Czy Pippi Langstrumpf była gejem?

A dzisiaj zrobiłam klasyczny numer z kluczami. Czyli zatrzasnęłam je w domu. Całkiem fachowo.

Rano wstałam jak nieprzytomna zmora bo w okolicach czwartej Obywatel Piszczyk zrobił radosną pobudkę pod tytułem ‚mamo, bo mnie się nudzi, pobaw się ze mną w samolot’. Usypianie potrwało do piątej z minutami. Reszta nocy cudownie i rozpustnie moja. Znaczy godzina cała. I tak zwlokłam się z tego łóżka na wpół śpiąc, głodnych nakarmiłam, spragnionych napoiłam (jedno i drugie występuje co prawda w jednej osobie za to tak żwawej ostatnimi czasy, że mam pewne wątpliwości czy się czasem owa osoba nie rozmnaża przez pączkowanie), wyszykowałam się do pracy a Młodego do żłobka (miejsca, gdzie z dzieci robi sie parówki jakby kto zapomniał). Dalej standardowo zniosłam wózek na parter, klucze dierżąc w dłoni, gdzie pozostawiłam go na pastwę listowej skrzynki i drzwi od piwnicy, a potem wróciłam po Należną Wózkowi Zawartość, która łypała już na mnie złowieszczo, bo śmiałam wcześniej nałożyć Zawartości na łysawą glacę czapkę. Czapek jak wiadomo owa Zawartość Należna nie znosi i potrafi to oznajmiać głośno, dobitnie i bez zbędnej krępacji. Udało sie też przywdziać niepostrzeżenie płaszczyk i zaokrętować się w plecak… a na dole dopiero zorientować się z wrodzoną bystrością, że coś nie gra. Klucze zostały w przedpokoju na podłodze. Gdzieś pomiędzy ‚Nowymi przygodami Mikołajka’ a lokatorską skarpetą lewą ‚z wczoraj’. A drzwi moje mają tę cudowną właściwość, że są samozatrzaskujące się i otworzyć je można only kluczem. Który nota bene właśnie tkwi za nimi. Oszfak no! Dobrze, że zdążyłam zabrać dziecko. I jeszcze lepiej, że dzisiaj Młodego ze żłobka odbiera Dziadek Zdzich. Najlepiej ze wszystkiego zaś, że Dziadek Zdzich posiada własny komplet kluczy. W przeciwnym wypadku byłoby niezbyt wesoło. Przynajmniej do czasu sprowadzenia Zdzicha. A to mogłoby potrwać.

Porzuciwszy sprawę nieszczęsnych kluczy tkwiących spokojnie w zamkniętym mieszkaniu i klnąwszy pod nosem jak szewc (ale po cichu bo młodzież się uczy), starabaniłam wózek na podwórze i ruszyłam do przybytku Cioć Etatowych i Wielkiej Kierownicy, plus pomniejszego kojca zabawek i dzieci.

Tu wtrącę tylko, że w weekend co to był i się skończył trzy dni temu przywieźliśmy z Pablosem z Mamutowa drugi wózek na podmiankę z Żółto-Niebieską Strzałą, która okazała się być już nieco przyciężką dla wychudłej mnie sztuk raz mieszkającej na wysokim pięterku. Nowa Strzała jest bordowo-beżowa (cokolwiek to znaczy) i jest spacerówką niewiele lżejszą od poprzedniczki ale dobre i tyle. Dotychczasowa corveta posłuży Lokatorowi za karocę w Rembridge gdzie są piękne lasy i pagórki i terenówka będzie tam jak znalazł. Poza tym będzie Mu też łóżkiem na czas mojego majowego wyjazdu z chórem na festiwal do Wejherowa. No, wtrąciłam to wracam.

Ruszyłam więc tym wózkiem czym prędzej by rozkosznym kurcgalopkiem w pięć minut dotrzeć do celu ale po drodze cholera mnie zjadła i wypluła. Parę razy. Bo otóż okazało się, że Strzała Part Tu ma jedną nóżkę bardziej. Znaczy koło. Znaczy skręca a nawet skręcowywuje. Wew prawo. Mnie też coś przy tym skręciło ale nie to samo i nie w prawo. Raczej do środka.
Dotychczas Młodego nosiłam do żłobka w nosidle ale z uwagi na dziadkowanie dzisiejszego popołudnia postanowiłam skorzystać z tego wspaniałego czterokołowca. Zdzichowi miało być łatwiej bo gdzie on z tym nosidłem i w ogóle a tak to kurde będzie nie tyle łatwiej co śmieszniej. Ale nic to. Jak się prowadzi, żeby wózek jechał tak jak biegnie koślawy kundelek pod górkę, to tor jest w miarę prosty. Wygląda to co prawda nieco dziwacznie ale kto by się tam przejmował drobiazgami.

