji ewentualnych w nich koncertów i przyznaję się bez bicia do planów ustrzelenia z wiatrówki tych fałszujących kurantów z pobliskiej kościelnej wieży. Muszę tylko zdobyć wiatrówkę.

Od wielu lat wiem, że wolę do piekła. Zero przeciągów, ciepło i kupa znajomych.

Rozdzielność urlopowa

Jak przystało na Stare Dobre Małżeństwo nastała w końcu ta chwila, kiedy obie z Halutą urlopy spędzamy oddzielnie. Nie wiem czy to już kryzys naszego pożycia, czy też wynikło to raczej z faktu braku konkretnej i ostatecznej decyzji co do tego, która z nas ma zmienić płeć. Tak czy inaczej pojechała. Nad Wigry. Wraca za dwa tygodnie – akurat wtedy ja się będę zwijać na moje prywatne dwa tygodnie laby. A teraz siedzi nad wodą i mnie wnerwia. Znaczy nie samym siedzeniem, nie, nie.

Ale…

Siedzę sobie w pracy. Warszawa w rozkwicie burzowego lata, na dworze trzydzieści i jeszcze grubo przed deszczem. Parno i duszno jak w piekle. W bloku naprzeciwko banda kastratów urządziła sobie karaoke i katują kolejne szlagiery muzyki nie najwyższych lotów i ambicji. Zagęszczenie ludzia na metr biurwowo-kwadratowy przepotworne, a że tak się składa, iż w naszym pokoju każdy ludź jest kobietą, sama rozmaitość woni perfum robi swoje. Wentylator rzeźbi coś leniwie w okolicy ale marnie mu idzie. Mam ochotę się skroplić i popłynąć na pobliski trawnik jednakowoż obowiązek i różne takie wrodzone przeszkadzajki w stylu odpowiedzialności znacznie takie rozmaite ochoty niwelują. Albo nawet bardziej mam ochotę przespacerować się do wyjącej bandy i hersztowi otworzyć w dupie parasol. Pozostałym zaś sprezentować lewatywę ze żwiru.

Wtem…

Wiadomość mms. A to pomostek nad wodą, a to szarlotka pyszna w barze nad Bryzglem, a to sieja w tym roku pyszna jak nigdy. No i tak siedzę potem myśląc jak bardzo chciałabym być całkiem gdzie indziej i moczyć stopy w jeziorze. Ale dobra, spokojnie, ja odliczam do siedemnastego. I jestem oazą spokoju. Normalnie wyjadę, zalegnę i nie wstanę. Oraz wystąpię o azyl klimatyczny.

Tymczasem właśnie oto znalazłam zdjęcie z wyjazdu do Muszyny, na którym to wyjeździe się właśnie z Halą poznałyśmy (znaczy konkretniej poznałyśmy się przed wyjazdem w drodze na dworzec, wcześniej znałyśmy się wyłącznie pobieżnie z kilku wpisów do księgi gości na ro2). Ech, to były czasy. Byłyśmy piękne, młode i bogate w życiową mądrość na każdy temat oraz rżałyśmy dziko ponad dwadzieścia godzin w pociągu i nadal nie miałyśmy zakwasów. A ja miałam pióra do pasa, talię osy i Wujka Staszka Mistrza Ciętej Riposty i małym palcu. U stopy. Oraz mogłyśmy wypić morze kadarki i nadal ze swadą rzucać w te i wewte "Gibraltarami", "zarzewiem tężca" oraz "wyindywidualizowaniem z rozentuzjazmowanego tłumu". A teraz proszę… musiałam się nieźle skupić by napisać to bez rażących oko błędów. Te wolne rodniki atakują szybko i znienacka. Dziady cmentarne no.

A to my. Piękne dwudziestoletnie focze samice w oślepiającym słońcu.
Więcej zdjęć nie pamiętam, lecz za wszystkie jakby co bardzo żałuję.

