Następny przystanek Roentgena

Nie wykasuję i nie uniewidocznię. Bo nie.
W końcu to ja i cały ten chaos należy do mnie.
Mój trawnik, moje lęki, moje problemy.
Czasem trzeba coś wypisać… ot tak żeby nie uwierało niewypowiedziane.
Kop jest kop – daje rozpęd a mnie chyba motywują paradoksy i różne misje niemożliwe.
Zwłaszcza te bez Tomka Kruza, który przybędzie i wyratuje.
Trzeba samemu…
Wytrzeszcz ze strachu minął, pora odgrzać kolejny słoik z ‚kuchni alergika’, wymyć kolejną butelkę, zmienić kolejną pieluchę.
Pomogło.

Pechulec – dzięki za pion.
Lukrecja – dzięki za odzew.
Pablos – dzięki za zbieranie z podłogi i mokry rękaw.

Teraz jedziemy dalej.
Skoro raz się udało to i drugi raz musi.

Sic!

Na krzywy ryj

Dobra, przejdzie mi.
Znów będę się krzywo uśmiechać i syczeć na motłoch depczący mi w tramwaju po spodniach.
Zapomnimy o wszystkim i będziemy udawać, że nic się nie stało.
Będę pisać pretensjonalne i manieryczne notki a ułamek procenta będzie wyrażał swoje niezrozumienie w komentarzach.
Pecha napisze tylko wtedy jak coś spieprzę, a kilka osób obsika trawnik na zasadzie ‚tu byłem – Tony Halik’.
Ktoś wciśnie pod pachę melodramat.
Reszta poklepie mnie po ramieniu i powie, że zawsze mogło być gorzej.
Mogłam na przykład urodzić się Lepperem.
Nie jest źle.
Zaczynam reorganizować sobie świat i nawet wino smakuje dziś wytwornie.
Pewnie te notki staną się niedługo niewidoczne – w końcu tłum zawsze domaga się happy endów.
Teraz jestem szczera – Bóg nie wierzy we mnie. Szuja. Ale i tak go kocham.
Chociaż na odchodne rzucił tylko ‚zostańmy przyjaciółmi’…
Nie cierpię gdy faceci to mówią.
Nawet nie można wcisnąć im tego z powrotem w twarz.
W końcu są fair. Chcieli dobrze. A że wyszło jak wyszło. Cóż… ryzyko zawodowe. Trzeba było zachować paragon.

Nie potrafię znaleźć słowa, które pasowałoby do moich myśli lepiej niż jakiś mało wytworny bluzg.
Dziecko śpi spokojnie. Dobrze, że jest.

Poza tym jestem pijana… życiem jak zawsze. Muszę się nacieszyć.

M. powiedziała wczoraj, że jestem cyniczna do bólu i to mnie ratuje przed Tworkami. Czy jakoś tak. W każdym razie coś w tym jest. ‚Wieszanie się na torach’ jest mało estetyczne, a problemy same mnie znajdą. Więc po co przepłacać.

‚… bujać to my panowie szlachta…’

Strasznie fajnie mi przygrywa ten Akurat. ‚Do prostego człowieka’. Akuratnie do złości. A wino jest bursztynowe. Mam nic. Nie mam wszystkiego. To cała galaktyka rozedrgana w powietrzu.

Raczej nie poddam się bez walki, więc powodzenia.

Na zakończenie konkurs bez nagród.

Rak to:

a) znak zodiaku
b) skorupiak na wstecznym
c) nowotwór złośliwy

Odpowiedzi można wykrzyczeć do lustra.
Okropnie nie lubię powtórek z rozrywki.

Dobranoc

Nie deptać trawnika

no i po co ja ryczę? co?
po jaką cholerę?

pytanie retoryczne

… a Ty kim dla mnie mógłbyś być…

wcale nie jest super
a z wysoka spada się jakoś szybciej
całkiem niezgodnie z prawami fizyki

… może czymś w dotyku miłym tak jak plusz…

może faktycznie Yoko masz rację żeby pojechać
spalić wszystkie mosty, archiwa, blogi, kontakty
i zapomnieć
w końcu Anglicy to też ludzie

poza tym teraz… już nic mnie tu nie trzyma

Why man have nipples?