Ja się ostatnio przejmuję tym, że Igor wygląda jak ofiara przemocy w rodzinie. Tak. Bo nie obcięłam Mu szponów na czas. Czyli nie jak zwykle co trzy dni, tylko czwartego jakoś. I nie zdążyłam no. Rozdrapał sobie czoło. A że czoło ma, z uwagi na nikłość uwłosienia, dość pokaźne, pole do popisu miał ogromne. Albo tym się przejmuję – tym razem pozytywnie – że siada sobie jak Go za łapę trzymać i cieszy dzioba i szykuje się co by lada moment zacząć raczkować. I tu się zaczną schody moi państwo. Bo jak mi już Dzieć raczkować zacznie to przestaną istnieć ‚bezpieczne’ miejsca w moim domu. Nastanie era chaosu i małych rączek i się ślinienia. Bo ślini się Pan Bączysław ogromnie. Ale tak na serio serio to bardzo się cieszę, że mi Młody rośnie, zdrowy jest i się tak bosko uśmiecha oldetajm praktycznie. Nawet przez sen. W takich chwilach bardzo fajnie jest być mamą 🙂

W innych nieco trudniej chyba. Ale niewątpliwie ma to swoje uroki. Bo otóż przed żłobkiem jest przedszkole. Zawsze jak idę w te lub wewte to je mijam. Czasem mijam przy okazji inne mamy czy tatusiów prowadzących swoje pociechy do innych Etatowych Cioć. Dziś na ten przykład mijałam Panią W Czerwieni, która prowadziła za rękę uroczego chłopca, lat na oko prawie 6. A raczej chłopiec prowadził ją a ona starała się za nim nadążyć. Zatrzymaliśmy się wszyscy na przejściu dla pieszych i oto co dobiegło moich uszu:

– Czy wiesz mamo, że Pippi Lansztrup jest gejem?

Pani W czerwieni zachłysnęła się rześkim wiosennym powietrzem, zrobiła się jeszcze bardziej W Czerwieni, zerknęła niepewnie na mnie i wózek, potem na urocze swe dziecię i wydukała:

– Jjjak to??
– Normalnie. Wiesz, bo wczoraj gadaliśmy o tych no… seksach.

Pani W Czerwieni spurpurowiała.

– O SEKSACH??!!
– Nooo. Znaczy o tych co ich jest mniej.

– O mniejszościach seksualnych – podpowiedziałam a mama chłopca wypaliła mi wzrokiem dziurę w hipokampie gdzieś na tyłach czaszki.

– No właśnie. – ucieszył się chłopiec – I pani mówiła jeszcze, że nie można się wyśmiewać z nich ani wogle nic.
– A najlepiej w ogóle trzymać się od nich z daleka – poinstruowała syna Pani W Czerwieni – I to pani wam tak powiedziała o Pippi?
– Nie, Maciek.
– Aha…
– Tylko, że on potem powiedział, że ona nie była gejem tylko tym no… zoogejem. Bo spała w jednym łóżku z koniem.

Ostrzegawcze łypnięcie Lejdi Purpury powtrzymało mnie przed podpowiedzią. Za to przed nagłym rechotem nie powtrzymała mnie nawet zmiana świateł.

😉

Stalowa lowa

Normalnie wiosna jak w mordę strzelił!
Słońce świeci, tramwaje zaczynają podśmiardywać jak zawsze gdy ludzie wywalają pachy luksusowe na wierzch w ilościach hurtowych, jakieś parki czają się w obściskach za wiatą przystanku i straszą mlaskaniem bogobojne staruszki. Sodomia z Gomorią reaktywejted. Wszyscy kochają słońce i się wzajemnie. Niektórzy nawet dosłownie. Pani, na ten przykład, w mieszkaniu naprzeciwno potrafi wejść na wysokie ce nawet o trzeciej w nocy. I to przy otwartym oknie – widać przeciąg jej nie straszny. A potem jeszcze o trzeciej trzydzieści. Ech, niektórzy to mają życie 😉

Wszędzie panuje rozpasanie i ogólna degrengolada z pianką na górnej wardze. Nery tlenionych nastolatek znów odkryte (mimo miejscowego posinienia bo wietrzyk jednak potrafi jeszcze co nieco schłodzić), biodrówki (co to miały być już niemodne ale widać nie wszyscy się podporządkowują jedynym słusznym normom Cosmo) opuszczone do pół szynki, stringi podciągnięte do pasa, plastik, fantastik, Meksyk na kółkach. Jednym słowem standard. Albo standardzik – dla słabszych. Nawet Bajka wystawia swoje odnóża na wierzch i pastwę opinii publicznej. Taka skubana jest.

Założyłam SE kieckę z sekond hendu (kiedyś to się mówiło z lumpeksu ale teraz w dobie mody wintadż i oldskulu określenie lumpeksu lumpeksem jest bardzo passe, bardzo), taką pomarańczową z czerwonym i czarnym, w maziaje i inne kółeczka. Krótka jest diabelnie ale co tam – raz się szaleje. Do tego mam rajtki i długie glany. I płaszczyk skórzany. I w ogóle nie czuję jak rymuję. Czuję za to powiew luksusu, kobiecości i wiosny we włosach. Chcecie bajki? Oto Bajka. Voila!