Zgodnie z zamówieniem

Ziuta – Ty byś pokazała coś lepiej na tym blogu bo tylko piszesz i piszesz.
Ja – Palec Ci mogę pokazać. Wybierz sobie.
Ziuta – Sama se palec pokaż. Się pokaż jak wyglądasz idiotko.
Ja – Przez okno albo przez oczy. A za idiotkę masz w dziób i to publicznie.
Ziuta – Dobrze, że jestem daleko by bym udusiła przecież…
Ja – Matkę Dziecku byś zabrała? Ty Straszna Kobieto!
Ziuta – Nie marudź, dorósłby i podziękował. A tak to jeszcze musi wytrzymać 14 lat.
Ja – I to bez apelacji. Dramat.
Ziuta – Dobra mam urodziny jutro, kategorycznie domagam się zdjęć. Łóżkowych najlepiej, więc zaproś sąsiada.
Ja – Najlepszego…
Ziuta – Może być i najgorszy. Nie rzutuje.
Ja – Najlepszego Ci życzę głupia 😉

.

Tak? Dobra. Prosz.
Bez sąsiada, za to na łóżku. Zgodnie z zamówieniem.
Wu_a_la.




                

Wszystkiego czego chcesz, o czym tylko marzysz…

http://www.youtube-nocookie.com/v/d0AuaEVi6tE&hl=pl&fs=1&rel=0&color1=0x3a3a3a&color2=0x999999&border=1

Dobry wieczór. Mam na imię Anna i mam dziś imieniny. Anna, Ania, Anula, Aneczka, Andzia. Tylko Anki nie lubię. Po imieniu zwraca się do mnie kilka osób. Cztery w porywach do siedmiu. Reszta świata zna mnie w formie bezosobowej, albo jako Bajkę.

Historię tego pseudonimu i jego ewolucji do formy obecnej znają tylko najstarsi górale i weterani ro2, które kiedyś w niczym nie przypominało żadnego serwisu randkowego, a raczej wielkie forum dyskusyjne – księgi gości żyły tam swoim życiem oraz zawierały się długotrwałe przyjaźnie. Moja z Halutą jest tego najlepszym dowodem – to zdecydowanie najdłuższy i najbardziej udany związek w mojej emocjonalnej karierze. Wprawdzie Hal jest trochę kobietą, ale oj tam. Nobody’s perfect.

W dużym i mega uproszczonym skrócie: był sobie klub motocyklowy Bikers Cavalry (jeszcze wtedy na Bema 60), potem Bikersgirl, potem długo, długo Bike, aż komuś się spolszczyło do Bajk. Kwestia a na końcu to już czysto kosmetyczna poprawka.

Czyli imieniny, tak?

Wczoraj była wycieczka do Czerska i łażenie po ruinach zamku, były ulubione moje torciki Almondy made in Ikea oraz tyle lodów, ile tylko jest w stanie pomieścić jeden duży wafel. A dziś mam szampana, co to miał być na szczególne okazje. No bo w końcu uznajmy, że oto jest. Życzę sobie szczęścia. Po prostu. Jak zwyke przy każdej nadarzającej sie okazji. Takiego permanentnego, stałego, w które można skoczyć na główkę, bez trzymanki i z zamkniętymi oczyma. Bo wcale nie trzeba się bać. Kiedyś się musi spełnić.

A Siostrzycę uratował dziś gulasz wieprzowy, albo wołowy – nie pomnę.

Zawiozłam Młodego do Dziadków, pomachałam Mu do okna, przesłałam całusa i pojechałam do domu. W tramwaju wydzwoniła mnie właśnie Siostra. Otóż rozpakowując wieczorem zakupy natknęła się na wyżej wzmiankowany produkt garmażeryjny, a tam na nalepce stało czarno na białym, że "paczkowano: 26.07.2009". I ją olśniło, że ta data to dziś. TO dziś. A cały dzień miała dziwne przeczucie, że o czymś zapomniała. Tak oto gulasz w folii uratował sytuację oraz całkiem pokaźną odnogę naszego drzewa genealogicznego przed moim rozbudowanym i wielopoziomowym Marszałkiem Fochem. Od dziś zdecydowanie zmieni to nasz stosunek do tej części sklepowej półki 🙂

A Ty jak Drogi Czytelniku masz na imię?

Nowy domownik

W pokoju zamieszkało całkiem nowe, całkiem dorosłe i
lokatorskie łóżko. Metalowe, na antresoli. Naturalnie, że jestem w nim
szaleńczo zakochana. Jeszcze tylko częściowo zmontowane a już mnie
zachwyca. Sama zawsze o takim jako dziecko marzyłam. Jest wysokie na
tyle, że spokojnie zmieszczę się pod spodem bez schylania – stanie tam
komoda i zostanie jeszcze sporo miejsca na kącik do zabawy dla Igora.
Bardzo miła perspektywa dla Prawie Czterolatka z gwałtownym
zamiłowaniem do szałasów, namiotów, bunkrów i innych skrytych umocnień.

