Dla mnie… bo tak

Haaaapi beeeeeerzdej tu mii
haaapi beeeeeeeerzdej tuuuu miii
haaaaaaaaaapi beeeeeeeeeeerzdeeeeeeej dir Anuuuulkaa
haaaaaaaaaaapi beeeeeeeeerzdej tuu mi

zaśpiewałam sobie do lustra
obiecałam być dla siebie lepsza
i zdmuchnęłam świeczkę przy wannie
karmelową

potrafię objąć się sama
ale oczywiście będzie mi miło jeśli ktoś się dołączy
bo sięgam tylko do połowy pleców 🙂

Tydzień katastrof i trzydziestka jedną nogą

Czekam. Siedzę, tupię nóżką i czekam. Czekam sobie ot tak, nie to żebym lubiła, raczej zmuszona się do czekania czuję, więc jestem – wdech_wydech – i czekam. Aż spadnę chyba. Albo na trzęsienie ziemi. Przemarsz wojsk i sraczka już byli u wszystkich znajomych oraz krewnych sąsiadów. Mnie szczęśliwie ominęli. Nie prosili by coś przekazać.

Czyli generalnie nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji.
Oraz wielu innych jakże uroczych zjawisk.

Bo czyż nie jest cudownym nagłe wezbranie kuchni? Niby jest, ale pod warunkiem, że kuchnia byłaby rzeką a wezbranie miałoby charakter wyłącznie badawczy i nie zaszkodziłoby niczemu ani nikomu. Tymczasem nasza kuchnia rzeką nie jest. Jednakowoż stoi w niej pralka, która to bez ostrzeżenia, podania na stosownym formularzu zgodnym z najnowszymi wytycznymi ISO, zatwierdzenia przez odpowiednie albo nawet nieodpowiednie czynniki oraz bez znaczków skarbowych… przeciekła. I tak jej zostało.

Ja rozumiem, że wszystko ma swoje granice i niemal trzyletnia mało_ustanna eksploatacja robi swoje, ale na litość wszelaką przecież mogła najpierw porozmawiać. Bez sensu zupełnie. Ja jej nie wypominałam, że jak przyjechałam ze szpitala z małym zawiniątkiem pod tytułem Noworodek, to olewała mnie przez trzy miesiące, bo miała przecięty przez poprzedniego wynajmującego kabel. I że dopiero po upływie tych trzech miesięcy wymieniłyśmy uściski, spostrzeżenia oraz pierwsze pranie lokatorskich tesktyliów.

No ale…

Bo czyż nie jest malowniczym, nagłe i niespodziewane a całkowite zapchanie kanalizacji? W weekend? Ba! Marzy o tym co trzeci dorosły osobnik w wieku produkcyjnym. Zwłaszcza jeśli co drugi jest kretynem, a co piąty dodatkowo ma nerwicę natręctw. A ja mam na składzie upartego Za Chwilę Trzylatka z upierdliwością godną sfrustrowanego księgowego tropiącego przejawy swojej nadchodzącej dojrzałości. I szczękościsk też mam. Od niedawna.

– Mamo, siusiu kcem. – dość donośna artykulacja dość istotnej potrzeby przerywa mi aktualne przemyślenia w kwestii czy ktoś (czytaj: małoletni tymczasowo zamieszkujący mi życie Lokator) czasem nie wrzucił Pan Kota do sedesu.

Dobra nasza – Pan Kot zostaje zlokalizowany gdy tylko miseczka… z rybką, błękitna, z białym denkiem… szczęknie o podłogę. Grunt to mieć zestaw Niezawodnych Sygnalizatorów Dźwiękowych. Teraz przystępujemy do trybu realizacji Matka vs Problem Lokatora.

– No to masz tu nocnik przecież kocie? – wskazuję na przedpokój, aktualne miejsce pobytu plastikowego ekhem naczynia.
– Mamo-o, siusiu do kibelka kcem! – rażący błąd rodzicielki zostaje wytknięty w trybie natychmiastowym, bo przecież Za Chwilę Mam Trzy Lata oznacza, że jestem prawie dorosły i gdzie mnie tu z nocnikami i Kubusiem Puchatkiem, paszła wręcz.
– Kochanie, kibelek ma dziś urlop na żądanie i na razie mu nie przeszkadzamy – argumentuję wartko drugą myślą jaka przychodzi mi do głowy, pierwsza bowiem była niepoprawna politycznie, stylistycznie, lingwistycznie i w dodatku wulgarna.
– Nie, niee, NIE! Nieeeeeeeee… – czarna otchłań rozpaczy połyka mi latorośl i wypluwa oślizgłe himeryczno-histeryczne stworzenie wijące się w spazmach po podłodze.