Dziś mówię światu uśmiechnięte ‚dzień dobry’ i w dupie mam malkontentów. O ile oczywiście się tam wszyscy zmieszczą.

Z Młodym w nosidle wyglądałam na pewno przeuroczo bo jakiś zabłąkany student przystankowy aż wstał jak mnie zobaczył. To nic, że reszta ławeczki była pusta bo poza nim nikt na niej nie siedział. Po chwili oczywiście zorientował się w sytuacji i usiadł z powrotem, kryjąc rumieniec pod długimi piórami, ale i tak zrobiło mi się miło. Chyba, że powinnam zacząć się martwić, że się starzeję skoro mi już miejsca ustępują piękni dwudziestoletni. Ale martwić się nie będę. Wolę wierzyć w to co chcę. W żłobku za to o siódmej piętnaście pewien tatuś, oddawszy Syna swego w dobre ręce Ciotki Etatowej, wymienił ze mną kilka słów i zaproponował podwiezienie na Bemowo jeśli mi pasuje bo on akurat w tamtą stronę… Nie pasowało ale podziękowałam uprzejmie. Hmmm. Normalnie epidemia jakaś 😉

Poinformowałam Panią Kierownicę, że zaszczepiłam moją osobistą młodzież co by wuzetwu_typu_be się jej nie imało. I że dziadkowie, z okazji szóstego miesiąca wzmiankowanej młodzieży, uciułali i zasponsorowali jej też szczepienie przeciw pneumokokom. I dobrze bo sama bym w życiu nie dała rady wybulić dziewięciu stów na szczepionkę (trzy dawki, a każda po 326 złotych, bagatelka) ale i tak byłam wzruszona prezentem. Zwłaszcza po tym nieszczęsnym szpitalu się przyda. Pani Kierownica przywdziała swój uśmiech Giocondy po liftingu i zanotowała w kajeciku stosowne znaczki. Mam nadzieję, że nie przyjdzie jej do głowy, że stałam się nagle majętna i da dziecko me ukochane porywaczom dla okupu. By się ździebko przeliczyła.

Tak w ogóle to Wrzaskun dostał jeszcze od Dochtora Królika (królika, bo tak śmiesznie rusza nosem) skierowanie do alergologa i kardiologa (szmery, szmery, ech) i całą baterię recept na mleko bez mleka. Muszę wygrać w totka. Pilnie. Alergolog chciał umówić nas na… grudzień ale po mojej stanowczej sugestii co o tym myślę i gdzie konkretnie to mam stanęło na dwunastym czerwca. Do kardiologa boję się dzwonić. Rok 2056 czy 2057? Który pani bardziej pasuje?

W pracy mnie już na wejściu poraziło. Poraziło mnie strasznie i długo trzymało w niewygodnej pozycji przykurczu wewnątrzgałkowego zanim się nie zorientowałam co jest grane. UMYLI NAM OKNA!! Kurka siwa. Normalnie święto narodowe powinny odpowiednie władze ogłosić z tej okazji. Odkąd się tu sprowadziliśmy w zeszłym roku nawet nie do końca byłam świadoma, że mamy okna. Takie były szare jak stara kapota pana Józka. I mocno nieprzezierne. A tu proszę, okazuje się, że nie dość, że mamy czym wyglądać to jeszcze widok jest na całkiem ładną kamienicę na ulicy Kruczej. Hurra! To taki jest ten świat.

W firmie szaleją plotki. Wiadomo – wiosna. W zeszłym roku pamiętam jaka była konsterna jak do kadr dostarczyłam zaświadczenie o czternastym tygodniu ciąży. Wszyscy byli przekonani, że mam inne preferencje bo przecież ‚taki kawał czasu sama, więc skąd to dziecko?’. Odpowiadałam, że kupiłam w sklepie ze śmiesznymi rzeczami. Albo na wyprzedaży w supermarkecie. Teraz się też zaczęło. Magiel na Mokotowie normalnie. Ten z tamtą a ta z tym, a ta to w ogóle z nią jezusmaryja. Wszyscy maja romanse, romansiki, spotkanka, tet-a-tety i inne nasiadówki. Tylko ja mam jedynie siniaka na łokciu. I nawet złamanego wielbiciela. Do jasnej cholery mógłby jakiś być. Garbaty choćby, albo z jednym zębem ale niech mnie ktoś adoruje, no!