Mieszkanie, które w wdziękiem zaludniamy to mocno obstawione
trzydzieści metrów w tak zwanym starym budownictwie. Wolnej przestrzeni
jest tyle akurat by lekko tylko otrzeć się o klaustrofobię acz jeszcze
nie wrzeszczeć w panice, za to wzwyż pozostawia nam ów lokal całkiem
miłe pole do popisu. Antresola wydała mi się więc jedynym rozsądnym
pomysłem rozwiązującym palący problem wystających z niemowlęcego
łóżeczka lokatorskich stóp przy jednocześnie nie zmieniającym naszego
em w puszkę skumbrii w tomacie. Pomyśleć, że potrzebny nam sprzęt
spędzał dotychczas samotne chwile zamknięty w szopie i tylko czekał by
go przygarnąć. No to z dziką chęcią przygarnęliśmy.

W związku ze związkiem i okolicznościami Iggy przenosi się na pięterko. Był Jožin z bažin, pora na Lokatora z wyżyn. Póki co
tylko PanKot nie może się odnaleźć i nieustannie obwąchuje kolejne fragmenty
kolejnych rurek. Bo to łóżko głównie z rurek się składa właśnie. Gdyby mi nagle
jakiejś w obejściu zabrakło, z pewnością mogę jedną wypożyczyć i uratować
sytuację. A jak nam się znudzi, zmontujemy fletnię i zrobimy karierę jak Mike Oldfield. Grunt to mieć dobry plan.

Obecnie Młody śpi w pozycji na statuę wolności czasami ewoluującą w
pozycję rozgwiazdy na mojej leżance, czyli chyba pora wyciągnąć
śpiworek i zaprzyjaźnić się z dywanem. No ale jestem szczęśliwa, tak?
Wszyscy na miejscu i jeszcze do tego stęsknieni jak trzeba. PanKot
wspaniałomyślnie wzgardził dogorywającą zielenią w doniczkach i
wygodnie umościwszy się pomiędzy nami, mruczy jak rasowy Harley. A ja
leżę, pachnę i cieszę się zasłużonym weekendem, który zamierzam spędzić
na koncertowym byczeniu się ile wlezie. Jedyny palec jakim mogę kiwnąć
to środkowy, na wypadek propozycji jakiejkolwiek, poza obligatoryjnymi,
aktywności.

Że tak to ujmę lingwistycznie – knee who ya.

Cud, miód i orzeszki.

Przystanek samodzielność

Skończyło się przedszkole, zaraz po nim dwutygodniowa akcja letnia, na którą zdołaliśmy się zapisać, a udało się, że tak to ujmę, o długość przednich zębów – kolejka chętnych była bowiem długa i absolutnie bezwzględna. Od poniedziałku Lokator ma wakacje w Mamutowie a ja mam nieustająco zwinięte w supeł wszystko w środku.

Powinnam się cieszyć, pląsać w podskokach z racji nagle odzyskanej wolności i rzucić się w wir wszystkiego, czego dotychczas nie robiłam z przyczyn opiekuńczo-wychowawczych. Chadzać na imprezy, wracać na czworaka albo wcale, zamiast obiadu jeść popcorn z mikrofalówki i popijać colą, biegać po mieszkaniu wyłącznie nago, kląć jak stary marynarz, a w przebłyskach pragnienia kultury oglądać ociekające przemocą i seksem dzieła kinematografii. Powinnam. Ale zupełnie nie mam ochoty. Zwyczajnie tęsknię.

Mogę pojechać tam raz czy dwa w tygodniu, kiedy akurat kończę wcześniej pracę i mogę zabierać Go na weekendy. Gdy mam drugą zmianę, nawet nie ma sensu jechać – zanim dotrę na miejsce, już zaśnie a ja i tak będę musiała wrócić z przyczyn metrażowo-niezależnych. I choć wiem, że w Mamutowie jest Młodemu super, świetnie się bawi i wcale za mną nie tęskni (powiedział mi, szuja), to im jest starszy, tym trudniej na dłużej mi się z Nim rozstać. Mam nadzieję, że to minie, albowiem średnio widzę oczyma wyobraźni okres burzy i naporu albo pierwsze randki z mamuśką w charakterze towarzyszącej paprotki.

