Tłusty Czwartek

Jeśli chodzi o jakiekolwiek diety – masakra. To jedyne odpowiednie słowo w tych okolicznościach.

Jeśli chodzi o kubki smakowe – poezja. Jestem dziś baaardzo szczęśliwym degustatorem.

W pracy – szaleństwo.
Wrócę do domu i będzie odsłona druga, bo przecież Tato cukiernik – to zobowiązuje.

Dziś dbam o linię by była gruba i wyraźna.

Umie ktoś zjeść pączka bez oblizywania się do ostatniego kęsa?
To niewykonalne. A na pewno nieludzkie 🙂

Target niezbyt dobrze trafiony

Otrzymałam e-mailem reklamę jakże wspaniałego produktu:
„Uspokajająca poduszka z macierzanką idealna na kłopoty ze snem”

Hmm. Matki małych chłopczyków nie mają problemów ze snem.
O to samo podejrzewam matki małych dziewczynek.
Zero problemów. Null.

Chrrr…

W nieodległej galaktyce

W weekend odnotowałam 40 stopni na liczniku. Na szczęście łagodna perswazja w połączeniu z lekami przeciwgorączkowymi działają cuda.

Acha, miałam pomysł by pójść na jakiś fitness znów albo na siłownię, ale po pierwsze primo nie mam czasu, po drugie primo nie mam siły, a po trzecie primo ultimo jak się nosi 12-kilogramowy żywy ciężarek przez pół nocy to i tak w najbliższej przyszłości można liczyć na biceps, triceps oraz astmę Marit Bjoergen. Może tylko bez medalu i sztabu przystojnych Norwegów na posyłki.

Młody przybrał deseń w lekki rzucik. To może być ospa. Albo kolejne wcielenie rotawirusa. Albo nie wiadomo co. Dziś Pani Doktor nie potrafiła się zdecydować, bo jedne objawy pasowały jej do tego, a inne do czegoś innego. W piątek kolejna wizyta. Póki co bez antybiotyku.

Do końca żyję więc w niepewności czy pojadę z Jasiem i chórem na warsztaty do Grybowa, czy też nie. Planuję tak i jak Młody nie zagorączkuje albo bardziej go nie wysypie, to Pani Doktor zezwoliła, ale jak wiadomo nic tak nie śmieszy Głównego Admina jak nasze plany.

Siostra pojechała z Mężem i przychówkiem pojeździć we Włoszech na nartach i w piątek wylądowała z najmłodszą córką w szpitalu. Zapalenie oskrzeli. Wszystko fajnie, tylko włoscy lekarze jakoś niespecjalnie znają obce języki – na przykład angielski – i dość trudno było się zorientować o czym mówi druga strona. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, Małą wypisali i rodzina już w komplecie wypoczywa wraz z wypożyczonym z apteki sprzętem do inhalacji. Ale stres to stres, wiadomo.

Pobyt w szpitalu jednak zmienia optykę o całe 360 stopni. Tymczasem więc zakładam, że pakuję się w góry i zabieram Janka ze sobą. Oraz cieszę się tym co jest. Że jest.

Idę zapolować na pociąg do domu.

Utrefić loki, serce zbadać, nie oszaleć – plan minimum (kolejność przypadkowa)

Ścięłam włosy na krótko.

Nie mam cierpliwości do kosmyków, których nijak nie umiem okiełznać a na układanie szkoda mi czasu. To przecież kilka minut porannego snu więcej. Przy ostatnich zwyczajowych trelach Jasia o czwartej nad ranem – bezcenne.

Budzi się i śpiewa, albo kwęka, albo gada coś po swojemu i domaga się pełnego audytorium. Dobrze, gdy jest Książę Małżonek – można podzielić się sprawiedliwie tym wydartym nocy czasem albo ciągnąć losy. Albo spojrzeć błagalnie i zrobić minę Kota ze Shreka. Plus Jeden jest kochany i z reguły daje radę wziąć przymusową bezsenność mężnie na klatę. Gorzej, gdy akurat jest w trasie. Wtedy robi się baaardzo smutno. Wtedy można sobie zanucić „Czwartą nad ranem”: SDM-u i liczyć na zmęczenie zazwyczaj świeżego jak poranne bułki z piekarni obywatela. Trochę jak szóstka w lotto, ale nadal nie tracimy nadziei.