Podłoga dyplomatycznie milczy. Dywanik wchłania potok łez. Kula ziemska wykonuje jakąś_tam część obrotu wokół Słońca oraz własnej osi i obligatoryjnie ma kwestię lokatorskiej prawie dorosłości oraz ograniczającej ją problematyki głęboko w odwłoku.

– Możemy pójść na spacer do parku i zrobisz siusiu na trawkę. Co ty na to? – w zamierzchłych czasach banalnie prostego rodzicielstwa był to niezastąpiony wabik w procesie przestawiania Małoletniego z trybu Pielucha na tryb Nocnik – na trawkę było fajnie i przy okazji można było obsikać sobie buty a Mama wtedy tak śmiesznie przewracała oczami, że boki zrywać. Serio.
– A-A-AAA!!! Ja kcem do kibelkaaa!!! – dramat, dramat, dramat. W trzech aktach, bez antraktu i bez wejściówek. Tragifarsa wręcz.
– Synku, a może pobawimy się dziś w Piratów i na nasz statek zupełnie wyjątkowym przypadkiem zabierzemy pieluszkę? – tonący chwyta się wszystkiego…

Ostatnio mieliśmy fazę na wystawianie niepotrzebnej już wczesno_lokatorskiej wanienki na środek mieszkania, pakowania do środka dobytku w postaci Lokatora, jamnikowatych pluszaków: Krokodyla oraz Hipopotama, garści kamyków, kasztanów i miedzianych monet w charakterze skarbu, słodkiej bułki i butelki z sokiem w charakterze zapasów, Pan Kota w charakterze Rozbitka (nawiasem mówiąc to pierwszy rozbitek nawiewający z taką niewdzięczną częstotliwością z naszej łodzi) oraz jednej mojej nogi w charakterze motoru napędzającego akcję. Druga noga oraz obu nóg powyższość się już w pirackiej łodzi made in Ikea niestety nie zmieściła, co zresztą było do przewidzenia.

– A po co w Pilatów pieluskem?? – bezbrzeżne zdumienie wypełniło oczy mego Syna i wgapiło się wyczekująco we mnie.
– Bo to będzie odcinek o tym jak Piraci trafiają do Biedronki! – kapitulacja rzuciła mi się na mózg i przygniotła. Oraz przyparła do ściany wózkiem widłowym obsługiwanym przez ciężarną w drugiej dobie jej nieprzerwanej pracy.
– Do Biedlonki??? – ha! zadziałało, aj em de łan oraz fanfary

Tu nastąpiła opowieść o tym, jak to Piraci trafili na tajemniczą Wyspę Biedronek, gdzie zostali uwięzieni przez Złą Biedronę, która wyzyskiwała ich i zmuszała do żmudnego sprzątania zabawek podczas wieczorynki, zamykała sam na sam z cukierkami i kategorycznie zabraniała choćby polizania przez papierek, oraz generalnie była straszna. No i nie puszczała Piratów nawet na siku, więc sprytni żeglarze dalekomorscy postanowili przechytrzyć tyrana i lać w pieluchy bo te akurat zupełnie nieoczekiwanym przypadkiem mieli na składzie. Było to wprawdzie całkowicie poniżej ich godności, swobód obywatelskich, uczuć religijnych a ponadto niezgodne z piracką konstytucją, ale czego się nie robi mili Państwo na morzu. Otóż na morzu robi się wszystko. Ze szczególnym uzględnieniem tak palącej a raczej cisnącej potrzeby jak siku. Zwłaszcza gdy okazuje się, że to dopiero preludium. I to temu ten kibelek był taki niezbędny.

