A dzisiaj zrobiłam klasyczny numer z kluczami. Czyli zatrzasnęłam je w domu. Całkiem fachowo.
Rano wstałam jak nieprzytomna zmora bo w okolicach czwartej Obywatel Piszczyk zrobił radosną pobudkę pod tytułem ‚mamo, bo mnie się nudzi, pobaw się ze mną w samolot’. Usypianie potrwało do piątej z minutami. Reszta nocy cudownie i rozpustnie moja. Znaczy godzina cała. I tak zwlokłam się z tego łóżka na wpół śpiąc, głodnych nakarmiłam, spragnionych napoiłam (jedno i drugie występuje co prawda w jednej osobie za to tak żwawej ostatnimi czasy, że mam pewne wątpliwości czy się czasem owa osoba nie rozmnaża przez pączkowanie), wyszykowałam się do pracy a Młodego do żłobka (miejsca, gdzie z dzieci robi sie parówki jakby kto zapomniał). Dalej standardowo zniosłam wózek na parter, klucze dierżąc w dłoni, gdzie pozostawiłam go na pastwę listowej skrzynki i drzwi od piwnicy, a potem wróciłam po Należną Wózkowi Zawartość, która łypała już na mnie złowieszczo, bo śmiałam wcześniej nałożyć Zawartości na łysawą glacę czapkę. Czapek jak wiadomo owa Zawartość Należna nie znosi i potrafi to oznajmiać głośno, dobitnie i bez zbędnej krępacji. Udało sie też przywdziać niepostrzeżenie płaszczyk i zaokrętować się w plecak… a na dole dopiero zorientować się z wrodzoną bystrością, że coś nie gra. Klucze zostały w przedpokoju na podłodze. Gdzieś pomiędzy ‚Nowymi przygodami Mikołajka’ a lokatorską skarpetą lewą ‚z wczoraj’. A drzwi moje mają tę cudowną właściwość, że są samozatrzaskujące się i otworzyć je można only kluczem. Który nota bene właśnie tkwi za nimi. Oszfak no! Dobrze, że zdążyłam zabrać dziecko. I jeszcze lepiej, że dzisiaj Młodego ze żłobka odbiera Dziadek Zdzich. Najlepiej ze wszystkiego zaś, że Dziadek Zdzich posiada własny komplet kluczy. W przeciwnym wypadku byłoby niezbyt wesoło. Przynajmniej do czasu sprowadzenia Zdzicha. A to mogłoby potrwać.
Porzuciwszy sprawę nieszczęsnych kluczy tkwiących spokojnie w zamkniętym mieszkaniu i klnąwszy pod nosem jak szewc (ale po cichu bo młodzież się uczy), starabaniłam wózek na podwórze i ruszyłam do przybytku Cioć Etatowych i Wielkiej Kierownicy, plus pomniejszego kojca zabawek i dzieci.
Tu wtrącę tylko, że w weekend co to był i się skończył trzy dni temu przywieźliśmy z Pablosem z Mamutowa drugi wózek na podmiankę z Żółto-Niebieską Strzałą, która okazała się być już nieco przyciężką dla wychudłej mnie sztuk raz mieszkającej na wysokim pięterku. Nowa Strzała jest bordowo-beżowa (cokolwiek to znaczy) i jest spacerówką niewiele lżejszą od poprzedniczki ale dobre i tyle. Dotychczasowa corveta posłuży Lokatorowi za karocę w Rembridge gdzie są piękne lasy i pagórki i terenówka będzie tam jak znalazł. Poza tym będzie Mu też łóżkiem na czas mojego majowego wyjazdu z chórem na festiwal do Wejherowa. No, wtrąciłam to wracam.
Ruszyłam więc tym wózkiem czym prędzej by rozkosznym kurcgalopkiem w pięć minut dotrzeć do celu ale po drodze cholera mnie zjadła i wypluła. Parę razy. Bo otóż okazało się, że Strzała Part Tu ma jedną nóżkę bardziej. Znaczy koło. Znaczy skręca a nawet skręcowywuje. Wew prawo. Mnie też coś przy tym skręciło ale nie to samo i nie w prawo. Raczej do środka.