W Warszawie działa Prasowalnia. Dzwonisz i zamawiasz, odbierają ciuchy i za 24 godziny masz je z powrotem złożone w równą kosteczkę i gotowe do schowania w szafie. Koleżanka podrzuciła mi link do strony. Za sztukę z asortymentu dziecięcego biorą 2,99. Hmm… tygodniowo przez moje ręce przepływają więc zaoszczędzone krocie. Nie wiem ile sztuk odzieży mają aktualnie w posiadaniu moje dzieci ale gdyby ktoś mi za to ich prasowanie płacił, mogłabym natentychmiast przejść na emeryturę. Nawet pomost byłby niepotrzebny. Raczej plusk.

Co jeszcze?

Potrzebuję pilnie terminu do dziecięcego kardiologa. W szpitalu dostaliśmy dopiero na wrzesień. Ktoś coś wie? Niech się podzieli informacją, ładnie proszę.

Rano mieliśmy z Księciem Małżonkiem w żłobku konsylium. Panie nas poinformowały, że Jaś się nie rozwija tak jak powinien i po chorobie całkowicie się zablokował motorycznie. Nie chce się ruszać i najchętniej siedzi i się kiwa. Oczywiście galopadę czarnych scenariuszy w naszych głowach może powstrzymać Pani Rehabilitantka z Poradni, do której namiar dostaliśmy, ale Pani będzie dopiero w przyszłym tygodniu – trzeba zadzwonić, umówić się i czekać na termin. I starać się nie oszaleć.

W domu Jaś nie potrafi usiedzieć na miejscu, o czym oczywiście Paniom w żłobku powiedzieliśmy ale okazało się, że u nich to wygląda zupełnie inaczej. To co braliśmy za raczkowanie, to pełzanie się i czołganie, bo nie używa kolan. Uwielbia jak się go trzyma za ręce i może dreptać po całym mieszkaniu ale to też podobno źle, bo ominął to raczkowanie, które jest jak się okazuje KLUCZOWE.

I teraz do czasu wizyty niewiadomokiedy w Poradni mamy spokojnie funkcjonować ze świadomością, że wszystko co robimy dotychczas jest bez sensu, bo przecież nie było fazy raczkowania, półkule mózgowe nie wytworzą tych wszystkich niezbędnych połączeń nerwowych i generalnie młody jest ze wszystkim do tyłu. Tylko z chodzeniem jest do przodu ale to jak się go trzyma, czyli trochę oszukane to chodzenie. I co teraz? Mamy mu zabronić, gdy się domaga? Nie prowadzać? Przekonać mądrymi argumentami popartymi latami badań słynnych naukowców? Bardzo budujące. Zwłaszcza jak znajome mamusie zatroskanym tonem dziwią się: „O rety! Jeszcze nie …/tu należy wstawić dowolną umiejętność klasycznego bobasa w wieku 14 miesięcy/?”. Ano nie. Widocznie Janek stwierdził, że w nosie ma to, co powinien i ustalił własną strategię.

Wierzę, że słuszną i staram się z całych sił nie dać wkręcić w to „powinien”, „nie powinien”, „umie”, „nie umie”. Ale do Poradni pójdziemy, bo podświadomie chciałabym usłyszeć coś kojącego w stylu „wszystko w porządku”. Albo dostać zestaw ćwiczeń do rehabilitacji i umieć mu pomóc się paru rzeczy nauczyć.

Dziś zdecydowanie nie był mój ulubiony dzień.
Potrzebuję turbodoładowania z pozytywnej energii.
Albo żeby się zwyczajnie ktoś dla odmiany mną poopiekował.
Wizja mi śnieży i ogólne zmęczenie materiału.

Ja, robot. Ja, matka na resorach.

