Emeryten party

Ziuta
masz czas?
Bajka
nie
ale mam jednego emeryta na linii
chcesz?
Ziuta
aż tak zdesperowana nie jestem
a poza tym to skąd ty wiesz, że to emeryt?
Bajka
bo gada jak Muchomor Sromotnik
Ziuta
taki groźny?
Bajka
nie
rzygliwy i sprawia wrażenie jakby nie mówił paszczą tylko wręcz przeciwnie
Ziuta
to może to emerytka?
Bajka
jak dla mnie może być nawet Stevie Wonder w majtach z uzdą tańczący kankana na kanapce z szynką
Ziuta
a o co mu chodzi?
Bajka
właśnie próbuję się zorientować ale psyche mi klęka i siwy dym uszami idzie
wiem już nawet o gilach jego brand nju wnuczki ale nie wiem po kiego wuja on do mnie zadzwonił
Ziuta
to spytaj
Bajka
i co mam mu powiedzieć – ‚streszczaj się dziadek bo muszę siku?’
Ziuta
powinno zadziałać
Bajka
oporny jest
Ziuta
jak opornik
Bajka
prądem go nie będę traktować
nawet o tym nie myśl 😉
Ziuta
szkoda
nie ma nic lepszego na kaca niż skwierczący emeryt w sosie własnym
Bajka
chyba muszę zrewidować moje poglądy na naszą znajomość 😉
Ziuta
a rewiduj
Bajka
pani pozwoli na osobistą 😉
Ziuta
wolę na grupową 😉
Bajka
ty perwersie jeden ty 😉
Ziuta
no ba

Ziuta
żyjesz??
Ziuta
te lala??
Bajka
yyy
zabij mnie… nie musi być softly
Ziuta
a co?
Bajka
właśnie powiedziałam do dziadka ‚Ty perwersie’…

Chyba nie powinnam jednocześnie odbierać telefonów i rechotać przez gg 😉

Tymnbark na zlot – Wolny czy wolno stojący?