Dzwonię. Staram się tylko dwa razy dziennie. Leczę uzależnienie 🙂

Ostatnio powitał mnie komunikatem:
– Ceść, jem jabuszko. Później zadzwoń. Teraz nie.
Potem było:
– Telas ide jeździć na lowerze. Na lazie!
Następnie:
– Idziemy z dziadkiem na zjezdzalnie. Nie mamy casu zupełnie. No to pa!

Tylko czekać aż usłyszę: – Idę z Jolką do kina, wracam we środę…

Rocznik 78

Dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze małym grzdylem, spytana czy jest coś, czego się boję, odpowiadałam, że niczego, chyba, że to jest cebula. Cebuli nienawidzę bowiem od zawsze szczerze i z olbrzymią wzajemnością, gdyż mam na nią alergię. Potem sąsiadka zabrała mnie do lasu na grzyby i zaczęłam bać się mrówek. Wylądowałam bowiem w całkiem potężnym mrowisku i zanim zdołałam się z niego wygrzebać, byłam już cała w bąblach. Bolało jak diabli i pamiętam to doskonale a byłam jeszcze przedszkolakiem.

Poza tym nic nie robiło na mnie większego wrażenia. Taki byłam chojrak.

Ostatnio boję się coraz częściej. A to, że pralka wyleje i będę miała w kuchni basen z pianką, albo rachunek za energię i gaz przyprawi mnie o tachykardię a Doktor House jest tylko jeden, zmyślony i w dodatku bardzo daleko, że zostawię bilet w innych spodniach i akurat spotka mnie przyjemność z Panem Kontrolerem (nie wiem o co w tym chodzi ale niezależnie od faktu permanentnego posiadania biletu zawsze podczas kontroli czuję się jak wywołana do odpowiedzi na lekcji geografii, kiedy to oczywiście jestem dramatycznie nieprzygotowana i akurat grałam w statki albo marzyłam o niebieskich migdałach, za to z pewnością nie o cieśninach i prądach przez nie płynących) albo PanKot wyskoczy oknem jak tylko znajdzie sposobność, albo Lokator przestanie chcieć się przytulać i być mizianym po głowie na dobranoc. W ogóle strasznie dużo tych strachów mam teraz. Albo, że sama zostanę. Bo na to się w sumie zanosi jakby. Samej mnie już ze sobą trudno wytrzymać a co dopiero znaleźć kogoś, kto by się dobrowolnie poddał takim torturom. Przesrane z lekka. Jeśli znajdzie się śmiałek, to musi być upośledzony pod innym względem – nie wiem… morderca, psychopata, operator wózka widłowego z rzeźnickim nożem i mordem w oku? Albo filatelista-numizmatyk nagrywający wszystkie odcinki Mody na sukces. Sama nie wiem co gorsze. Wybieram bramkę numer 4 i wjeżdżam traktorem na szóste piętro bez windy.

W przypływie nostalgii zajrzałam w końcu w to siedlisko rozpusty i gonadotropizmu – Naszą Klasę. Broniłam się długo, przyznaję – z czystej przekory i uporu oczywiście, bo jeśli byli tam wszyscy, to ja na złość nie wlezę. Ale wlazłam. Założyłam sobie profil. Wylazłam. Za jakiś czas zalogowałam się ponownie i okazało się, że naprawdę byli tam wszyscy. Jestem w szoku. Wszyscy mnie pamiętają, chcą żeby ich dodała do listy znajomych i mają jakieś pytania. Nie jestem na to gotowa. A gra wstępna?

Dziwnie się patrzy na zdjęcie Miłości Mojego Nastoletniego Życia, której na hasło "oddaj mi nerkę" oddałabym obie i jeszcze w zębach przyniosła kilkanaście od okolicznych przygodnie napotkanych "dawców", a teraz jest żonata, dzieciata i wakacje spędza przy grillu albo popijając piwko we Władysławowie. Ból istnienia niewątpliwie łagodzi fakt, że na tych zdjęciach po chłopaku, w którym byłam tak szaleńczo zakochana i z którym dość długo łączyły mnie całkiem poważne życiowe plany, nie pozostał najmniejszy ślad. Zbrzydł, roztył się przepotwornie i wyraźnie poszedł w stronę osobników zwanych roboczo ABS (Absolutnie Bez Szyi) a sądząc po niektórych opisach, raczej trudno byłoby nam dziś znaleźć płaszczyznę porozumienia i jakikolwiek wątek konwersacyjny. Ale jest pewnie szczęśliwy i to właśnie o to w tym wszystkim chodzi.