Rozkład jazdy, czyli śpiewamy Requiem Mozarta

LUBLIN

17 października (sobota), godz. 19.00

NADZWYCZAJNY KONCERT SYMFONICZNO-CHÓRALNY z cyklu „Fryderyk Chopin – zbliżenia”, sala koncertowa Filharmonii Lubelskiej

 

ORKIESTRA SYMFONICZNA FILHARMONII LUBELSKIEJ
VLADIMIR KIRADIJEV – dyrygent
MARTA BOBERSKA – sopran
KATARZYNA HOŁYSZ – alt
RAFAŁ BARTMIŃSKI – tenor
ANDRZEJ KLIMCZAK – bas
GABRIELA KLAUZA – organy
CHÓR AKADEMICKI POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ
DARIUSZ ZIMNICKI – przygotowanie chóru
AKADEMICKI CHÓR UNIWERSYTETU MEDYCZNEGO W LUBLINIE
MONIKA MIELKO – przygotowanie chóru
 
Program:

K. Penderecki – Chaconne
F. Chopin – Preludia op. 28 nr 4 i 6
F. Chopin – Marsz żałobny z Sonaty b-moll op. 35 (wersja orkiestrowa)
W. A. Mozart – Requiem d-moll KV 626

szczegóły


 



RZESZÓW

6  listopada (piątek), godz. 18.00

Kościół O.O. Bernardynów w Rzeszowie

ORKIESTRA SYMFONICZNA FILHARMONII RZESZOWSKIEJ

CHÓR AKADEMICKI POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ
DARIUSZ ZIMNICKI – przygotowanie chóru
AKADEMICKI CHÓR UNIWERSYTETU MEDYCZNEGO W LUBLINIE
MONIKA MIELKO – przygotowanie chóru
 
VLADIMIR KIRADIJEV – dyrygent
IWONA SOCHA – sopran
ANNA LUBAŃSKA – mezzosopran
RAFAŁ BARTMIŃSKI – tenor
PIOTR NOWACKI – bas

Program:

J. S. Bach – III Suita orkiestrowa D-dur BWV 1068 

W. A. Mozart – Requiem d-moll KV 626

szczegóły

Macedonia w obrazkach

Zanim dotarliśmy do słonecznej Macedonii,
pokonując wiele przeszkód takich jak piekielna nuda Małoletnich,
celnicy rodem z oddziału geriatrycznego dla szachistów,
czy choroby lokomocyjne współpasażerów …

… by przewertować na warsztatach kilometry nut,
przestraszyć śmiertelnie na emisjach okoliczną faunę
w postaci ogłupiałych, niczego nie rozumiejących kotów
– kryjących się przed nami w figowcach i najwyraźniej codziennie
mających nadzieję, że to już –
a finalnie wyśpiewać sobie drogę do sławy…

… a w wolnych chwilach leżeć, byczyć się i wałkonić,
oraz zwiedzać, pływać, opalać się, tańczyć do rana w Cuba Libre,
gdzie nad samym jeziorem serwują drinki z niejedną palemką
– mój ulubiony Red Devil palemki nie miał ale i tak był boski –
chodzić na targ po przepyszne owoce i podziwiać piękne widoki…

… spędziliśmy kilka godzin w serbskim mieście Novi Sad
położonym malowniczo nad średnio pięknym i wcale nie modrym,
a raczej w odcieniu sino_brąz_koperek, Dunajem …

… zbierając siły na dalszą podróż, konsumując lody,
popijając obficie oranginę – tak dobrą jak napój mojego dzieciństwa:
Ptyś – nawiązując bliższe i dalsze kontakty z okolicznym ptactwem oraz
– ku uciesze osobistego Potomka – brodząc na bosaka w fontannie.

W Ohrydzie zaś śpiewaliśmy wieczorami na ulicach …

… a za dnia Lokator rwał panny jak młode wiśnie
sprawdzoną metodą na Instruktora Pontoniarstwa …

… tu w korytarzowym treningu "na sucho" objaśnia coś
niezwykle istotnego Ciotce Strzydze.

Młody dał się też poznać jako opiekuńczy starszy kolega,
oprowadzając małego Mikołajka po parku, gdyż jak dowiedli
Bardzo Mądrzy Badacze w trawie cholernie łatwo się zgubić.

Ponadto nad Jeziorem Ochrydzkim można spotkać wiele ciekawych
i sympatycznych osób – tu Pan roboczo i na okoliczność ubogacenia
narracji nazwany Heniutkiem łowi ryby nęcąc je makaronem świderki…

… i zjawisk – tu niezwykle interesująca, trwająca kilka sekund burza,
która zakończyła się niestety zanim zdołałam wydobyć z kieszeni
aparat telefoniczny celem zrobienia "pstry" i uwiecznienia jej
dla ewentualnych potomnych a z pewnością dla czytelników termosu.