Dotychczas Młodego nosiłam do żłobka w nosidle ale z uwagi na dziadkowanie dzisiejszego popołudnia postanowiłam skorzystać z tego wspaniałego czterokołowca. Zdzichowi miało być łatwiej bo gdzie on z tym nosidłem i w ogóle a tak to kurde będzie nie tyle łatwiej co śmieszniej. Ale nic to. Jak się prowadzi, żeby wózek jechał tak jak biegnie koślawy kundelek pod górkę, to tor jest w miarę prosty. Wygląda to co prawda nieco dziwacznie ale kto by się tam przejmował drobiazgami.
Ja się ostatnio przejmuję tym, że Igor wygląda jak ofiara przemocy w rodzinie. Tak. Bo nie obcięłam Mu szponów na czas. Czyli nie jak zwykle co trzy dni, tylko czwartego jakoś. I nie zdążyłam no. Rozdrapał sobie czoło. A że czoło ma, z uwagi na nikłość uwłosienia, dość pokaźne, pole do popisu miał ogromne. Albo tym się przejmuję – tym razem pozytywnie – że siada sobie jak Go za łapę trzymać i cieszy dzioba i szykuje się co by lada moment zacząć raczkować. I tu się zaczną schody moi państwo. Bo jak mi już Dzieć raczkować zacznie to przestaną istnieć ‚bezpieczne’ miejsca w moim domu. Nastanie era chaosu i małych rączek i się ślinienia. Bo ślini się Pan Bączysław ogromnie. Ale tak na serio serio to bardzo się cieszę, że mi Młody rośnie, zdrowy jest i się tak bosko uśmiecha oldetajm praktycznie. Nawet przez sen. W takich chwilach bardzo fajnie jest być mamą 🙂
W innych nieco trudniej chyba. Ale niewątpliwie ma to swoje uroki. Bo otóż przed żłobkiem jest przedszkole. Zawsze jak idę w te lub wewte to je mijam. Czasem mijam przy okazji inne mamy czy tatusiów prowadzących swoje pociechy do innych Etatowych Cioć. Dziś na ten przykład mijałam Panią W Czerwieni, która prowadziła za rękę uroczego chłopca, lat na oko prawie 6. A raczej chłopiec prowadził ją a ona starała się za nim nadążyć. Zatrzymaliśmy się wszyscy na przejściu dla pieszych i oto co dobiegło moich uszu:
– Czy wiesz mamo, że Pippi Lansztrup jest gejem?
Pani W czerwieni zachłysnęła się rześkim wiosennym powietrzem, zrobiła się jeszcze bardziej W Czerwieni, zerknęła niepewnie na mnie i wózek, potem na urocze swe dziecię i wydukała:
– Jjjak to??
– Normalnie. Wiesz, bo wczoraj gadaliśmy o tych no… seksach.
Pani W Czerwieni spurpurowiała.
– O SEKSACH??!!
– Nooo. Znaczy o tych co ich jest mniej.
– O mniejszościach seksualnych – podpowiedziałam a mama chłopca wypaliła mi wzrokiem dziurę w hipokampie gdzieś na tyłach czaszki.
– No właśnie. – ucieszył się chłopiec – I pani mówiła jeszcze, że nie można się wyśmiewać z nich ani wogle nic.
– A najlepiej w ogóle trzymać się od nich z daleka – poinstruowała syna Pani W Czerwieni – I to pani wam tak powiedziała o Pippi?
– Nie, Maciek.
– Aha…
– Tylko, że on potem powiedział, że ona nie była gejem tylko tym no… zoogejem. Bo spała w jednym łóżku z koniem.
Ostrzegawcze łypnięcie Lejdi Purpury powtrzymało mnie przed podpowiedzią. Za to przed nagłym rechotem nie powtrzymała mnie nawet zmiana świateł.
😉



