Człowiek to twardy jest. Jak głaz. Wyrobił sobie z życiem i jego wybojami taki pancerzyk chitynowy, co to go kurde nawet kwas solny nie strawi. Twarda z niego sztuka. Czasem tak twarda, że sam sobie w to nie wierzy. Problemy znikną i całe homo sapiens też dawno się przetworzą na ponadczasowy kompost a pancerzyki zostaną. I cała ta pieprzona twardość na pokaz. Bo to tylko taka fasada. Otynkujemy front kamienicy, żeby ładnie było autkiem pod oknami przejeżdżać a w bramie i tak jak śmierdziało szczynami tak śmierdzieć będzie. I z gzymsów gołębie na czapki będą srać jak złoto. Norma.
Twardzi jesteśmy i nieugięci. Tylko czasem nas te pancerzyki w plecy uwierają i perseweratywność się włącza. Znaczy samoupierdliwość – jak się dziury w całym znaleźć nie da to wywiercimy. Bo my ludzie uwielbiamy skrajności. Albo robimy sobie żelazne jaja co po nich sam Rudy przejechać może z kolegami i w wydmuszki się nie zmienią. Albo dołujemy się sami, tak dla sportu chyba i po to by nas inni popocieszali, po główkach głaskali i mówili, że wszystko będzie dobrze. Każdy czasem tego potrzebuje. Tylko żeby to jeszcze do czegoś prowadziło poza takim miłym przyzwyczajeniem, że nie musimy się starać bo zawsze znajdą się czyjeś pomocne dłonie. Tylko, że te dłonie szanować trzeba bo jak ich nie będzie to zostaną nam tylko odciski. Tylko, że bardzo często przy tym jesteśmy właśnie tacy strasznie sztuczni i przykrzy dla otoczenia – jak koty z jednej strony przyciągamy jednymi łapami a drugimi odpychamy.
Chcemy być z kimś i nie chcemy jednocześnie, chcemy by nas pocieszano ale żeby nam mówiono jacy jesteśmy silni i że nic nas nie złamie, chcemy drugiego człowieka a jednak wolności i samotności. Twardy człek jest. I trafić za nim ciężko. Jak przychodzimy i chcemy pomóc to źle bo pomocy nie potrzeba, jak nie przychodzimy – buczy bo sam został. Jak jesteśmy to nas nie widzi, nie dostrzega, ma w szanownej w poważaniu – jak znikamy – też źle bo akurat teraz chciał pobyć z nami. Jesteś to jesteś, nie to nie – i tak zawsze będę mieć pretensję. Może dlatego łatwiej mi z moją własną schizofrenią… i ze zwierzętami? One przynajmniej jednolicie i jasno komunikują otoczeniu o co do licha chodzi. Nie wysyłają w przestrzeń sprzecznych informacji typu ‚bądź.. ale w zasadzie to niech cię nie będzie’.
Bo ja za prosta jestem a inni zbyt skomplikowani chyba. Tak tylko patrzę i obserwuję i takie mi się właśnie wnioski nasuwają same. Nawet nie proszę by przyszły. Rozgościły się same. I dobrze. Życie mnie nauczyło, że jak czegoś chcę, oczekuję, o czymś myślę, to muszę to prosto i jasno zakomunikować. Najlepiej w zwięzłej i wyrazistej formie żeby czasem opatrznie nie być pojętym. I very kurka siwa gut. Nikt nie siedzi w mojej głowie i nie domyśli się o co mi do jasnej niecierpliwej teraz chodzi. I nie mam prawa wymagać tego od nikogo. Jasnowidze każą sobie płacić za wizyty a ja nawet nie mam szklanej kuli. Czasem tylko mam oczy szklane. Wieczorami najczęściej. W dzień łatwiej jakoś pod tę górkę. Po zmroku latarnie za często gasną. Ale zawsze trzeba mówić czego się oczekuje. W przeciwnym wypadku nie bądźmy rozżaleni i źli, że ktoś się nie dokopał w naszym astralu w czom dzieło i tego właśnie nie zrobił.
Może dlatego nie bardzo rozumiem ludzi, którzy słowem nie pisną, okiem nie mrugną by się nie zdradzić zza tego pancerza ale mają potem pretensję żeśmy się nie domyślili o co im szło. Przecież powinniśmy znać ich na tyle by… bla bla bla. A gówno. Poznajemy się przez całe życie i nigdy go nie starcza by poznać się choć w 1/32. Niestety. Lajf is brutal full of zasadzkas i boleśnie kopas w dupas i jeśli nie powiemy ‚Przytul mnie Kaziu’, Kazio prędzej błękitne buraki kaskadowe w ciąży mnogiej urodzi, wychowa i do szkół pośle niż przytuli. Ale tego oczywiście nikt nie wie bo myśmy zawsze nietutejsi. Z Saturna na wycieczkę przyjechaliśmy i jeszcze nas na stację Dojrzałość Emocjonalna nie zaniosło. Taryfy nie było, fundusz wyszedł, dziura ozonowa nas pochłonęła. Szlus.
Człowieka ciężko jest zranić. Obcego. Jak kto bliski to łatwo. Nawet się starać nie trzeba specjalnie bo to samo przy okazji wychodzi. Uniknąć się nie da. Nie sposób omijać wszystkie rafy nawet gdy znamy świetnie ich umiejscowienie. Ale jedno możemy. Nie mieć pretensji. O tak. Bo my bardzo często sami zranimy i potem jeszcze mamy pretensje i żale. Proste to niestety jak drut zbrojeniowy. Ranimy bliską osobę, widzimy, że jej źle jak diabli, poczucie winy robi nam się jak Petronas Tower w Kualalumpur i czujemy się gorzej niż radioaktywne odpady, wścieka mamy na samych siebie ale, że na samego siebie to człek wkurwa łapać niezwykły (albo przyznać się do tego) to wyżywamy się na innych, najczęściej na bliskich osobach bo wiemy, że nas nie zostawią i nie odejdą, najbliżej znów jest ta osoba, którą dopiero co zraniliśmy i kółko graniaste się zamyka.
W efekcie nie dość, że komuś dopierdalamy mocniej niż jest w stanie wytrzymać to jeszcze mamy do niego o to pretensje. Chore? Nie, całkiem normalne ponoć. Mechanizmy obronne nasza psychika ma wyjątkowo egocentryczne – tak została skonstruowana i tego nie zmienimy – w końcu jest nasza i o nas jej chodzi. Ale można nad tym pracować. Nawet trzeba. Tyle jesteśmy warci ile nas sprawdzono. A jeśli nie ma komu sprawdzajmy się sami. Bo najprościej jest powiedzieć ‚A tam, precel na to kładę’ i pójść dalej z nienaruszonym i wiecznym chitynowym pancerzykiem. najtrudniej poszukać winy… w sobie.
Nie można dowalać komuś kogo właśnie przed momentem sami przewróciliśmy, że tarasuje nam drogę przez świat i że nas ogranicza. Jeśli nie chcemu podać mu ręki i pomóc wstać pozwólmy przynajmniej by sam zdążył się podnieść zanim dostanie od nas kolejnego kopa.