Postanowiliśmy też pojechać siedem godzin autokarową serpentyną
pod górę – hip hip niech żyje przygoda i jednorazowe woreczki oraz
Lokomotiv – by w charakterze skwarek podpiec się nieco na helleńskim
ruszcie i zwiedzić greckie niebosiężne klasztory zwane Meteorami.

Może to i tylko dziwaczne klasztory na szczytach niedostępnych gór,
ale było warto. Wprawdzie wraz z koleżanką Gosią musiałyśmy
wyglądać przekomicznie, gdy z naszą trójką dzieci, w tym z Kaliną,
która w wózku jeszcze, pokonywałyśmy pierdyliard
schodów, schodków i stopni …

… ale za to Igor z Mikołajem byli tak mocno zaaferowani
każdym nowym odkryciem – choćby to był nowy kamyk
do kolekcji, którą potem dzierży się w czapce i nie pozwala
mamie dotknąć pod groźbą Marszałka Focha Długotrwałego

że nawet skwar czy uciążliwa podróż były łatwiejsze do
zniesienia. Zwłaszcza jeśli obowiązkową pamiątką z Ellas
okazał się kieszonkowy czerwony samochód terenowy
… made in China oczywiście 😉

Tu droga, tu droga i tam droga (poniżej w celach
porównawczych i dla miłej kompozycji zdjęcie z Macedonii).
W ogóle mam wrażenie, że ciągle gdzieś nas gnało
i ciągle gdzieś chodziliśmy. A najczęściej oczywiście
jak na złość pod górę…

… chociaż oczywiście o wiele bardziej, bo w pełnym wymiarze,
przesrane mieli (i mają) ci mnisi – nie dość, że w drelichowych
kieckach to jeszcze w chodakach. I w upale. Bosko.

Dni mijały szybko i niepostrzeżenie. Stanowczo za szybko.
Żeby to wszstko obejrzeć, wyodpoczywać i nacieszyć się,
trzeba by jeszcze co najmniej tygodnia w bonusie.
Zwłaszcza, że wakacje z wesołą gromadką to nie tylko beztroska
sielanka, ale też krew, pot, łzy i nieustające marudzenie.

Na szczęście Małoletni nie stawiali oporu i usypiali prędko a porządnie,
wobec czego my, Matki Wyrodne, mogłyśmy z czystym sumieniem
pozostawić Troje Śpiących pod opieką Ciotki czy Wujka Chórzysty
i wybrać się na zakupy, spacer czy po prostu skorzystać z błogiej chwili
wytchnienia od małych, lepkich rączek.

Od czasu do czasu trzeba się było trochę polansować na bulwarze.
Chłopaki nie pękali na robocie – Mikołaj postawił na nonszalancję
w stylu grunge a Iggy heavy-metalowiec w koszulce Kiss i czerwonych
okularach wzbudzał prawdziwą furrorę wśród napotkanych turystów.

Najbardziej podobało nam się jednak to, że zostali
prawdziwymi kuplami oraz po przyjacielsku i uroczo
trzymali się za ręce.

Biorąc pod uwagę, że pierwszych kilka spotkań
każdorazowo kończyło się guzami i siniakami,
postęp jest gigantyczny.

I cóż. Tyle. Trzeba było potem się pożegnać z kamienistą plażą,
słońcem na deptaku, soczystymi arbuzami czy melonami,
zapisać w pamięci te wszystkie miejsca i wspomnienia…
i wyruszyć w dłuuugą drogę powrotną, do domu.

Taka to właśnie była Macedonia 🙂

Ha!

Mamy pierwsze miejsce na festiwalu w naszej kategorii i wynik 9,2 punkta w Competitions Concert 🙂

Jeśli wziąć pod uwagę, że Grand Prix dostały absolutnie fenomenalne i profesjonalne kobity ze Słowenii z 9,8 punkta, to naprawdę jest to nasz duży sukces. Super.