Na książkę o takim tytule natknęłam sie ostatnio w księgarni. Oczywiście z miejsca zaczęłam sobie projektować w wyobraźni rozmaite wyjaśnienia. Stosowne i niestosowne. Wyszło mi, że raczej dla ozdoby. Bo na przykład gdyby panowie nie mieli sutków, wyglądaliby dość łyso. Poza tym niektórym trzeba zaznaczyć gdzie przód a gdzie tył bo mają bardziej wystające łopatki niż ledwie widoczny szczątkowy muskuł przedni. Ale prężą się całkim jakby założyli naszyjnik plemienny ze śledzion bawołu. Albo innego bydła rogatego.

Tak, wiem, żem okrutna i niegodziwa ale jak widzę rachitycznego bezwłosego chłopczyka o twarzy nieskalanej myśleniem prężącego coś, co w jego mniemaniu powinno być torsem, a przypomina raczej szczurze czoło i uśmiechającego się władczo zza kierownicy beemwio z łokciem malowniczo przymarzłym do dolnej uszczelki okna (o siódmej z minutami bywa jeszcze dość chłodno w początkach maja) i zagłuszającym wszystko stworzenie na przestrzeni 20 kilometrów basami wykręconymi w kosmos na umcy-umcyk… to mi się rechot w gardle zawiesza. Normalnie psyche klęka i prosi o łaskę absurdu. Plus kilogram śrutu i wiatrówkę.

Kilogram śrutu i wiatrówka przypomniały mi o teście psychologicznym, na który powinnam się stawić za dwa tygodnie. Jako posiadacz pozwolenia nr XYZ na broń z gatunku tych raczej mocno zabójczych (zdobytego jeszcze na studiach z uwagi na charakter wykonywanego wówczas i wyuczonego zawodu) muszę co dwa lata przychodzić do miłego Pana Z Wąsem, oglądać obrazki i mówić czy w tym cieniu widzę Chrystusa, odpowiadać na pytania i tłumaczyć dlaczego śliwka wg mnie to owoc a nie kolor i dlaczego nie zagryzłabym listonosza o poranku. Albo co czuję jak oglądam w mięsnym schabowy i czy śnię o stalowych prętach. To tak w dużym skrócie bo jest też kilka ciekawszych i bardziej śmiesznych rzeczy ale to tajemnica państwowa a poza tym krówka ciągutka własnie knebluje mi usta na następne pół godziny.

W Antyradio po raz kolejny zapowiadają koncert King Diamond a ja po raz kolejny nie mogę się oprzeć wrażeniu, że niektórzy wokaliści nieco przydługo jakby nosili zbyt obcisłe skórzane spodenki i czasem ich ciśnie tu i ówdzie bo tak wrzeszczeć na wysokim ce to nawet po grzanym winie nie potrafię. Taki zwierzak z Muppetów normalnie tylko z przyspieszonej taśmy odtworzony. Co ciekawe, z reguły ci co wrzeszczą wysoko i jakby właśnie testowali nowe imadło – normalnie mają dość niski tembr głosu i w życiu bym się nie spodziewała, że mogą wydawać z siebie tak specyficzne dźwięki. Ci z kolei, którzy rozwierają otwór gębowy w ciężkim brzmieniu i ryku zbliżonym do silnika Ultra Glide na czwartym biegu – normalnie mówią słodkim tenorkiem. Urocze, prawda?

Tymczasem z wiadomości rozrywkowych dotarł do mnie e-mail z przypadkami najokropniejszych przypadków śmierci w historii wszechświata. Oto mój zdecydowany faworyt:

Arkadiusz Pompa stracił życie jedząc rosół. Jak stwierdził Dr Wiesław Warcaby dokonując sekcji, przyczyną zgonu był rozpięty kołnierz, przez który wpadła mu waza z wrzącym posiłkiem.

Grunt to kołnierzyk w rozmiarze afrykańskim 😉

Echo

Jestem w pracy tak bezwstydnie sama, że mogę robić te wszystkie rzeczy, o których zawsze marzyłam a nigdy nie miałam okazji: spać pod biurkiem, zdjąć bluzkę bo gorąco i buty bo lubię chodzić boso, siedzieć sobie na podłodze i mieć głęboko w poważaniu ‚promocje marketingowe’, słuchać muzyki głośniej niż powinnam ‚bo przecież telefonu ewentualnego nie usłyszę’. Jakiego telefonu? Wszyscy się urlopują, na korytarzu echo odpowiada mi ‚wal się’, kto by teraz myślał o telefonowaniu do mnie w sprawach służbowych? Że co, że mu baza nie chodzi? Nie chodzi bo leży i kwiczy. I SE jeszcze poleży. Ja SE teraz zjem śniadanko, wypije kawkę, powyleguję się z nogami na biurku a na koniec włączę drukarkę i wydrukuję sześć tysięcy czarnych stron. Będę parszywie nieekologiczna, aspołeczna i zrujnuję pracodawcę w kwestii tonerów.