Koniec końców kryzys został zażegnany. Fachowcy przyszli, dwa razy, pogmerali, naprzynosili różnych ustrojstw, powarczeli maszynerią, nastraszyli mi kota jak nie wiem co i zainkasowali w sumie 400 złotych. Z fakturą wybieram się do właścicieli, administracji oraz wreszcie Mieszkańca Parteru, którego to stara sparszywiała uszczelka zatkała cały pion – bo jak fachowcy ongiś piony wymieniali – wszyscy wtedy solidarnie zaciskalismy zęby, gromadziliśmy w wannach wodę bo przez większość dnia jej w kranach nie było, ścieraliśmy pył nawet z masła w lodówce, sprzątaliśmy tysiące razy to samo oraz własnym sumptem glazurowaliśmy luki i wyrwy w aranżacji łazienkowych wnętrz – to delikwent się zaparł i nikogo nie wpuścił… bo przecież on ma tak ładnie a mu napsują. Mieszkaniec Parteru niech teraz lepiej będzie bardzo bardzo starym oraz schorowanym inwalidą i najlepiej kombatantem w widocznej ciąży, albowiem w przeciwnym razie zrobię mu kuku i będzie zajebiście bolało.

Z tego wszystkiego nie napisałam, że lada moment – czyli w piątek jakoś po czternastej – dramatycznie się postarzeję i skończę te magiczne trzydzieści lat. Ale właściwie to i tak nie miałabym nic odkrywczego do napisania, bo to urodziny jak każde inne. Nie planuję w akcie desperacji skoczyć na główkę z szafy ani nie spodziewam się nagłego ataku wolnych rodników i zalewu głębokich zmarszczek. Bilansów też nie będzie. Nie mam męża, ani nawet absztyfikanta, sąsiad jest żonaty a z drugiej strony mam sąsiadkę i to w zbyt podeszłym na cokolwiek wieku, nie mam swojego mieszkania, mam nieswoją pracę i swoje Dziecko, kota nie liczę bo jest zdrowo popierdolony. Ha! Przypomniało mi się, że nie mam nawet worków na śmieci a miałam kupić już w poniedziałek, bo kończą mi się foliowe reklamówki. Mam za to umówionego fachowca na randkę z pralką, więc jedyne czego mogę się spodziewać to rozległego zawału. Oraz nieprzeniknionej próżni w portfelu.

Czyż można optymistyczniej zakończyć?
Ale oczywiście, że można.

Zrobiłam kotlety szpinakowe.
Myślę o nich nieustannie. Wyszły diabelnie smaczne.
I właśnie planuję zmasowany atak na lodówkę.

______________________________________________________
Ps. Dora – ucięło adres mailowy i nawet gdybym chciała napisać,
to mogę słać co najwyżej… na Berdyczów

Piątkowy wieczór

Lojalnie uprzedzam, że jak już wyjdę z pracy – co mam nadzieję uczynić za chwilę – wezmę porządny rozbieg, zamach i trwale uszkodzę tego palanta, który od godziny drze mi się pod oknem do jakiejś Jolki przez domofon.

Jolka, kobito, weź znajdź sobie w lesie kawał drewna. Więcej z niego pożytku będzie i mniej dziamgotania paszczą. Nic mnie bardziej nie wkurwia niż faceci, którzy kłapią dziobem więcej niż bazarowe baby. No może bardziej tylko jeśli piskliwym dyszkantem.

A rozbieg i zamach wezmę sobie po primo hobbystycznie, po secundo temu, że bydlę ma ze dwa metry i to nie licząc czapki oraz kaptura a tertio, albowiem jak już napotka go moja wściekła a naga pięść… musi być widać ślady hamowania. Jak mnie już kto zdrapie z tego chodnika.

Miłego i inne wyrazy

U Zosi na urodzinach – notka zaległa i w obrazkach


Przyjechaliśmy późno i zanim się nie obejrzeliśmy już był poranek.
Ciotka Halka próbowała jeszcze łapać resztki snu pod poduszką
ale stado pędzących kotów i dwoje goniących je dzieci,
przebiegających z gromkimi okrzykami po lędźwiach, skutecznie wytrąca z fazy REM.

