Wiosna się zepsuła i ma mnie bardzo głęboko. Nie chcę się
nawet zastanawiać jak głęboko i gdzie taka wiosna mogłaby mnie mieć, ale aura
mówi sama za siebie. Zimno, deszczowo i ponuro. Nic tylko siedzieć w ciepłym
mieszkanku otulić się ciepłym kocykiem i sączyć kawę z baileysem lewym okiem
patrząc na Dziecię bawiące się w Picassa a prawym śledząc główny wątek w
jakiejś przytulnej książce. To tyle w kwestii domniemanych marzeń.
Tymczasem jednak trzeba było zebrać się w sobie i ruszyć naprzeciw wszystkiemu
co na zewnątrz. Co – nie ukrywajmy – rzadko kiedy bywa łatwe. A co dopiero jak
się ma przed sobą perspektywę dwóch dni śpiewania w kościołach, które jak dla
mnie spokojnie mogłyby funkcjonować po godzinach w charakterze chłodni.
Z zasady nie lubię kościołów, chyba, że w kwestii architektonicznej, ale tak poza nią to niespecjalnie. Śmierdzą zwietrzałymi perfumami wymieszanymi z naftaliną i dusznym kadzidłem, są zimne i nigdy nie ma w nich miejsca by przebrać się z pozycji innej niż na kulejącego flaminga. Gdzieś pomiędzy schodami a zachrystią. No i toalety. Jeśli w ogóle są to w stanie dramatycznie opłakanym. Nie wiem czy wszyscy księża mają zdrowe nerki i potrafią udawać, że nie chce im się siku ale jak nie mają to im serdecznie współczuję. Ja wiem, że z punktu widzenia wiernych problemu nie ma, ale jak się je zwiedza tak całkiem "od kuchni" jak my, to jednak stanowi to pewne utrudnienie. Niestety chór w kościele brzmi nieporównywalnie lepiej niż gdziekolwiek indziej. Prawdopodobnie dlatego właśnie w kościołach śpiewamy najwięcej koncertów.
Sobota, samo południe. Ledwo wyszłam z domu a już czuję się przemoczona na
wskroś. Wpadam do tramwaju otrząsając parasol i dysząc jak zboczeniec w lesie.
Staruszka próbuje ustąpić mi miejsca. Chyba nie jest dobrze. 12.45.
Archikaterda św. Jana na Starym Mieście jest absolutnie najzimniejszym
kościołem w jakim zdarzyło mi się śpiewać. Ale jeszcze tego nie czuję. Dowiem
się o tym bardzo dotkliwie za jakieś dwie godziny. Masakra. Staliśmy w pełnym
rynsztunku, od stóp do głów okutani szalikami a pod koniec próby czułam się jak
sześćdziesięciokilogramowa mrożonka Horteksu. O jakości dźwięku wydobywanego z
gardeł w takich warunkach to już się łaskawie nie wypowiem. Ale dalekie to było
od ideału. 15.00. Szybki pdeudoobiad gdzieś w przelocie i pęd do kościoła numer
dwa. Tym razem na Targówek. Próba z drugim chórem, z którym za chwilę śpiewamy
na ślubie. Do 17.00 horteksowa mrożonka zyskała sople i wrażliwość lodowca. W
życiu nie życzyłam młodej parze pośpiechu ale tym razem byłam skłonna wyręczyć
księdza i wyskandować słowa przysięgi żeby było już po wszystkim a ich przegnać do samochodu i pomachać na do widzenia. Po ceremonii
ogólne podziękowania i skok do Pierrogerii. Gorące pierogi oraz herbata na
odtajanie. Nareszcie do domu.
Igor nie kładzie się spać sam. Co to to nie. I to w obu znaczeniach. Po przyjściu z łazienki w jego łóżeczku obowiązkowo zamieszkują po kolei wszystkie pluszaki jakie tylko zdoła wykopać w różnych miejsc w domu. Oczywiście żaby nie wliczam bo to już stały element wyposażenia. W ten gąszcz wpasowuje się Lokator i albo mości jak kot obierając dogodną pozycję po kilku obrotach, które i tak prowadzą do punktu wyjścia, albo gramoli się na kolana – z częścią wesołej maskotkowej kompanii oczywiście – i obskubując każdy palec po kolei, zasypia ściskając moją rękę, co jest oczywiście przesłodkie. Kiedy jednak te naście kilogramów zwisa mi bezwładnie z przedramienia, czasem pozwalam sobie na chwilę refleksji i cichą nadzieję, że to nie będzie trwało do jego trzydziestki. Gdyż jednakże albowiem raczej średnio to sobie wyobrażam.