Młody przechodzi fazę duchowej przemiany. Zamiast pielęgnować w sobie filozofa i kontemplować lewą stopę z nieodgadnionym uśmiechem Tego Który Właśnie Wypełnia Pieluchę (jak dotychczas bywało), woli teraz dzielić się odkryciami z otoczeniem. Bardzo rozgłośnie dzielić dodam gwoli ścisłości. Myślę, że nawet sąsiednia dzielica doskonale słyszała jego okrzyki wczoraj około 23.15. Dziwne, że nikt jeszcze nie wytoczył mi sprawy o maltretowanie dziecka. Albo chociaż o zakłócanie nocnej ciszy osiedlowej. Nawet biedny zrezygnowany Strucel przestał stukać w ścianę. Chyba porobiły mu się odgniotki. Igor nie płacze, co to to nie. Powodów nie ma, dobrze Mu, najedzony i szczęśliwy jak dzika świnia w obierkach – nie pamiętam nawet kiedy ostatnio się rozryczał. Bo i po co? On po prostu wydaje odgłosy radości: wykrzykuje, rechocze, piszczy, śpiewa, gulgocze i ogólnie rzecz ujmując twarz Mu się nie zamyka. Fajnie. Nawet szklanki w kuchni rezonują. Jaka to melodia?

I w ogóle to okazało się, że na własnej wątłej piersi wyhodowałam bestię nienasyconą i krwi żądną. Lokator pożarł przetarte jabłko z gruszką, które nie zrobiło na Nim wrażenia, poprawił piure ziemniaczanym ze szpinakiem – z podobnym efektem – popił herbatą z malin i dzikiej róży, po czym pomachał dziko odnóżami, napiął się niebezpiecznie, wydał kilka odgłosów dolną partią ciała, uśmiechnął się zagadkowo i wrzasnął w moim kierunku na wdechu: GIŃ!

Droga redakcjo, czy mam pochować wszystkie ostre przedmioty w bieliźniarce? I kto do licha posiada teraz w standardzie mieszkalnym bieliźniarkę? Ratunku.

Poszłam na spacer na drugą stronę ulicy. Kościół ładny, szkoda tylko, że co godzinę nadal wydzwania wesołe kuranty ku chwale wszystkich świętych i rozpaczy mieszkańców lubiących otwarte okna wiosną. Trzy starsze panie w odświętnych kurtkach zimowych (!) zasiadły na trzech wyniesionych przed wejście krzesełkach, postawiły przed sobą skromną litrową puszeczkę i zaczęły zbierać ‚na Ojca Dyrektora’. Grzechotało. Dwadzieścia pięć stopni, słońce, groza. Jedna spytała czy coś dam dla ‚Jego Świątobliwości’ na osłodę ciężkich czasów. Odpowiedziałam, że trotyl mi akurat wyszedł. Chyba nie zrozumiała dowcipu. Uśmiał się tylko Pan W Swetrze.

Kancelaria czynna od do była akurat otwarta. Powitał mnie miły ksiądz o aparycji Dobrego Wojaka Szwejka. Czarne dżinsy i koszula. Tylko koloradka pod szyją zdradzała jak mam się do niego zwracać. Przedstawiłam grzecznie Igora Szymona i siebie a następnie wyjawiłam cel swojej wizyty:
– Chcę ochrzcić Syna.
Ksiądz wskazał krzesełko, odśmiechnął się do rozdziawionego w bananie Lokatora i zadał pytanie z gatunku istotnych:
– Pozostaje pani w związku sakramentalnym?
Odpowiedziałam oczywiście zgodnie z prawdą, że nie. Na dodatek nie pozostaję nawet w niesakramentalnym czyli krótko rzecz ujmując Igor ojca nie posiada i znalazłam Go w kapuście. Ksiądz uśmiechnął się tym razem do mnie i zauważyłam, że ma bardzo wesołe oczy. Rzadka w dzisiejszych czasach cecha.
– Czyli wychowuje pani dziecko samotnie?
– Mam wielu znajomych, więc Igor ma całą masę cioć i wujków ale w świetle prawa tak, samotnie.
Kolejny uśmiech, pytanie o adres i od kiedy tu mieszkam. Potem padło kolejne pytanie z gatunku istotnych:
– Czy wierzy pani w Boga?
Chwila zastanowienia, bo nie lubię na pytania ważne odpowiadać z rozpędu.
– Wierzę. Ale od kilku lat mam nieodparte wrażenie, że On nie wierzy we mnie.
Chwila zastanowienia po drugiej stronie biurka i badawczy wzrok, który wyrażał zdziwienie i zrozumienie jednocześnie.
– Po cóż więc chce pani ochrzcić swojego Syna?
– Fakt, że ja nie chodzę do kościoła i nie umiem modlić się na znak nie oznacza, że mam zamykać drogę dla Niego. Myślę, że nie mam takiego prawa. Dorośnie, to sam zdecyduje, którędy iść dalej. Prawda?
Moment zmienił się w chwilę, chwila w minutę.
– Jest pani bardzo mądrą osobą… choć taka młoda.

