Na oko, czyli po kiego mi przepis

Zrobiłam ciasto.

Znaczy ciasto to bardzo duże słowo jak tak się dłużej zastanowię. To jakby nazwać wściekłe koncertowe pogo odmianą baletu klasycznego. Bo ciasto – w ogólnym nawet rozumieniu tego słowa – ta breja, która sfinalizowała moje działania, przypomina w dość nikłym stopniu. Ale jest. To się liczy, prawda? Podpatrzyłam ostatnio u Siostrzycy TAKIE CUŚ i było tak pyszne, że postanowiłam skopiować. Na własny użytek oczywiście. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wierząc głęboko w swój wrodzony geniusz i kreatywność równą preriowym pieskom w supermarketach postanowiłam stworzyć CUDO. Tylko tak teraz post factum wydaje mi się, że przepisy kulinarne są jednak istotne. Przynajmniej na pewnym etapie.

Zamiast cuda wyszło coś do złudzenia przypominające polską jesień w odsłonie Późny Listopad. Osiedlowy Późny Listopad.

Jako córka dwojga dyplomowanych i niejednokrotnie przełożonych cukierników standardowo nigdy w życiu nie zrobiłam w związku z ciastem nic poza jego konsumpcją. A to i tak dużo. Zawsze jakieś było, więc nawet nie było okazji co by się powysilać i komórki mózgowe odpowiedzialne za czyn społeczno-spożywczy potrenować. A już napewno żadnego nie zrobiłam. Chyba, że przez sen (uprzątając do rana każdy okruch) ale jak dotąd nic mi o tym nie wiadomo. Zakładam więc, że nie. Do wczoraj.

Pomna tego co jadłam u Siostrzycy składniki dobrałam na oko… i… Nie ma co przeciągać. Wyszło dziwne. Niby zjadliwe ale jakby nie do końca. Jakieś takie za słodkie. A z wierzchu to w ogóle nie wyglądało jak apetycznie polany deser a raczej jak pole rozorane traktorem z mocno nietrzeźwym kierowcą w dżdżysty dzień. Ohyda. Z całego tego CZEGOŚ najbardziej zjadliwe były herbatniki stanowiące spód ciasta z kaszy mannej. Oczywiście jak już się je zeskrobało z foremki. Nie bez trudu zresztą.

Gluta ciężko było przełknąć. Ale nie było to absolutnie niemożliwe. Biorąc pod uwagę fizykę jądrową i jej osiągnięcia było to całkiem łatwe. Zależnie od punktu odniesienia. W kosmosie byłoby trudniej.

Halka, co to akurat u mnie urzędowała, ambitnie nałożyła sobie solidny kawał ale wysiadła po kwadransie. Wcale się nie dziwię zresztą. Ja wysiadłam po pięciu minutach i wyżłopałam potem dzbanek herbaty. Ciasto zasiliło zatem żołądki okolicznych gołębi, a że nie od dziś wiadomo, iż ptaki te zeżrą dosłownie wszystko bez zbędnego przyglądania się i zastanawiania, od wczoraj wyglądam padłych sztuk. Ale chyba są pancerne te skubańce bo żaden nie skonał.

Pokrzepiona oszałamiającym sukcesem w dziedzinie cukierniczej… dzisiaj zrobiłam powtórkę z rozrywki. O!
I szlag mnie trafia! Bo wyszło tak pyszne, że wchłonę całe zanim ktokolwiek zdąży je zobaczyć. I potem nikt mi nie uwierzy, że potrafię. Ech, boskie jest. I nawet herbatników nie trzeba zdzierać z podłoża. Ciacho jest z kaszy mannej z rodzynkami, orzechami i polewą czekoladową a ja od dziś jestem Ciasteczkowy Potwór.

Taaa, bal dupie. Na całego 😉
Poodchudzam się w innym terminie.
Bardzo innym.

13 uwag do wpisu “Na oko, czyli po kiego mi przepis

  1. musi być ten pierwszy raz!
    jeśli masz ochotę trenować dalej to mam coś niezbyt skomplikowanego: najpierw siekasz jabłka/śliwki/wiśnie – znaczy owoc który właśnie jest pod ręką. paćkę posypujesz cukrem i, jeśli lubisz, cynamonem. najlepiej jeśli paćka pod cukrem znajduje się w żaroodpornym naczyniu, które na wszelki wypadek można posmarować Kasią żeby owoce nie przywarły.
    teraz przystępujesz do robienia „ciasta”: trzeba posiekać ok. szklanki mąki z kostką Kasi i szklanką (mniejszą lub większą) cukru, może być puder. siekasz, ale nie zagniatasz. wrzucasz na pół godziny do lodówki, nagrzewasz piekarnik na jakieś 175-200 C. kolejny krok to posypać paćkę kruszonką i włożyć do piekarnika na ok. 45min, ale ile dokładnie to trudno powiedzieć – kruszonka ma być zarumieniona, a sok z owoców powinien bulgotać. do paćki można jeszcze dorzucić orzechy lub migdały.
    na talerzu toto prezentuje się dość średnio, ale dla mnie niebo w gębie! polecam, jeśli tylko znajdziesz czas!

    Polubienie

  2. ooo… oo… bal dupie! aż mi się mdłe wspomnienie moich fafkulców ukazało. to było jeszcze za czasów, gdy kawał z fafkulcami święcił triumfy. a ja chciałam mieć swoje osobiste fafkulce, co to ich w sklepie nie kupisz… i wzięłam zrobiłam jakąś breję, wytarzałam we wiórkach kokosowych i było suuuper. mamusia się ucieszyła. córka rzygała na prawo, lewo i do tyłu. ale nie mam bajkowego samozaparcia i drugiego razu nie było. ktoś chce przepis?

    Polubienie

  3. Dobre jest piaskowe z rabarbarem. Rabarbar może nie jest zbyt zdrowy ze względu na szczawiany ale ile trwa sezon rabarbarowy (lada moment!) i ile można go zjeść? Tak więc po oczyszczeniu z warstwy włóknistej-wierzchniej tniemy rabarbar na słupki ok. 1,5 cm każdy. Wrzucamy do miski. Posypujemy cukrem (tak od serca) i odstawiamy. W tym momencie przystępujemy do robienia tradycyjnego ciasta piaskowego. Jak sobie wycieknie nadmiar syropu to wyławiamy rabarbar i układamy go na cieście, które już wylaliśmy na niską, szeroką formę. Pieczemy jakieś 45 min. (czas zależy m.in. od tego czy piekarnik jest gazowy czy elektryczny -> z termoobiegiem czy bez).
    Ciasto charakteryzuje się tym, że rabarbar „zapadnie się”. Taka siła grawitacji.
    Blachę radzę wcześniej wyłożyć folią aluminiową, żeby jej rabarbar nie wykończył. 😉
    Smacznego sezonowego!!!

    Polubienie

  4. no, pierwsze koty za płoty 🙂 jakby co to mogę podesłać super przepis na sernik… właśnie, właśnie chyba kiedys taki obiecałam upiec. Przy najbliższej sposobności 🙂 urodzinowej, imieninowej twojej lub księciunia 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s