A teraz wszyscy klikają na:

http://www.chor.toplista.pl/?we=chorpw1

i głosują na ChAPW… a co 😉

Pocztówka z Macedonii

Dwie doby w podróży autokarem z przystankiem na Serbię z dość ruchliwym
prawie_czterolatkiem to prawdziwy kosmos ale się udało. Stop. Jesteśmy
w Ochrydzie. Stop. Pogoda bajeczna, żarcie parszywe – w odróżnieniu.
Stop. Igor biega szczęśliwy jak dzika świnia w obierkach i prezentuje
charakter żywcem skopiowany z mamusi, czasem zgrzytam, ale ogólnie daję
radę. Stop. Osiagnęłam zen i jestem kwiatem lotosu na tafli jeziora.
Stop. Byliśmy też w Grecji i ogólnie mamy wszyscy wytrzeszcz z
zachwytu. Stop. Warsztaty zakończone, nasz festiwalowy koncert bdb.
Stop. Aktualnie mam na stanie w pokoju jednego malucha z gorączką a
pozostałą dwójkę – w tym Lokatora – pod obserwacją. Stop. Jutro
wyjeżdżamy i raczej nie wyobrażam sobie podróży w takich
okolicznościach przyrody. Stop. Jak zacznę sobie wyobrażać to zwariuję.
Stop. Trzymajcie kciuki. Stop. Z plusów – Młody nauczył się pływać w
kółku i rękawkach a ja zyskałam tryliard nowych piegów. Stop. Wszędzie.
Stop. Więcej po powrocie. Stop. W bonusie fotka wielkiej i ciepłej
wody, do której mamy dokladnie 50 kroków. Stop. Liczyłam. Stop.

Widzę smoka w kuchni

Tydzień przed planowanym, wyczekanym i ciężko wypracowanym urlopem powinnam opracowywać zestawy kolorystyczne palemek w drinkach i ewentualnie machać nóżką. Niedbale ma się rozumieć.

Bądź też – co znacznie bardziej przystające do rzeczywistości – dostawać histerii przemieszanej z euforią na myśl o spakowaniu siebie i Lokatora w jedną, najlepiej niezbyt pokaźnych rozmiarów torbę,  oraz powinnam obmyślać nieskończoną liczbę sposobów zabawienia zdecydowanie żywego czterolatka (prawie) w autokarze, podczas postoju, gdy będzie leżał, siedział, lewitował, nudził się, szalał i twierdził, że on chce coś zupełnie innego. I już.

Najlepiej jednak gdybym na tydzień przed urlopem zawinęła się szczelnie w potrójny rulon folii bąbelkowej, otuliła pierzem i wysłała do fabryki pluszaków. Nie byłoby problemów. Muszę koniecznie zanotować na przyszłość.

Tymczasem skończyło się rumakowanie albowiem w weekend mojego osobistego Potomka wzięłam na ręce po raz ostatni. I niestety nie będzie już, że "Mamo, nóżki mnie bolą". Nie, nie.

Po poniedziałkowej wielogodzinnej sesji na ostrym dyżurze ortopedycznym kiedy to bliska byłam własnoręcznego wyrwania sobie kręgosłupa, oraz po podróżach przy pomocy namalowanej na podłodze niebieskiej linii prowadzącej zbłąkanych w czeluści pracowni rentgenowskiej, otrzymałam gęsto zapisaną zieloną kartę, recepty na Flamexin, Mydocalm Forte i Zaldiar, oraz diagnozę, że prócz mocno sfatygowanego kręgosłupa, o który będę musiała porządnie zadbać zaraz po powrocie, mam naderwane mięśnie i więzadła przykręgosłupowe odcinka lędźwiowego.

Czyli czarownie.

Siedzę sobie więc w pracy z przemiłą żółtą podusią za plecami, poruszam się krokiem wolnym a dystyngowanym, schylając się brawurowo wręcz odgrywam Robocopa skrzyżowanego z rycerzem w lśniącej zbroi, na którego właśnie ktoś wylał wiadro krochmalu a na myśl o wyjeździe z Dzieckiem, bagażem i sobą w wersji paralityk mam wytrzeszcz i szczękościsk. Znaczy mam wściekliznę i czeka mnie seria bolesnych zastrzyków w brzuch.

Na szczęście po zażyciu tabletek szczęścia trzy razy dziennie widzę smoka w kuchni a wszystko jest różowe, puchate i z frędzelkami.