Inne priorytety

Dziś bawimy się w berka pod zraszaczem do trawy. Na bosaka i brudni po czubeczki. A Lena spokojnie przeżuwa kolejne źdźbła, najwyraźniej w poważaniu mając wszystkie groźne motylice wątrobowe i inne żyjątka. Dobrze, że żadna z Babć tego nie widzi. Miałabym litanię alfabetycznie i do wieczora.

Za arbuza przed śniadaniem.
Za śniadanie w południe.
Za truskawki na obiad.
Za ognisko na kolację.

Uwielbiam być nieodpowiedzialnym rodzicem.

Może i moje dzieci nie zapamiętają dwudaniowych obiadów z deserem na pięknej zastawie. Ale wolałabym, by zapamiętały wspólne zabawy, że było nam razem super i śmialiśmy się aż do czkawki.

Lato w mieście

Po czym można poznać długi weekend?

A na przykład po tym, że jadę do pracy przez opustoszałe miasto. Na luzaku, zero korków, pojedyncze jednostki spacerują po bułki do sklepu. Jest jeszcze cudownie rześko, mam do wyboru większość miejsc siedzących w każdym środku komunikacji i nawet lekutko nieprzytomny Pan, chwiejnie podążający w bliżej nieokreślonym kierunku, jest skonsternowany nagłą rozległością przestrzeni.

Cały pierdyliard ludzi oddaje do atmosfery dwutlenek węgla gdzie indziej. Albo dogorywa po wczorajszych grillach.

Podróżowanie w tych okolicznościach wybitnie uspokaja. Nawet cel nie wydaje się taki zły. W domu mam wszak sześcioro dzieci – siostra przywiozła swoją trójkę i oddalili się z mężem na wycieczkę. Rozumiecie zatem sami, że pracujący piątek to dla mnie wizja ośmiu godzin względnej ciszy i spokoju. Oraz gorącej kawy.

Specjalny przekaz dla siostry.

Dzieci całe, zdrowe, względnie czyste, bardzo najedzone, szaleją na hamaku, huśtawkach, kocu, rowerach, hulajnogach i wszędzie indziej. Twierdzą, że nie mają okazji zatęsknić, bo co chwilę dzwonisz i pytasz „jak tam?” i „czy są wysmarowane kremem z filtrem?” 😉 Otóż gdzieś pod warstwą roboczo zwaną przeze mnie Ochronnym Płaszczem Zabawy Na Podwórku (czyt. brudu) z pewnością jest krem z filtrem. Całusy.

Specjalizacja alternatywa

Poranek badań kontrolnych.

Krążę z planem wizyt, który to dostałam na wstępie, po gabinetach i ćwiczę cierpliwość w kolejnych ogonkach.

W gabinecie nr 4 rozmowa z okazaniem, w gabinecie nr 9 pobranie krwi, następnie małe tete a tete w gabinecie nr 5 oraz sprint po świstek z szóstki. Nareszcie można udać się do rejestracji celem pobrania zaświadczenia i wyjść wprost w cudowny letni, pachnący akacjami dzień.

Miła Pani w rejestracji dziwi się:
– A ciśnienie? Jeszcze ciśnienia Pani nie ma!

I zanim zdążę zaprotestować, że owszem ciśnienie niskie, bo w perspektywie gabinetu zabiegowego odczuwam dojmujący brak kofeiny w krwiobiegu, ale jak najbardziej obecne, już mam w dłoni kolejny papier i zostaję oddelegowana z powrotem do lekarza.

Pod czwórką tłumek, piątka wolna – pukam, wchodzę.

– Jeszcze ciśnienia mi Pan nie zmierzył – wyjaśniam zamiast dzień dobry, bo już się wszak dziś witaliśmy.
– A powinienem? – dziwi się uprzejmie Pan Doktor.
– Według Pani z rejestracji jak najbardziej – oznajmiam i wystawiam rękę.

Pan Doktor posłusznie mierzy mi ciśnienie, wpisuje wynik do karty i z szerokim uśmiechem życzy mi miłego dnia. Też mu życzę, bo niby czemu ma mieć gorszy. Fajny z niego gość i wygląda na szczerze rozbawionego, a to rzadkie zjawisko na tej szerokości geograficznej.

Miła Pani w rejestracji uświadamia mnie, że oto ciśnienie zmierzył mi lekarz okulista. Ale prawidłowo. Czyli jak mu nie wyjdzie z oczami, może dorobić na internie.

Brawo ja.

Wzmocnienia pozytywne mają moc

Jechałam rano autobusem linii 517, którego kierowca bardzo pozytywnie odróżniał się od kolegów po fachu.