Nie wyprowadziałam z błędu Księdza O Wesołych Oczach. W końcu po chwili i tak wypełniając tabelki sam zorientował się ile mam lat 😉

Igor Szymon dostanie swoją szansę na bilet do lepszego świata dwudziestego ósmego maja pół godziny po południu. W ostatnią niedzielę mojego ulubionego miesiąca. Będą już konwalie.

Ja chciałabym dostać nową płytę Toola (Wnim – niestety w pracy nie mam ani głośników ani nagrywarki). Tylko co robiłby tu Mikołaj na wiosnę?
I trochę spokoju chciałabym. Nie musi być święty.

Kotek Mamrotek

epoka była całkiem w porządku ale jedynka i tak bardziej mi się podobała – w każdym razie dobrze było sobie pójść w cholerę do kina i uwolnić się od kaszek, kupek, zupek i innych pierdół

zgubiłam zegarek i ubolewa nad tym moja lewa ręka

jak ktoś znajdzie to się nawet nie ucieszy bo to stary swatch skin z pękniętą szybką i wyeksploatowaną do granic przyzwoitości baterią

rozczarowują mnie ludzie, którzy nie znajdują czasu by odpowiedzieć na życzenia choćby zdawkowym ‚dziękuję’… zwłaszcza gdy kiedyś mienili się naszymi przyjaciółmi

dzieć szaleje i właśnie przechodzi do historii moje wyobrażenie o odpoczynku podczas długiego ujkendu – nie wiem skąd on ma tyle energii ale musi mieć jakiś szemrany układ z duracellem

właśnie powiedział ‚ghie-nia’ i jestem zazdrosna – pierwsza miała być ‚mama’ a nie jakaś lafirynda… i skąd on do cholery wziął tę gienię, hę?

obejrzałam ‚trzeciego’ i po raz tysiąc pięćsetny siódmy ‚underworld’

w ‚trzecim’ jest boska muzyką wojtka waglewskiego i beznadziejny poniedziałek z klatą ala zapadnięty tapczan ciotki stefy

W ‚anderłorldzie’ jest jeden ładny pan ale tylko do połowy filmu bo potem zamienia się w brzydala i pękają mu oczy – chyba za długo siedział w toalecie

są też fajne skórzane płaszczyki tylko za diabła nie wyobrażam sobie, że można w nich skakać z piątego i robić piruety i pozwalać się rozjeżdżać samochodom i nie nakryć się przy tym nogami z wrażenia

‚tu es petrus’ to chyba jedna z niewielu rzeczy jaka nam w ostatniej dekadzie wyszła… prócz włosów premiera rzecz jasna

lubię deszcz

chyba, że pada mi za kołnierz i robi sobie całkiem udaną ścieżkę w bardziej konkretne rejony

upiłam się baileysem

zeżarłam przy tym z dziką rozkoszą całą pistacjową czekoladę lindta

niedzielę zaliczam do udanych

branoc

Walec

Czasami uruchamiam sobie opcję ‚czas wolny’ (tak, nawet mnie się coś takiego przytrafia) i odwiedzam blogi innych. Najczęściej te, których właścicieli znam i lubię, albo nie znam a lubię. Bo chyba się nie zagląda na jakieś nielubiane – ale ja się nie znam bo ze wsi jestem i roweru się boję to co ja mogę wiedzieć.