Kiedy już udało się wszystkim zwlec z posłań, dokonać niezbędnych ablucji,
pochłonąć śniadanie, opowiedzieć o tym wszystkim co wydarzyło się od ostatniego spotkania,
obejrzeć z dziećmi Misia Uszatka, popatrzeć przez okno, pogłaskać kota, albo trzy
i wreszcie wyjść na planowaną uroczystość w ogrodzie…

postanowiliśmy ubrać się kolorowo i niemal ukłonić.

Niektórzy byli bardzo głodni…

… straszliwie, okropnie, potwornie, wściekle głodni…

… inni zaś się lansowali, w wolnych chwilach głaszcząc się po smukłych szyjach
i zabawiając otoczenie ożywioną konwersacją…

… ale spokojnie, my też się lansowaliśmy
i w dodatku bezczelnie podrywaliśmy fotografa przy pracy…
wprawdzie fotograf był kobietą, zamężną i dzieciatą w dodatku,
ale w związku z zawężeniem pola widzenia przy taki słońcu, uznajmy to za sukces.

Koniec końców wyżarliśmy wszystko, oblizaliśmy brwi
– albowiem serwowane dania były przepyszne –
i tyle po nas zostało.

Oczywiście przezornie zostawiliśmy sobie ukryte zasoby żołądka
na wspaniały oraz jakże urokliwy deser agowej roboty.
Proszę bardzo – Państwo pozwolą, że przestawię – Pan Urodzinowy.
Tort Urodzinowy.

Zofia była przeszczęśliwa…

…obecna wokół roślinność również zdawała się pałać radością…

…nawet moja osobista Torba Na Ramię przeżyła swoje pięć minut chwały,
kiedy to stała się obiektem zainteresowania
obiektywu aparatu fotograficznego
oraz owego obiektywu sympatycznych przyległości…

Stefania również wyglądała na zadowoloną, może i względnie,
bo pomyliła tubki i zamiast kremu do opalania użyła kleju z brokatem,
ale postanowiła szeroko otwierać oczy i się nie przejmować konwenansami.
W końcu nikt nie powiedział, że mruganie jest obowiązkowe.

Panie zażywały relaksu z dobrą książką w przytulnym namiocie…

…bądź też prowadziły rozmaite badania naukowe…
na przykład wpływu decybeli na okoliczne sąsiedztwo.

Panowie celowali w doświadczeniach z pogranicza fizyki i prawego sierpowego
– prezentowana mina p.t.: "spróbuj no mie podskoczyć maleńki" mówi wszystko.

Oczywiście w przerwach zawsze znalazła się chwila dla paparazzich…

… albo dwie…

… ale koniec końców i tak zawsze lądowanie jest u Mamy.

No dobra, przytulać możesz ale nie całuj, dobra? Umowa stoi?
Ech, te kobiety mnie już męczą po prostu…

Oczywiście nadeszła wreszcie ta upragniona chwila,
kiedy to nawet Kot Zwany Zuzanną odetchnął z ulgą i spokojem…

… bo naszym słodkim dziateczkom wreszcie siadły baterie …

… i to – fenomen na skalę światową – synchronicznie!

Niestety drzemka trwała krótko, zdecydowanie ZA krótko
i według obserwacji uczestniczącej wielu świadków, w tym narratora,
miała charakter wysoce regeneracyjny. Godne pozazdroszczenia.
Młodzież obudziła się z nową energią i jakże fantastycznymi pomysłami.
Kota zdążyła nawiać, my przezornie przemieściliśmy się pod dach,
gdzie nieco łatwiej było tę powietrzną trąbę dwojga trzylatków
i jednego nieco młodszego absztyfikanta ogarnąć,
jednak żadnego zdjęcia nie udało się już nikomu zrobić.

No dobra, to powyższe udało się Zoji. I to jeszcze jak.
Zwraca uwagę interesujące kadrowanie, symboliczny motyw ruchu
oraz jakże plastyczna forma kompozycji na stole.

I tak o.