Marzę o bukiecie kwiatów przysłanym przez umyślnego wprost na biurko. Albo kartonie rafaello, w którym bym się mogła tarzać w przerwie na kawę. I z jakimś liścikiem koniecznie. Tylko nie w stylu ‚Twoje nogi pachną cudnie rano, wieczór i w południe’ bo to bym się domyśliła, że od Ziuty. Tylko od takiego wielbiciela prawdziwnego, co by nie spał nocami i nie jadł bo by mię kochał szalenie i niestrudzenie. Ale nie za bardzo bo przesuszonych nie lubię. I marzę tak. I co? I nic. Normalnie jak będę miała zbędną gotówkę albo znajomego w kwiaciarni to sama sobie wyślę. Zanim mnie coś trafi. I wtedy dopiero będzie się działo. Będę siedzieć rozparta w foletu jak klasyczna rozwora (a tak już mnie ukradkiem w firmie określano gdy byłam zaigorowana), głaskać się wewnętrznie po próżności kobiecej wybujałej mocno i roztaczać wokół aurę tajemniczości. Wszyscy mają gacha – mam i ja. A co!

Teraz jednak pozostaje mi jedynie nadzieja, że sukienka z lumpeksu i te odnóża nieszczęsne dadzą mi choć poczucie luksusu i złudzenie, że jeszcze żyją mężczyźni, którzy nie są nietrzeźwi czy w inny sposób szaleni, nie mają 80 lat i gromadki wnucząt albo czterdziestki z hakiem i kryzysu wieku średniego, i którym się jednak mimo wszystko podobam. Mamut twierdzi co prawda, że w tych glanach wyglądam jak nieudany zabieg ortopedyczny i resztę życia spędzę tylko w towarzystwie Lokatora bo głupio Mu będzie uciec. Ale po pierwsze nie mam innych butów a po drugie z całą pewnością mówi tak specjalnie bo wie, że i tak jej nie uwierzę. Zazdrośnica jedna. W końcu taki Syn to fajna sprawa.

Wiosna, cie choroba 😉

Okna beszczelne

Mam nieszczelne okna. Mam z tych okien widok na dziedziniec stworzony z trzech starych kamienic trzymających się za ręce. Mam też łóżko, na którym leżąc i się_bycząc głowę trzymam pod oknem prawie. Oddziela nas tylko półka, na której mieszkają książki.

Leżeć i się_byczyć mogę tylko w godzinach środkowo-nocnych (jakaś pierwsza w porywach do szóstej), więc pole do popisu to żadne bo wtedy na ogół śpię… ale czasem coś zwróci moją uwagę nieco szczególniej niż zwykły piesek sikający pod bacznym okiem swojej pańci do piaskownicy na dziedzińcu. A, że okna są nieszczelne bardzo i słyszę każde kichnięcie odbijające się echem z podwórza, czasem uwaga moja zwraca się sama.

Wczoraj na ten przykład usłyszałam tupot małych nóżek i szamotaninę. Wyjrzeć mi się nie chciało (bo co będę wyglądać jak nie wyglądam jakoś szczególnie w tych okolicznościach przyrody, późno w końcu i bez makijażu jestem – niby ciemno ale nigdy nie wiadomo kto mnie akurat zobaczy) ale nasłuchiwałam jak wytrawny tropiciel w nocnej dżungli.

Ze scenicznych szeptów wywnioskowałam, że właścicieli nóżek było trzech w wieku wczesnoszkolnym i nasadzili się, żeby nasmarować coś szprejem pod oknem niezbyt lubianego kolegi. Kolega miał przezwisko Gruby i wnerwiał ich niemiłosiernie bo miał ‚pałerrandżersa ze spidem’ a oni nie. I pożyczyć nie chciał. Nie wiem gdzie się podziali ich rodzice i skąd mieli farbę (bo to w sumie dość istotne o północy) ale widać dzieci teraz szybko rosną i dorastają. Taa…

Grunt, że się zaczaili, szpreja wyciągnęli i jęli coś tam bazgrać na ścianie naprzeciwko a jak wstałam i zapaliłam światło, rozpłynęli się we mgle. Nawet bez tupotu.

Wrócili po kilku minutach:

– No i?
– No co i?
– Kończymy?
– Nie ma czym bo siem sprej skończył.
– Jak się skończył??
– No normalnie, brat miał końcówkę już.
– Cie palne zaraz!
– Sam się palnij.
– Ile zdążyłeś?
– Niedużo…
– Pokaż…

Chwila konsternacji.

– Ty ale tu nie jest Gruby tylko GBURY.
– Kurde.

Coś w tym jest 😉

Dla tych, którzy chcieli

Przepis, czyli prościej być nie może:

– litr mleka
– ćwiartka masła
– szklanka kaszy mannej
– pół szklanki cukru
– orzechy, rodzynki czy co tam się akurat zachce
– czekolada na polewę (albo galaretka, albo coś jeszcze innego)

Rodzynki – wiadomo – trzeba sparzyć wrzątkiem co by uległe były. Orzechy uległe nie będą nawet po wiadrze wrzątku a raczej gorzkie by były, więc orzechy występują suche jak tyłek Kejt Moss.