Zdecydowanie wypisuję się z tego portalu. Nie dlatego, że brak mi wspaniałych wspomnień. Przeciwnie – może właśnie dla nich warto stamtąd po prostu wyjść. Mam wszystko w myślach i wolę to pamiętać takim, jakie było. Bez porównań, bez rozczarowań. To miejsce gdzie warto pochwalić się domkiem z ogródkiem, ślubnym plenerkiem i fotkami uroczej gromadki dziateczek, albo powymieniać ploteczkami. Jeśli z tego wszystkiego masz tylko uroczego dziateczka sztuk jeden, swoje dawne nazwisko i brak perspektyw na ogródek i obrączkę, nie masz tam czego szukać. Najwyraźniej mam kiepski czas, albo z wiekiem zrobiłam się mało odporna i przecieram się na szwach.

Zupełnym szczytem zaś są dla mnie informacje, że czyjeś tam małżeństwo się rozpadło, bo druga połowa spotkała miłość z dawnych lat, pisali do siebie, pisali i zaiskrzyło. Odpowiedzialność i dojrzałość na poziomie komórkowym rzeżuchy doprawdy. Do elektrowni migiem a nie paluszki na pisanie marnować. Rozwiąże się problem brakujących pokładów energii, ludzkość będzie uratowana i alleluja.

Dobra, pomarudziłam sobie. Teraz obejrzę jak Doktor House na widok brakującego tipsa zdiagnozuje u pacjentki Creutzfeldta-Jakoba albo kuru i zapadnę na śpiączkę afrykańską. Do szóstej.

Ciąg wyrazów nieparlamentarnych

We wtorek po południu w mieszkaniu w sąsiedniej klatce znaleziono Starszą Panią. Akurat byłam w domu i usłyszałam przeraźliwy krzyk. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałam, że ktoś wypadł z okna, chwyciłam więc ze stołu klucze, telefon i wybiegłam. Odruchowo, bo może trzeba wezwać pomoc. Starszą Panią odwiedziła wnuczka. Dziewczyna jest w szoku. Jak się później dowiedzieliśmy, staruszka zmarła przeszło tydzień wcześniej. Nawet nie próbuję myśleć co dzieje się z ciałem po upływie tygodnia w takiej temperaturze. Próbuję za to zrozumieć czemu wcześniej nikt się Starszą Panią nie zainteresował. Tak się bowiem składa, że jej Córka, mieszka na drugim końcu kamienicy, a jest kobietą bardzo aktywną – zwłaszcza w kontekście rozpowszechniania plotek i kościelnych agitacji. Tym bardziej zdumiewa mnie jej jawna ignorancja w samej tylko kwestii przykazań.

Nie wyobrażam sobie kontaktu z Mamutem rzadziej niż co dwa dni. Na ogół staramy się jednak codziennie. Mimo, że czasem to był tylko krótki telefon pod hasłem: "wszystko w porządku ale mam pożar w burdelu i nie mogę gadać". Po prostu nigdzie mi się to nie mieści. Choćby za sam fakt nieprzespanych nocy i zmieniania ton pieluch czy dyżurowania przy moim łóżku gdy chorowałam Rodzicom należy się moje zainteresowanie. Ja mam to wgrane w system operacyjny. Po prostu.

Do trzeciej w nocy udało się w końcu zabrać ciało Starszej Pani z tego mieszkania. Pogotowie, policja, lekarz, prokurator, stado innych ludzi pomiędzy – nie sądziłam, że tyle to trwa. Inna sprawa, że nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam.

Do rana Córka Starszej Pani z sąsiadkami sprzątały mieszkanie. Na drugi dzień rodzina rozgłośnie skłóciła się o spadek i to, kto powinien dostać mieszkanie.

Nie umiem tego skomentować. Nijak.

Pojemność dwa czterysta

Jem czereśnie, popijam colą i zastanawiam się kiedy pęknę.

Mamut, któremu przeczytałam poprzednią notkę, orzekł:

No… To męża dla Ciebie mamy z głowy.
Większe szanse ma chyba nawet Breżniew, choć nie żyje.

Chyba faktycznie bardziej mogę liczyć na spektakularną karierę w chińskim balecie. Stopa 39. I zdecydowany brak talii osy. Taaak.