Czasem zaglądam na te całkiem nieznajome, na które trafiam przypadkiem przeglądając statystyki. Trafiłam i na taki, którego właścicielka napisała o wielkim kryzysie swojego związku, że są razem pięć lat i poszło o jakąś błahostkę a teraz nie wiadomo co dalej będzie bo ona nie ma ochoty ciągle być tą, która pierwsza wyciąga rękę i w ogóle strasznie się z tym wszystkim czuje. Ok, to jeszcze rozumiem i pamiętam co nieco z autopsji jak jeszcze byłam zezwiązkowana dawno temu w trawie.

Ale nie to mnie rozwaliło. Raczej komentarze. Ściślej mówiąc jeden.

‚Kochaj wiatr. On rozwiewa chmury i osusza oczy.’

No sorry Winnetou ale jakby mnie ktoś tak napisał pod taką współczulną notką to bym chyba padła ze śmiechu ;))

Jak kiedyś napiszę, że boli mnie ząb to mi pewnie w komentarzach wyrośnie – ‚i tak kiedyś wszyscy umrzemy’

Do widzenia

Linię obsługuje zakład R-1 'Wola'

– Pieczenie to tyle radości – wysyczała Bajka oparzywszy się w palec przy dziecku.

Nie wypadało bowiem rzec nic ze stosownych słów cisnących mi się na usta. Były raczej niestosowne do nauki mówienia dla Lokatora. Co ja Go będę uczyć, koledzy Go nauczą w przedszkolu. Przynajmniej w oczach dziecka pozostanę nieskazitelna leksykalnie. Za to potem podczas zmywania w bardzo specyficzny sposób wspomniałam ukradkiem wszystkich świętych i każdego z osobna. Ktoś na pewno miał czkawkę.

Kupiłam sobie w końcu buty. Glany oczywiście. Krótkie bo wiosna. Mamut nie będzie rozczarowany. Choć tym razem nie czarne, smoliste a w kolorze burgund, rocznik bieżący. Całkiem mi się podobają choć oczywiście już się prawie w nich na słupie zabiłam bo jeszcze są sztywne jak Lenin w mauzoleum. Słupowi oczywiście powiedziałam ‚przepraszam’ – jak to mam w zwyczaju już chyba – sądząc, że znokautowałam przygodnego przechodnia. Słup oczywiście nie odpowiedział. I w sumie dobrze bo gdyby było inaczej musiałabym zacząć się martwić o moje zdrowie psychiczne nieco bardziej niż dotąd. Rowerzysta w dreadach zachichotał szpetnie i spytał czy nie potrzebuję pomocy. Nie potrzebowałam. Sama sobie dźwig zamówię jak nie dojdę do domu.

Zakupów nie lubię, zwłaszcza obuwniczych, więc kupowanie butów odbywa się w dość specyficzny sposób. Wchodzę, rozglądam się i jak coś mnie zainteresuje – przymierzam. Z reguły zawsze interesuje mnie jedna konkretna para i z reguły z nią właśnie ze sklepu wychodzę. Albo w niej. Nie cierpię szukać dlatego to buty mnie znajdują a nie odwrotnie. Stoją sobie na półce i spokojnie czekają a jak już się pojawię, krzyczą: ‚to my, tu jesteśmy, to właśnie o nas marzysz’.

A ja w skrytości ducha jestem dobrym człowiekiem, więc ulegam i kupuję. Na szczęście po nową parę wybieram się dopiero wtedy, gdy dotychczasowa w zasadzie umiera albo jest na obuwniczym OIOM-ie. W przeciwnym razie zbankrutowałabym w szybkim tempie a na pocieszenie zostałaby mi szafa pełna butów i sterta zaległych rachunków za czynsz.

Weszłam do sklepu. Pani z wyglądu nie podobna do nikogo za to wystylizowana na młodą, gniewną, z problemami i ogólnym weltszmercem z miejsca ruszyła mi z pomocą. Jakby wraz z wejściem do sklepu Dr M. ludziom zanikał w mózgu ośrodek odpowiedzialny za gust i podejmowanie decyzji.

– W czym mogę…
– Te.
– Eeee… te?
– Tak. Poproszę 39 do przymierzenia.
– Tak od razu?

A co ona się gry wstępnej spodziewała? Pewnie, że od razu.

– Pasują?
– Tak. Wezmę je. A stare proszę mi zapakować.

Lubię konkrety. Pięć minut to wystarczająco dużo czasu.