Mleko gotujemy z tym nieszczęsnym masłem, sypiemy wszystko prócz naszej polewy i ciągle mieszamy aż masa zgęstnieje i nam się ręka zmęczy. Zabulba ta masa ze dwa, trzy razy i gotowe. Lejemy to gorące szaro-bure coś do foremki wyłożonej folią aluminiową i herbatnikami – nie wylizujemy gara bo se poparzymy ozór i nic potem nie zjemy – i czekamy aż zastygnie i się nieco ostudzi. Się ostudzi to walimy polewę – też czekamy, ozdabiamy orzechami co to nam zostały w torebce, a potem do lodówki. Za godzinę można się dobierać.

Wygląda tak sobie ale jest pyszne.
Pyyyyyszne!

No i banalnie proste.

Smacznego 🙂

Ps. Aha. Można jeszcze zeszklić trochę żwiru na małym ogniu. Tylko za diabła rogatego nie wiem po co 😉

Na oko, czyli po kiego mi przepis

Zrobiłam ciasto.

Znaczy ciasto to bardzo duże słowo jak tak się dłużej zastanowię. To jakby nazwać wściekłe koncertowe pogo odmianą baletu klasycznego. Bo ciasto – w ogólnym nawet rozumieniu tego słowa – ta breja, która sfinalizowała moje działania, przypomina w dość nikłym stopniu. Ale jest. To się liczy, prawda? Podpatrzyłam ostatnio u Siostrzycy TAKIE CUŚ i było tak pyszne, że postanowiłam skopiować. Na własny użytek oczywiście. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wierząc głęboko w swój wrodzony geniusz i kreatywność równą preriowym pieskom w supermarketach postanowiłam stworzyć CUDO. Tylko tak teraz post factum wydaje mi się, że przepisy kulinarne są jednak istotne. Przynajmniej na pewnym etapie.

Zamiast cuda wyszło coś do złudzenia przypominające polską jesień w odsłonie Późny Listopad. Osiedlowy Późny Listopad.

Jako córka dwojga dyplomowanych i niejednokrotnie przełożonych cukierników standardowo nigdy w życiu nie zrobiłam w związku z ciastem nic poza jego konsumpcją. A to i tak dużo. Zawsze jakieś było, więc nawet nie było okazji co by się powysilać i komórki mózgowe odpowiedzialne za czyn społeczno-spożywczy potrenować. A już napewno żadnego nie zrobiłam. Chyba, że przez sen (uprzątając do rana każdy okruch) ale jak dotąd nic mi o tym nie wiadomo. Zakładam więc, że nie. Do wczoraj.

Pomna tego co jadłam u Siostrzycy składniki dobrałam na oko… i… Nie ma co przeciągać. Wyszło dziwne. Niby zjadliwe ale jakby nie do końca. Jakieś takie za słodkie. A z wierzchu to w ogóle nie wyglądało jak apetycznie polany deser a raczej jak pole rozorane traktorem z mocno nietrzeźwym kierowcą w dżdżysty dzień. Ohyda. Z całego tego CZEGOŚ najbardziej zjadliwe były herbatniki stanowiące spód ciasta z kaszy mannej. Oczywiście jak już się je zeskrobało z foremki. Nie bez trudu zresztą.

Gluta ciężko było przełknąć. Ale nie było to absolutnie niemożliwe. Biorąc pod uwagę fizykę jądrową i jej osiągnięcia było to całkiem łatwe. Zależnie od punktu odniesienia. W kosmosie byłoby trudniej.

Halka, co to akurat u mnie urzędowała, ambitnie nałożyła sobie solidny kawał ale wysiadła po kwadransie. Wcale się nie dziwię zresztą. Ja wysiadłam po pięciu minutach i wyżłopałam potem dzbanek herbaty. Ciasto zasiliło zatem żołądki okolicznych gołębi, a że nie od dziś wiadomo, iż ptaki te zeżrą dosłownie wszystko bez zbędnego przyglądania się i zastanawiania, od wczoraj wyglądam padłych sztuk. Ale chyba są pancerne te skubańce bo żaden nie skonał.

Pokrzepiona oszałamiającym sukcesem w dziedzinie cukierniczej… dzisiaj zrobiłam powtórkę z rozrywki. O!
I szlag mnie trafia! Bo wyszło tak pyszne, że wchłonę całe zanim ktokolwiek zdąży je zobaczyć. I potem nikt mi nie uwierzy, że potrafię. Ech, boskie jest. I nawet herbatników nie trzeba zdzierać z podłoża. Ciacho jest z kaszy mannej z rodzynkami, orzechami i polewą czekoladową a ja od dziś jestem Ciasteczkowy Potwór.

Taaa, bal dupie. Na całego 😉
Poodchudzam się w innym terminie.
Bardzo innym.