Aczkolwiek jakbym tak mocno zliftingowała się ściśniętym kucykiem (tak właśnie, bo jak się bardzo postaram to już taki mikroskopijny mysi ogonek będzie), to jednak mam coś z Chinki. Nieco się wprawdzie pole widzenia zawęża, ale oj tam.

PanKot dokonał przegrupowań w domowych zielonościach i oto parapet okienny w pokoju zyskał nieco więcej przestrzeni. Dwie zamie poszły do doniczkowego nieba. A ja poszłam po tasak, topór, szlifierkę kątową i wziernik. Niestety nic z tych rzeczy nie znalazłam, czego zresztą można się było spodziewać bo to w końcu ja tam mieszkam, a nie monter-ginekolog wycinający po godzinach okoliczne zagajniki i z zapałem siekający kotlety.

Droga Redakcjo! Bardzo lubię rośliny na parapecie i niezwykle cenię sobie ich posiadanie. Moja urocza kicia najwyraźniej podziela ten wielki entuzjazm dla kwiatów i notorycznie konsumuje kolejne fragmenty nawet tych, które w teorii są nieco podtruwające, a z pewnością mało smaczne. Kocią trawkę i inne zieleniny podsuwane mu pod nos z uporem maniaka ignoruje. Co robić? Czy jest coś, co jest rośliną, nadale się na parapet, nie jest kaktusem i czego nie zeżre kot? Nieco idiotycznie byłoby otoczyć się rzeżuchą.

Niestety obawiam się, że kot zeżre wszystko. Rośliny z doniczek, pamiątki właścicieli, tynk z przedpokoju a także – w sprzyjających okoliczościach – znienawidzonego ratlera sąsiadów. W dodatku mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że on to robi umyślnie i złośliwie. Biorąc pod uwagę fakt, że zdecydowanie nie cierpi z głodu, śmiem twierdzić, że PanKot to enta reinkarnacja jakiegoś mega_wkurwiającego gnoma. A rzeżuchę też wciągnie.

Matko! Zwariuję od tych czereśni.
Czy Wy też jak zaczniecie je jeść, to nie możecie przestać?

I can always live another day

Szykuje się lato pod hasłem zmian.

Po pierwsze po raz pierwszy od dobrych kilku lat nie pojadę na urlop do Danowskich na Suwalszczyznę. Podobnie jak przed rokiem nie mogłam zaurlopować się w pracy na drugą połowę lipca, zatem skoro tak, to bez sensu. Zwłaszcza, że Haluta też nie mogła. Późniejsze terminy są w tym miejscu z góry skazane na szczękanie po nocach zębami, albo nie kończące się deszcze. Poza tym mój tegoroczny zapał wybrał zapewne inny adres bo niestety nawet do mnie nie trafił.

Po drugie postanowiłam więc, że jadę z Igo i z chórem na dwa ostatnie tygodnie sierpnia na warsztaty do Macedonii. Przynajmniej zobaczę znów kawałek świata i powygrzewam się – w ewentualnych wolnych chwilach między Requiem Mozarta a "Mamo! Bawimy się w spychacz?!" – na słońcu. Śpiewanie w chórze, prócz robienia tego co lubię w miłym towarzystwie, daje całkiem sporo możliwości. Przecież gdyby nie Polibuda i chóralne warsztaty czy festiwale, nie zwiedziłabym tylu fantastycznych miejsc. Owszem, są też próby, koncerty czy wyjazdy, na które pewnie nie zawsze ma się siłę, nie mówiąc o czasie, a kombinatoryka stosowana w kategorii: "Co czasem zrobić z Lokatorem?" powinna wzbogacić mnie o Nobla, ale później miło jest gdy dwutygodniowy urlop w Słowenii kosztuje nas od 300 do 500 złotych w zależności od naszej półrocznej frekwencji. Prawda?

Po trzecie znów nie było mnie na Open’er. Trudno. Jak to się czasem mówi, wyżej nerek nie podskoczysz. Finansowo jesteśmy jako podstawowa nie-komórka społeczna w tak ciemnej dupie, że wybór pomiędzy koncertowym weekendem dla mnie a znacznie dłuższymi wakacjami dla obojga był dość oczywisty. W pracy dwie soboty z rzędu spędzam za to na arcymiłym szkoleniu. Trener, który w założeniach miał rzeczowo wyłożyć opornej materii tajniki sprzedaży i uczynić z nas nieco mniej ciemną masę, w rzeczywistości okazał się zwyczajnym bucem i prześmiewcą w stylu szowinistycznych przaśnych dowcipów na poziomie Romana z Budowy. Głupia Cipa to u niego standard. Żenada na osiem bitych godzin. Pozwolicie, że w tym miejscu zmilczę co o tym myślę.