Mam ciepłe wspomnienia, masę zdjęć i wiele nowych planów.
Na przykład taki chytry plan, by za rok połączyć siły
i zgrać zojkowe i igorowe święto w jedno… lublińskie.
Bo tam i jest gdzie i jest z kim i jest po co.
I taką historię tu teraz mam, do przytulania oczami.
AgA, Michał, Zosiu – dziękujemy 🙂


Fotografowała agA, Asia oraz Zofia

Kubek sobie zrobię

Nigdy nie lubiłam tych przyulicznych słupków odgradzających przechodniów od kierowców i uniemożliwiających parkowanie w miejscach niezbyt parkingowych. Zawsze wydawały mi się albo za brzydkie, albo zbyt psujące ogólną infrastrukturę, albo po prostu umieszczone kompletnie od czapy. Tak samo myślałam sobie o tym czerwono-białym podłużnym pasiaku tuż przy wyjściu ze stacji metra na swobodną przestrzeń ulicznych korków Placu Wilsona. Aż do dziś. Dziś bowiem przyznaję, że pasiasty słupek stał się moim faworytem.

Zwyszajny pracujący poranek, kwadrand przed ósmą tłum ludzi wylewa się z pociągów i naciera na wąskie ruchome schody, te nieruchome są na stałe użytkowane w przeciwnym kierunku a nikt raczej nie ma ochoty na zderzenie z rozpędzonym spóźnialskim czynnikiem ludzkim. Ruchome schody grzecznie brną w górę, razem z nimi niezupełnie grzecznie napiera na nas z całych sił Osobnik Pospieszny. Osobnik Pospieszny to ekspres albo i nawet intercity wśród porannych biurowych śmiałków. Wbiega na schody nie zważając na stojących w sporym już ścisku ludzi i ostro przepycha się w kierunku wyjścia. Mnie również nie ominął. Na szczęście mam zwyczaj trzymania się poręczy, w przeciwnym wypadku Pan Trzy Stopnie Poniżej oraz reszta szczęśliwców miałaby przyjemność bliskiego spotkania z którąś z moich kończyn. Osobnik Pospieszny pośród syków i cmoknięć niezadowolenia dotarł jednak na sam szczyt. Wielce uradowany pędzi dalej w kierunku bliżej nieokreślonym. Wtem… I tu jakże cudowna samogenerująca się puenta. W ułamku sekundy niemal dwumetrowe bydlę o rozrośniętym kosztem płatów czołowych kartu kuli się w pół. Słychać ciche stęknięcie. Widać odsłaniający się czerwono-biały słupek. Pospieszny traci rezon, my zyskujemy ubaw, świat kręci się dalej. Ósma.

Wrażenia artystyczne bezcenne.

———————————————————————————————

Od paru dni mam nowe motto. Absolutnie trafne, boskie – bo zawsze jak je sobie powtarzam – to się uśmiecham, ponadczasowe. Kupię kawał gliny i teraz będę się bawić w Demi Moore z Patrickiem na karku oraz nocami siedzieć przy kole i lepić. Albo pójdę na łatwiznę i zamówię kubek-gotowca. I tak mam zbyt małą kuchnię by tak wstawić choćby jeden dodatkowy sprzęt. A już Patrick musiałby wisieć co najmniej za oknem, co przecież nie przystoi, bo po pierwsze słynna polska gościnność, po drugie jesień już i się chłop zaziębi, a po trzecie nie lubię jak mi obce ciała wiszą za oknem, bo mnie to stresuje.

Mniejsza jednak o większość.

Motto brzmi:

Kiedy wszystko układa się naprawdę źle, aby zyskać spokój ducha, należy odnaleźć w swym sercu Najwyższą Formę Akceptacji Stanu Rzeczy, która brzmi "Pies To Jebał".

Pomaga.

Chciejstwo czarodziejstwo

Chciałabym polecieć balonem. Ale nie tak pięć minut i sru. Z godzinę bym chciała, albo dwie. Tak, żebym już przestała się tak straszliwie trząść ze strachu, otworzyła oczy i zaczęła podziwiać funkcjonalność zmysłu wzroku. I żeby ten kosz pode mną reagował na każde tupnięcie, jak łódka na jeziorze, a pęd powietrza, taki do złudzenia przypominający motocyklowe brodnickie szlaki, był jednocześnie chłodny i ekscytujący. Z powietrzem naelektryzowanym maciejką i burzą. Taki mój.