Święta, których nie czuję

Mogłabym życzyć wszystkim spokoju.
Ale nie jestem pewna, czy spokój jest tym, czego naprawdę potrzebujecie. Jeśli ktoś kocha gwar, szum, ludzi wokół siebie, to spokojem nie poruszy się tej nitki w jego sercu, która drży, gdy czytamy coś, co nas przejmuje i wzrusza. Wtedy spokój przyniesie mu raczej smutek i dziwne uczucie, że jest sam. Sam w całym morzu słów i dłoni.

Mogłabym życzyć radości i szczęścia.
Ale nie do końca wiem co komu radość przynosi i jak kto owo szczęście postrzega i odczuwa. Dla jednych radością będzie uśmiech na twarzy bliskiej osoby i to mu szczęście przyniesie największe. Inni potrzebują bardziej namacalnych dowodów na istnienie drugiego człowieka i myślenie o nim – dla tych uśmiech bliskiej osoby będzie dopiero wstępem. Preludium do całej opowieści o szczęściu i zastanawianiu się nad tym, czym właściwie ono jest. Każda z tych osób ma prawo do własnego przepisu na własne samopoczucie.

Mogłabym życzyć ludziom spełnienia marzeń.
Ale jak mogę życzyć czegoś o czym nie mam głębszego pojęcia. Bo każdy ma inne te marzenia. Niby wiem, że Iks marzy o domu i tupocie małych dziecięcych nóżek na schodach a Igrek o samotnej wyprawie w góry jakimś zbłąkanym szlakiem. Ale czy rzeczywiście te marzenia, już spełnione, przyniosłyby poczucie spełnienia? Czy nie jest tak, że to co się ziści generuje kolejne marzenia i jeszcze następne? Nie wiem jakie są, więc nie mogę brać za nie odpowiedzialności. A jestem odpowiedzialna za to co stworzę czy oswoję.

Czego więc mogę życzyć ludziom, którzy wejdą tu w poszukiwaniu skrawka moich myśli przeznaczonego ich oczom?

Życzę tym, którzy mnie czytają, żeby zawsze znaleźli coś dla siebie. Coś, co sprawi, że pomyślą przez chwilę zanim nacisną kolejny klawisz. Może się uśmiechną, może zasmucą, może nie zrobią nic poza ziewnięciem – nie wiem, ale żeby to było coś specjalnie dla nich. I nawet, gdy będą spędzać święta tylko z własnym odbiciem w lustrze – albo tak jak ja, z Synem, który jeszcze raczej nie dotrzyma mi towarzystwa w konwersacji i nie przytuli, gdy zrobi mi się smutno, że sama – żeby zawsze znaleźli powód, by się do tego lustra uśmiechnąć. Zobaczyć iskierki we własnych źrenicach. Albo brzeg morza. Co kto lubi.

Tym, którzy o mnie myślą, dziękuję i życzę jak najmniej powodów do zmarwień. Mam nadzieję nie zmuszać już nikogo do ściskania kciuków w intencji. Lub bez niej. Bo sobie życzę, żeby już nigdy nie trzeba było. Odgórnie życzę zdrowia. Bez dwóch zdań. I dobrego humoru w sytuacjach patowych. Ratuje nas od burz a resztę ludzkości od nagłej śmierci przez zagryzienie.

Tym, których znam i cenię życzenia nie będą potrzebne. W końcu wiedzą, że o nich myślę. I czuję, że są gdzieś obok nawet, jeśli są tysiące kilometrów stąd. Uśmiecham się do nich przez sen i przytulam Panią Telepatię. Mocno się męczy w takich sytuacjach.

Wszystkim, którzy tego potrzebują, życzę dużo słońca, uśmiechów, pogody ducha i uścisków od ukochanych osób. I wełnianego koca w kratkę. Może być szkocka.

Każdemu z osobna życzę umiejętności cieszenia się z drobiazgów. To znacznie ułatwia życie i sprawia, że nie czujemy się tak zależni od tysiąca życzeń, sms-ów, listów, czy telefonów… których nie odbierzemy.

Tobie życzę, żebyś nigdy nie czuł się samotny.

Człowieku.

No cóż, pora spojrzeć prawdzie w oczy, czyli…

…aj em de grejt pipa grochowa in de łorld*

Dzisiaj już nieco inaczej patrzę na całą sytuację. Ochłonęłam, wyjaśniłam sobie to i owo wewnętrznie, zrobiłam pare głębszych wdechów i jestem.

Powodów do jeżdżenia po mnie nie widzę. Spóźniłam się nie ze swojej winy i nie mam tego w zwyczaju. Raz do roku to – jak zwykła mawiać kolega Białek – nawet kura pierdnie. Bywa. Koncertu słuchać jakoś wybitnie nie miałam ochoty. Może to wina pogody a może niezbyt komfotowej dla mnie sytuacji – nie wiem. Mam nadzieję, że mnie Dyro Daro rozgrzeszy i nie wyśle w slipach do Irkucka. Grunt, że na forum poprosiłam na przyszłość o choćby cień informacji sms-em i liczę na wspaniałomyśność.