Poczekał na staruszkę, wyszedł z kanciapy i ogłosił, że nie pojedzie, dopóki dla młodej dziewczyny w ciąży nie znajdzie się miejsce siedzące, a do tego – na deser najlepsze – mówił „do zobaczenia” pasażerom wysiadającym przednimi drzwiami.

Po zakończonej podróży zadzwoniłam do ZTM, podałam godzinę oraz numer boczny i poprosiłam o odnotowanie pochwały i podziękowania za tak przyjemną podróż.

Pani z infolinii szczerze zdumiona wyznała, że to pierwsza pochwała odkąd tam pracuje (dwa lata) i że Pan Kierowca ma dzięki mnie szansę na premię.

Super!
Nagradzajmy i chwalmy takie zachowania, proszę.

Jeden telefon a od razu gdzieś komuś robi się milej i cieplej 🙂

Dzień Dziecka

Mam świetną trójkę. Wynosiłam, urodziłam, wykarmiłam i wychowuję, usilnie starając się nie zepsuć tego, co jest super.

Kocham i szanuję. Wkurzają mnie tysiąc razy na dobę, często mam ochotę wywieźć ich daleko i porzucić na pastwę losu, albo wybiec z krzykiem i wrócić kilka lat później, po gitarę. Ale pójdę za nimi w ogień, bez wahania. Każde moje dziecko jest spełnieniem moich marzeń. Widzę w nich morze miłości, zachwyt nad światem, ciekawość wszystkiego i samą siebie sprzed lat. Potrójny rollercoaster bez trzymanki. Ale warto.

Wszystkiego cudownego kochani!

A na deser – Bajka przedszkolna

image

Sernik z truskawkami, bdb

Znajomi z internetu są super. A jeszcze lepsi się stają, gdy już się ich pozna 🙂 Na trudne poranki nie ma jak kawa i ciastko z Cashew. Dwie godziny minęły jak kwadrans. I nikt nie wolał „Mamoo, a On mi zabrał/powiedział/zrobił…” Pełen luksus.

W drodze powrotnej szyld „wybijanie nieśmiertelników”. Uff. Jestem bezpieczna. Bycie zwykłym śmiertelnikiem w pewnych kręgach ma mnóstwo zalet.

Motyw żółtego sera w zabytkach Warszawy

Janek był na wycieczce w Wilanowie. Wrócił z pamiątkową książką i rumieńcem. Uśmiecha się zagadkowo.

– Podobało Ci się w Wilanowie? – pytam.
– Tak – odpowiada Jan Lakoniczny.
– A co Ci się najbardziej podobało?  Pałac, ogród, czy może coś innego? – dopytuję z zainteresowaniem.
– Kanapka – wyznaje Jan po namyśle.
– Co takiego? – pytam, odtwarzając w pamięci wyposażenie meblowe pałacu i usiłując coś dopasować.
– No kanapka z żółtym serem – doprecyzowuje Jan Uprzejmy.
– Ach, dostaliście poczęstunek – zauważam przytomnie – Jak miło.
– Nie. Pani Babcia z szatni w pałacu jadła. I spytałem, czy ma też dla mnie – uściśla ze spokojem grabarza Jan Żarłoczny, dla którego odebranie Starszej Pani od ust posiłku, to betka.

Tu nastąpiła chwila zaskoczenia i tłumienie chichotu. Po chwili.

– Ale nie martw się, Mamo. Grzecznie zapytałem i podziękowałem – oznajmia Jan z Savoir-vivrem we krwi.

Ąę i kurtyna.

Dzień Wszystkich Mam

Na Dzień Matki po deszczowym, szaroburym dniu dostałam mnóstwo słońca w uśmiechach i prezenty od serca, własnoręcznie wykonane przez małych artystów, z którymi szczęście mieszkać, a niekiedy również sypiać. Obiecuję przez chwilę nie narzekać na małe zimne stópki i podbieranie kołdry. Fajnie być Mamą. Potrójnie 🙂

image

image

image

image

Wzrusz oraz budyń naturalnie

Sporty ekstremalne w weekend

Dziś triathlon: jeżdżę na szmacie, gotuję, ganiam z i za dziećmi. Konkurencja dodatkowa: jeździectwo. Z elementami akrobatyki. Pieczenie chleba z uwieszoną nogawki Córką i wzywającym mnie co chwilę z toalety Synem Młodszym.

A już strzałem w dziesiątkę były zakupy z całą trójką.

Ten moment, gdy już witasz się z gąską i układasz na taśmie ostatni produkt, a na trzy-cztery jedno chce siku, drugie pić a trzecie po prostu zmienia kolor.

I masz dokładnie pięć sekund na dotarcie do toalety oraz postanawiasz zignorować kolejkowy pluton egzekucyjny, który powita Cię po powrocie.

Życie to sztuka wyboru.

Teraz usiądę i zjem lody. A potem do końca weekendu planuję zajmować się wyłącznie trawieniem.