Siedzę więc sobie w pracy w brand nju szuzach, popijam kawę, wystukuję jakieś literki na klawiaturze – które pozornie bez ładu i składu zawsze się w jakąś dziwną całość ułożą i ktoś to potem nawet przeczyta – i nic nie jest w stanie popsuć mi dobrego nastroju. Ani fakt, że czwartego i piątego maja będę tkwiła w firmie sama jak opakowanie masła roślinnego w mojej lodówce (co przypomina mi, że muszę pilnie zrobić zakupy, bo na tym maśle długo raczej nie pociągnę), ani też Kasprowy usypany z rzeczy czekających na żelazko i moje matczyne dłonie (co mi przypomina, że chcę iść na wagary i żeby w tym czasie małe skrzaty o długich brodach – może być ZZ Top 😉 – poprasowały to wszystko za mnie), ani nawet sąsiad z wiertarą, który zakupił nowe wiertła i jak tylko uśpię Młodego, zechce powiesić sobie radosne stadko landszaftów akurat na ścianie przylegającej do obywatelskiego łoża.

Po prostu nic.

Idę dziś do kina na ‚Epokę lodowcową 2’, na uszach mam od rana Sepulturę ‚Chaos AD’ – to tak w kwestii wyciszenia 😉 – i prócz tego mam jeszcze w głębokim poważaniu resztę świata wraz ze wszystkimi problemami i dziurą ozonową na czele. Młody zostaje pod dobrą opieką a ja zamierzam się dobrze bawić, skorzystać z tego, że mnie los spuścił z łańcucha i wykorzystać każdą minutę do imentu. I będzie mi z tym bezczelnie dobrze 😉

Amen

Androgeny i inne takie

Śniło mi się, że byłam hrabiną Jaśnie Wielmożną Lejdi Von De Zaraz Wracam i nie mieściłam się w żadne drzwi mojego wielkiego pałacu. A to z uwagi na potężną kiecę co była w kształcie elipsy i tę elipsę to akurat wszerz miałam na tyłku. Koszmar normalnie.

Zazwyczaj te kiece, kiedy się chciało przejść jakowymiś wrotami, się przekręcało (bo one były na całej konstrukcji kosmicznej i ważyły ze sto ton) a potem wracało całym tym siuwaksem do położenia pierwotnego. Albo to wrota były większe. Tym razem mechanizm się zaciął na amen i przekręcić nie dało rady. A nie miałam pod ręką wude 40, więc klops. No i wyskoczyłam z tych szmat, owinęłam się napotkaną przypadkowo kotarą a potem nagabywałam biednego lokaja żeby zdjął spodnie ale_to_już! Ze znu pamiętam, że jego portek pragnęłam jak kiedyś w czasach dzieciństwa porwania mojej siostry przez kosmitów – takie było ciśnienie. On sam, choć całkiem urodziwy, nie przedstawiał dla mnie szczególnej wartości.

Z tego snu jasno wynika – jak powiedziałaby mój nawiedzony profesor ze studiów pan Hołyst – że zazdroszczę mężczyznom penisa. Tak, bo spodnie to jego symbol. I kotara to jego symbol. I pewnie te drzwi to też jego symbol. A nie, przepraszam – drzwi to już symbol waginy i dlatego się w nie nie mieszczę bo mam męski mózg. Proste, nie?

A dziś najchętniej kazałabym sobie przynieść peniuar w buduar i w tym peniuarze leżałabym sobie na wielkim wyrze (co najmniej 5x5m), pozwalałabym się łaskawie karmić winogronami i czekoladkami merci (nugatowymi zwłaszcza), wynalazłabym dvd żeby móc jednocześnie oglądać filmy, które lubię a w razie potrzeby dostałabym globusa i wszyscy zostawialiby mnie w spokoju żebym tylko przestała jęczeć co i gdzie mnie boli.

Po pewnym zaś czasie hormon nagły rzuciłby MIĘ się na mózg i też chciałabym od lokaja spodni, ale w innym nieco celu. Tak moi mili działa nadmiar szczęścia o poranku. Bo mi dziś wiosna tak wybuchła zielenią na drzewach przed oknem i tym całym jazzem z kwiatami, kolorami, pępkami i uśmiechami, że normalnie chyba wezmę się za pranie bo nie wyrobię. Chyba jestem meteoropatą albo specyficznie reaguję na pyłki…

Henryku, płonę!

😉