Tydzień temu śniło mi się wesołe miasteczko. Zmierzch, mieszające się ze sobą skoczne melodyjki, piski dzieci zaganianych przez rodziców do domu, kolorowe migające lampiony a na uboczu stojąca spokojnie piękna dziewczyna z czerwonym nosem klauna, za dużymi butami i makijażem arlekina. Powiedziałam coś na kształt "dobry wieczór", ale nie odpowiedziała, pewnie i tak nie był zbyt dobry bo stała tam sama i wyglądała na przeraźliwie smutną. Spytałam jak mogę pomóc. Wyciągnęła w moją stronę rękę a ja nie mogłam oderwać oczu od Jej twarzy. Wreszcie spojrzałam w dół, wtedy upudrowana na biało dłoń otorzyła się i wypadła z niej srebrna moneta. Prędko schyliłam się, by ją podnieść i podać właścicielce, ale gdy podniosłam wzrok, pięknej dziewczyny tam nie było. Została mi tylko ta moneta. Na błyszczącym kawałku metalu wybito rybacką sieć, pełną dziur, pustą i martwą. Odwróciłam monetę. Z drugiej strony patrzyła na mnie gładka i chłodna powierzchnia. Dotknęłam jej palcem. Miałam wrażenie, że zapulsowała. Przerażona włożyłam monetę głęboko do kieszeni płaszcza i natychmiast o niej zapomniałam.

Wczoraj śnił mi się wydeptany piach i strzępki cukrowej waty. Szłam sobie boso po tym piachu, oblizywałam palce lepkie od słodyczy i niemal czułam na twarzy swój własny błogi uśmiech. Potem sięgnęłam do kieszeni i zdziwiona zimnym dotknięciem metalu przypomniałam sobie o monecie. Śmieszne – pomyślałam – sen w odcinkach. Oddałam srebrną monetę komuś kto obejmował czule pęk balonów ale wcale ich nie chciał. Trzymał je by nie pofrunęły, ale właściwie nie wiedział czemu to robi. Z przyzwyczajenia. Gdy błysnęłam mu przed oczyma, ręce same powędrowały mu w inną stronę. Gdy chwyciłam gładkie tasiemki poczułam jak w mgnieniu oka staję się lekka, coraz lżejsza i unoszę się w powietrzu. Widziałam czubki swoich butów i malejące pod stopami wzgórze.

A potem zabiłam swój budzik celnym ciosem z prawej.

_______________________________________________________
W następnym wcieleniu chciałabym być gołębiem. Stale żarłabym jarzębinę i fruwała nad geograficzką z liceum.

Zastanawiam się

gdzie są granice absurdu i podkładania świń.
I do cholery po co tak? Dla sportu?
Bo dlaczego to już nawet przestałam się zastanawiać.
Nie, nie chodzi mi tu o bloga.

Trzydziestka na karku a nie znalazłam.
Pilnie szukam lepszego okulisty.

————————————————-
Mała – a zależy Ci bardziej na tym by skomentować to co napisałam ja czy inni? Bo jeśli moje słowa, to widoczność komentarzy nie powinna mieć najmniejszego znaczenia. Jeśli zaś to co inni, to lepsze będzie pierwsze lepsze forum.

Cukier krzepi

Uwaga! Jeśli chcecie pomóc w zaliczeniu pewnego projektu na półrocze, możecie zadziałać szybko i nie przeszkadza Wam wycieczka na pocztę oraz wydanie kilku monet, możecie uszczęśliwić jednego znajomego nastolatka oraz jego rodzicielkę.

Co trzeba zrobić? Niewiele. Wystarczy pójść do dowolnego lokalu (bar, kawiarnia, restauracja, schronisko, hotel), gdzie jest cukier w saszetkach, wziąć po jednej z każdego dostępnego rodzaju, włożyć do koperty i napisać do mnie maila: <mailto:pasztetowa_raz@gazeta.pl> a wówczas udostępnię adres i bardzo się ucieszę.

Oczywiście im bardziej specyficzne wyglądowo cukrowe saszetki (z nazwą, adresem, śmiesznym rysunkiem) tym lepiej.

A tak w ogóle to co zbieraliście?

Ja na przykład papierki po cukierkach.
I naklejki zagramaniczne.
I pocztówki z motocyklami.
A teraz kolekcjonuję książki dla dzieci z moich czasów i się łatwo wzruszam.

Tu odcisk szklanki z kompotem, a tu komuś upadł naleśnik, a może to był placek ziemniaczany…