Na próby chodzić będę dalej, obrażać się zamierzam bo po pierwsze nie mam na co i na kogo, po drugie zaś nie lubię – choć pewnie umiem jak się postaram – tylko po co, bloga nie skasuję, nie rozbeczę się spektakularnie wołając, że nikt mnie nie kocha i nie zabiję w wymyślny sposób wszystkich, którzy mnie widzieli i ich krewnych tudzież znajomych, żeby pozbyć się świadków – wszystko będzie po staremu.

Po prostu kolejny raz wyszło na jaw jaka ze mnie pierdoła. Koncertowa wręcz 😉

Czym innym jest co prawda wychodzenie do sklepu w kapciach – co ustawicznie praktykuję przez roztargnienie a czym innym taki pokaz jaki odstawiłam wczoraj ale stało się – za tydzień, dwa pewnie sama będę z tego robić dowcip. Może nawet zapomnę o tym dziwnym uczuciu co mi żołądek wykręciło na lewą stronę. Zobaczymy. Może nawet, w ramach oswajania koszmarów, zacznę sama to opowiadać. W końcu trzeba walczyć z fobiami.

Z drugiej strony, gdybym była jakąś aktorką albo piosenkarką… albo strażakiem, mogłabym się nawet cieszyć – wszak teraz na pewno będę sławna – przynajmniej przy piwnych rozmowach na chóralnych wyjazdach.

Jeden koszmar senny mniej. Teraz to nawet jak mi się przyśni referat z historii w pidżamie to już mnie nie ruszy bo przynajmniej wiem czym to smakuje. Poza tym nie mam już historii. I to jest ewidentnie najprzyjemniejsza myśl tego poranka. Za to, skoro sny mi się spełniają… może powinnam wyśnić sobie szóstkę w totolotku?

Wasza – żyjąca jeszcze – legenda

* Jachson uprzejmie poprosił o cytuję ‚nie rozpieprzanie ślicznego szablonika długimi tytułami’ i jeszcze napisał, że pozostaje w ‚głębokiej wdzięczności’ i w ogóle, więc długie tytuły BENDOM SIEM kończyć w notce. Albo wcale 😉

Trzynastego

Macie czasem taki sen, że wychodzicie na salę pełną ludzi i nagle okazuje się, że jesteście w pidżamie, albo w czymkolwiek innym, albo dajmy na to bez spodni?
I nagle wszyscy zaczynają się śmiać? Wszyscy tylko nie wy. Bo wy czujecie się koszmarnie głupio i najchętniej zapadlibyście się głęboko pod ziemię.

Macie? Najlepiej jest się wtedy obudzić i odetchnąć z ulgą. Tylko co
jeśli okazuje się, że to nie sen?

Mnie się właśnie przed chwilą taki zmaterializował. Nie miałam
pidżamy ani nie byłam bez spodni ale kompletnie nie pasowałam do
reszty. Nie ten strój.

Banał, co? śmieszna anegdota dla nowych chórzystów jak to Bajka
przyszła na koncert nie w tym co trzeba. Śmieszne. Ubawili się ludziska
setnie. Tylko mnie jakoś tak…

Widać nie umiem się z siebie śmiać.

Znów cofnęłam się w czasie, mam 7 lat i jestem przed pokojem nauczycielskim, skąd zaraz wybiegnę na ulicę i wrócę do domu nie widząc nic.. przez łzy.

Chyba pora zacząć wierzyć w przesądy.

Ps. Do Aśki – nie przypominam sobie żebym się obraziła – po prostu wyszłam bo i tak nic tam po mnie – sopranów był komplet. Spóźniłam się przez wypadek autobusowy – nie moja wina. Gdybym miała stały dostęp do internetu i nie pisała większości notek przy pomocy telefonu pewnie bym wiedziała – moja wina. A co do innych rzeczy – wiem co słyszałam. Maja dzielna jest niewątpliwie. To tyle.

Pozdrawiam

Obywatelu, zrób sobie dobrze sam

… przecież najlepiej wiesz o co w tym życiu chodzi.

Obywatel wraca ze żłobka uśmiechnięty jak prosię w dżdżysty dzień i nie zdradza żadnych niepokojących objawów. Wysypkę tam gdzie miał tam ma, katar alergiczny obecny, jarzynówką jedzie na kilometr – nowego nic nie przybyło. Znaczy mogę oddychać w miarę spokojnie. Choć nie powiem – od poniedziałku obserwuję Go jakby baczniej. A nie jest to proste, bo odkąd nauczył się jak siadać (jeśli pod ręką nie ma akurat matki czyli mnie posiłkuje sie własnymi stopami i robi wańkę-wstańkę), rzadko bywa dostępny w kadrze. Jeszcze trochę i głowa będzie mi się kręcić naokoło szyi. Może w końcu zrobię karierę w szołbiznesie. Cyrk to już mam nawet własny.