Niedziela, 14.30. Powitajmy tramwaj. Potem kurcgalopkiem po bruku do kościoła i
próba generalna. Po minach wnioskuję, że wczorajsze przemrożenie zaowocowało u
pospólstwa ciepłymi majtkami tudzież kalesonami. Dziewczyny ratowały się
zakładając pod nasz uroczy zwiewny strój swetry i spodnie. Na szczęście
spódnice są długie i obszerne, więc naprędce aranżując rybaczki miało się
szansę na lekkie ocieplenie. Ja osobiście wystąpiłam w spodniach, grubych
rajstopach i skarpetach. Jak to wszystko udało mi się upchnąć w szpilki to nie
wiem ale się udało. 16.00. Początek koncertu, którym nasz dyrygent otwiera
przewód doktorski. Na powitanie organy i pierwszy chór. Potem my. Nie powiem
żebym czuła się komfortowo w tej temperaturze i podejrzewam, że nie byłam w tym
poczuciu osamotniona, ale ogólnie rzecz biorąc udało się zaśpiewać co trzeba i
nie przynieść nikomu wstydu. Do domu wracałam z olbrzymią ulgą i potwornym
zmęczeniem na karku.
Czasem mnie ktoś zapyta po co mi to wszystko? Bo wciąż jestem zmęczona, wciąż
gdzieś biegam, nie mam spokojnych weekendów i choćby pół dnia na wylegiwanie
się w łóżku albo bezcelowe przechadzanie się parkową alejką i karmienie kaczek.
Ale co tu dużo gadać – przecież ja to kocham. A, że sobie muszę przy okazji
nieco pomarudzić, to już całkiem insza inszość. Szkoda mi życia na siedzenie w
miejscu. W końcu tyle jeszcze rzeczy można zrobić, w tyle miejsc pojechać, tyle
rzeczy pokazać Młodemu i tyloma się wzajemnie pocieszyć. A na kaczki i spacery
też znajdujemy czas, tylko słońce musi być i zwyczajny pracujący dzień. Bo w
weekendy kaczki napchane po sufit i szarmancko chromolą mój pieczołowicie
siekany w kosteczkę chlebek. Cholery jedne.
Z Igorem oboje mamy się dobrze.
Póki widzę, że jest szczęśliwy, też jestem.
Póki widzi, że jestem szczęśliwa, też jest.
Układ idealny. Przynajmniej póki dbamy o wzrok.
Na osłodę wszystkiego Igor dostał piękne buciki od Ciotki Agi z Lublina
a ja przepyszną szarlotkę od Papierówki. Co prawda przykład po raz
kolejny pokazuje, że marzenia na ogół spełniają nam nie ci, po których
się tego spodziewaliśmy a całkiem inni ludzie, ale to tylko utwierdza
mnie w przekonaniu, że takie miłe zupełnie niespodziewane niespodzianki
bardzo długo unoszą nam kąciki ust i jest to bardzo przyjemne. A jak
sobie uzmysłowię, że na straganach są już rzodkiewki, ogórki małosolne,
pomidory, które mają smak a także, że gdzieniegdzie czerwienią się już
truskawki, to ta wiosna taka nieco bardziej przyjazna mi się od razu
wydaje. Dam jej szansę, niech się jeszcze wykaże.
w moim przypadku sprawdza się powiedzenie, ze im więcej masz zajęć, tym więcej czasu
😉
PolubieniePolubienie
im wiecej zajęć które lubisz tym bardziej jesteś szczęśliwa 😉
PolubieniePolubienie
sześćdziesiąt? to ile to będzie w funtach? ;P
PolubieniePolubienie
masz szczęście, że robisz to, co lubisz i że masz taki talent 🙂
może kiedyś zaśpiewasz w 3mieście? na pewno cię wówczas odwiedzę nocleg jakby co masz:)
wiosna faktycznie robi sobie z nas jaja – u nas też zimno
tylko rzodkiewki ratują sytuację
PolubieniePolubienie
Gdzie te pomidory prawdziwe, gdzie?
PolubieniePolubienie
Też kocham śpiewać, ale miałam inną formę „przyjeosci” i atmosfera współpracy raczej nie przypoiała miłej…
zrezygowałam
zdarza się
Powodzenia!!! :):):)
PolubieniePolubienie
Zazdroszczę 🙂 Ja kocham śpiewać, ale niestety nie za bardzo mi to wychodzi :PPP
PolubieniePolubienie
a ja chetnie oddam troche ciepelka. Przy alergii, czlowiek najchetniej zamknalby sie w jakiejs lodowce 😦
PolubieniePolubienie
pozwolę sobie zalinkowac 🙂
PolubieniePolubienie
Alez mnie po przeczytaniu na wspominki wzielo.
Wzruszylam sie czytajac o przebieraniu w dziwnych koscielnych pomieszczeniach, ech…
I powiem Ci, ze nie pamietam, zebym kiedys bardzo zmarzla.
Moze dlatego, ze nasza Krasna nie byla rygorystyczna jesli chodzi o stroj i 3 lata temu na ostatnim moim koncercie,poprostu do prostej spodnicy zalozylam ocieplane glany a w nich jeszcze byly welniane skarpety.
PolubieniePolubienie
Alez mnie po przeczytaniu na wspominki wzielo.
Wzruszylam sie czytajac o przebieraniu w dziwnych koscielnych pomieszczeniach, ech…
I powiem Ci, ze nie pamietam, zebym kiedys bardzo zmarzla.
Moze dlatego, ze nasza Krasna nie byla rygorystyczna jesli chodzi o stroj i 3 lata temu na ostatnim moim koncercie,poprostu do prostej spodnicy zalozylam ocieplane glany a w nich jeszcze byly welniane skarpety.
PolubieniePolubienie