Po czwarte wygląda na to, że wpakowałam się w dość problematyczny układ emocjonalny. Nie mam szczęścia w miłości, więc może jednak powinnam rozważyć karierę etatowego pokerzysty? Bo zgodnie z przysłowiem w kartach powinno mi iść jak ta lala. Szczegółów nie będzie i doprawdy raczej zbyteczne będzie szukanie ich gdziekolwiek. Proszę też mnie nie wypytywać, nie zgadywać samemu, nie doradzać i ogólnie potraktować to jako informację, którą się dzielę, bo mam wewnętrzny imperatyw namacalnej archiwizacji, nie zaś zachętę do włażenia mi z butami w kolację. Po akcji z Nowym mam zdecydowany uraz do jakichkolwiek wynurzeń w temacie wycieczek osobistych, a już największy do czytelników wyciągających pochopne wnioski z trzech losowo wybranych słów i na tej podstawie konstruujących rozbudowane konspekty osobowościowe autorki. Przewlokłabym takich w kagańcu i na krótkiej smyczy plecami po żwirze i podtopiła w jodynie.

Po piąte więc asertywność mi wzrosła i albo jest mi już wszystko jedno albo zwyczajnie w końcu nie boję się napisać, że mam co się komu nie podoba centralnie w odwłoku. Bo to tylko i wyłącznie ewentualnego takiego ktosia problem. Od tego żeby wszystkim robić dobrze są inne panie.

Po szóste w planach mam znów długie włosy. Zapuszczam. Robię też porządek w swoim świecie – zaczęłam od mieszkania. Posprzątałam, przejrzałam szpargały, wyprodukowałam tonę makulatury, umyłam okna by wreszcie patrzyło mi się przez nie przyjemniej, pozbyłam się niepotrzebności z otoczenia. Są takie chwile, kiedy trzeba powiedzieć dość i zmienić to co się da na lepsze. Uznajmy, że to dobry początek. Zamierzam też raz w tygodniu samą siebie rozpieszczać i mieć z tego frajdę. Dziś na przykład miałam dzień urlopu w zamian za tę nieszczęsna sobotę. Młodego odstawiłam do przedszkola, na śniadanie zjadłam lody, tańczyłam przy Audioslave nastawionym na cały regulator a potem poszłam spać. I wstałam dopiero o szesnastej. Z pełną premedytacją.

Po siódme, ósme i jedenaste – coś wymyślę.

A faceci?

Niestety co do jednego i absolutnie bez wyjątków są absolutnie przewidywalni. Zawsze jest czas tak zwanych Dni Otwartych, kiedy to wszystko jest dokładnie jak w reklamowych folderach, kolorowe, wystarane, uśmiechnięte, zaskakująco trafne i z trawą pomalowaną na zielono. Zawsze też Dni Otwarte się kończą, kolor zmywa pierwszy deszcz, uśmiech okazuje się nerwowym grymasem w reakcji na miejscowe znieczulenie u stomatologa, a zabawa w spełnianie marzeń kończy jako dyndający smętnie pod sufitem w remizie w lipcu balonik noworoczny. Wszystko w porządku jeśli po tych Dniach Otwartych nastaje nieco może nudna i szarawa ale normalna codzienność, w której wszyscy przecież umiemy żyć i się odnaleźć, a to co oferowano nam w folderku zostaje na miejscu, tylko może dostajemy to z okrojoną nieco częstotliwością. Gorzej jeśli rozdźwięk jest mocno konkretny, codzienność nawet nie jest szara i z pewnością nie normalna, a to co było dotychczas obecne po prostu robi "pyk" i znika. W takich momentach przydaje się klasa i odrobina mieszanki polotu z finezją, bo przynajmniej wtedy wszystko ma (czasem gorzki, ale ma) smak. Bezcenne.

Oczywiście, nie byłabym sobą gdybym tego nie napisała.

A teraz zapnij pasy Dorotko i pożegnaj się z Cansas.