W obywatelskie trzewia ładujemy prócz mleka właściwego z wiadomego opakowania:

– mleko co tylko udaje, że jest mlekiem bo nie zawiera laktozy i stada innych rzeczy, na które Młody mógłby mieć jeszcze alergię, a na punkcie których ja mogłabym dostać świra, potencjalnie, i które – to mleko udawane znaczy – kosztuje mnie majątek choć jest na receptę (puszka starcza na jakieś 10 dni nie wliczając osobnego egzemplarza dla żłobka);
– zawartości słoików i słoiczków różnej maści, na widok których Młody zamienia się w odkurzacz z wymienną przyssawką, a ja zamieniam się w efekcie w żmiję plamiastą, kuchnia zamienia się zaś w kuchnię matki niespełna sześciomiesięcznego dziecka;
– soczki, przecierki, herbatki instant i inne siuwaksy dostępne za jedyne tylko u nas… sama mam nie robić bo pryskane teraz wszystko, łącznie z czarnoziemem;
– piure ziemniaczane z dynią witane niemalże oklaskami lokatorskich stóp;
– kaszki ryżowe o pysznych smakach, które wieczorami umilaja nam obojgu (i sąsiadom zapewnie też) życie szybszym zasypianiem i miarowym pochrapywaniem spod pluszowego lwa o wdzięcznym imieniu – Tołstoj;
– zyrteki, ferumy, detrzy, budezonity przez tubę, debridaty bez tuby i różne inne pozostałości poszpitalne, które Syn mój przyjmuje z zadziwiającą wręcz cierpliwością i nie przestając się uśmiechać od ucha do ucha…

Mam zatem wybitnie grzeczne dziecko. I rozumne. Jak Mu mówię, żeby poczekał na mnie grzecznie z Tołstojem na podłodze pośród zielonych gryzaków i piszczących książeczek kąpielowych bo ja akurat muszę zupę zamieszać albo załadować praniem nasz bębnowy kosmodrom, to On albo czeka albo nie. Zgodnie z umową. Jak czeka to akurat obgryza głowę gryzakowi w kształcie misia. Jak nie czeka to gramoli się na brzuch i wszystkim macha. Absolutnie wszystkim. Sądzę, że nawet plecami potrafiłby machać. Gdyby tylko zechciał.

Gmera, śpiewa, gaworzy, głuży, kicha, piszczy, sapie, chrząka, chrumka i stepuje – wciąż nie mogę wyjść z podziwu dla żywotności tego egzemplarza. Udał mi się faktycznie. Jak tak wracam z pracy obujczona tornistrem, ‚Rekraacjami Mikołajka’, zakupami i lokatorskim nosidełkiem z zawartością, wpełzam na to moje piętro, mijam na schodach Wstrętnego Strucla Zza Ściany a Igor akurat wykrzykuje ‚bleee’, to aż się wzruszam iście po mamuciemu, że już nawet na tym etapie Jego rozwoju myślimy podobnie.

Wszystkie ciotki w żłobku są Nim absolutnie zachwycone bo nie płacze nigdy i uśmiecha się z przerwą tylko na sen i zawsze gdy Go odbieram mówią, że bezproblemowy. I głaszczą czule tę obywatelską głowę co prawie bez uwłosienia. Fajne ciotki żłobkowe ma. Jeździ też ze mną na próby i ze spokojem znosi wszystkie nasze wycia i tnące po uszach sekundy przyglądając się światu niemożebnie wielkimi oczyma. Większą część z tych trzech godzin spędzanych na tle muzyki zajmuje się sobą sam. W przerwach zajmuje się ludźmi, którzy chcieliby się pozajmować Nim. Wywołuje uśmiechy nawet w bardzo smutne dni. W tramwaju zaś podrywa całą żeńską część populacji bez względu na wiek i nawet Pana Z Laską ostatnio próbował. Chyba muszę Mu wytłumaczyć pewne sprawy 😉

Generalnie rzecz ujmując kocham Go absurdalnie bezkrytycznie i odwala mi koncertowo gdy siedząc na dywanie czytam Mu kolejny kryminał z podziałem na role. Albo układam bajkę o supernowych i białych karłach. Kwarkach i atomach. Lampach i zegarmistrzach światła prosto z księżyca. I o domestosie. Albo gdy robię Pana Skarpetę bo akurat kolejna para została pozbawiona partnera. Teorię o pralce, która pod osłoną nocy dekompletuje kolejne pary skarpet pożerając je bez pytania o pozwolenie wysnułam już dawno.

Dobrze, że jest. Ten mój Syn.

Mam tylko nadzieję, że nie spaskudzę tego Człowieka. Bo jak wyrośnie na buca plującego na chodnik i mylącego boską Nike z marką butów, to będzie to tylko i wyłącznie moja wina. A tego nie mogłabym sobie darować. W końcu ja dostałam białą, czystą kartkę.

Tabula rasa.
Start.