Uciekam zaraz na pola
do zobaczenia 😉

Fahrenheit 9/11

Byłam wczoraj w kinie. Chciałam obejrzeć ten dokument. Z całą świadomością tego, że ‚Zabawy z bronią’ mnie nie urzekły i nic odkrywczego nie ukazały. I muszę przyznać, że tym razem Moore spisał się doskonale. Trafił w sedno. I to z przytupem. Oczywiście tendencyjne to mocno i z góry podaje widzowi na talerzu wszelkie informacje potrzebne reżyserowi aby postawić Buszmałpę w jak najgorszym świetle ale akurat to nie przeszkadza mi zupełnie bo tak się przypadkiem składa, że w tej kwestii moja osobista opinia pokrywa się z tym ‚co autor miał na myśli’. Film jest po prostu dobry. Począwszy od świetnych, niekonwencjonalnych zdjęć, które nie ociekają krwią a przemoc, jeśli w nich występuje, jest uzasadniona; na dźwiękach – wręcz zabójczo trafnie uzupełniających wizję – skończywszy. Widzimy sceny z wyborów, w których tyle było sprzeczności i niesprawiedliwości, że ta wizja aż poraża. Taka to niby ta Hameryka demokratyczna. Szkoda słów. Małpa, która dorwała się do władzy (w mocno niejasnych okolicznościach i nie do końca w majestacie prawa) – synalek tatusia – zamiast zrobić cokolwiek dla dobra swojego ponoć ukochanego kraju wypoczywa, urlopuje się, zaczywa odpoczynku… jak zwał tak zwał – grunt, że nie kiwnie nawet palcem by zrzucić choć banana z palmy, na której okrakiem siedzi. Widzimy i słuchamy. O machlojkach i oszustwach na taką skalę, że włos się na karku jeży, o pozbawionych logiki i dobrego smaku bzdurach wygadywanych przez głowę państwa, które tylko wstyd przynoszą i potępienie dla tej marionetki bez jakiegokolwiek moralnego kręgosłupa. Widzimy bezmózgowca z miną tępego trutnia, przy którym nawet żyto ze swoimi 7 chromosomami to szczyt inteligencji i kreatywności. Ale cwane. Do granic człowieczeństwa sprytne w transakcjach z Arabią Saudyjską, umiejące wykorzystać wszystkie okazje dla swoich celów, nie zawsze są tożsamych z dobrem kraju, za który jest odpowiedzialny. Ale do tego nie trzeba inteligencji. Niestety do tego wystarczy instynkt i chorobliwa potrzeba władzy. Widzimy wielkie zero z głupawym uśmiechem… I widzimy kolesia, który czyta dzieciom w przedszkolu bajki po tym jak dowiedział się, że właśnie teraz… w tej konkretnej chwili… giną ludzie… walą się wieże WTC… i jak potem pozwala uciec terrorystom a cała Al Kaida i Wielki Brat Osama każą Ameryce i całemu światu cmoknąć się w pompkę… z dubeltówki.
Widzimy to wszystko i czujemy gniew.
Obrazy, dźwięki, refleksje, gra na emocjach… to wszystko ma ten film. Film nasycony emocjami – wściekłością i szyderstwem, żalem i rozpaczą, bólem i niezrozumieniem… wszystkim.
Najbardziej sugestywna była dla mnie chyba muzyka.
Zobaczyłam 9 września na czarnym ekranie… muzyką. Moore nie pokazał do obrzydzenia powielanych zdjęć walących się wieżowców, ludzi skaczących w panice z wysokości na pewną śmierć i ich szczątków. Ale pokazał to wszystko inaczej. Lepiej. Pełniej. Do bólu. Poczułam… Podobnie jak inni. Na kinowej sali, choć pełnej, cisza była aż namacalna. To cecha dobrego reportera. Takim niewątpliwie jest reżyser. Wie, co chce osiągnąć i jak to zrobić. Potrafi otworzyć oczy, potrafi uzasadnić, potrafi dobrać argumenty, potrafi zrobić dobry wywiad i nakręcić film, który czuje się pod skórą. Jak coś co jest ważne, co każdy wiedzieć powinien, dla siebie, dla innych, dla prawdy. Czuje się to faktycznie. Podobnie jak rozmowę z czarnoskórym Marines, który przyjechał do domu… z piekła i spytany, czy wróciłby tam odpowiada, że wolałby więzienie niż walkę, w której każą mu zabijać niewinnych i której nie rozumie. Żołnierze walczący w Iraku też nie rozumieją dlaczego… i jak długo jeszcze… i jakim prawem… Bo tego nie jest w stanie zrozumieć nikt. Tak jak zabijania w rytm ‚The roof is on fire’ w discmanie w hełmie w czołgu w głowie… Słowa tych młodych ludzi są tak nieprawdopodobne, że dopiero po chwili orientujemy się o czym oni mówią… i w jaki sposób. Znamienne, że ci chłopcy wywodzą się z najbiedniejszych zakątków Królestwa Za Wielką Wodą, są werbowani, mamieni obietnicą lepszej przyszłości, zarobienia na college, podtrzymania rodzinnej tradycji. Nikt im nie mówi, że jadą na wojnę… na śmierć od kul i w ogniu. A wielcy i możni rządowcy chronią swoje pociechy jak oka w głowie. Zawsze są równi i równiejsi. Ale Bush już teraz ma w piekle u Dantego ciepłą posadkę na całą pieprzoną nieskończoność. Jaką nienawiść można wzbudzić chcąc chronić własny tyłek i własne interesy? O tym najlepiej wiedzieć powinien właśnie pan B. ale nie sądzę aby kiedykolwiek to do niego dotarło. Jest zbyt tępy, żeby zreflektować się nawet jeśli właśnie palnął coś w stylu ‚zależy im na tym żeby zniszczyć Amerykę… ale nam też’. Nie znajduję słów na określenie tego typu osobowości. Marionetka i debil są zbyt łagodne. To po prostu Dżordż Dablju Busz.
A co do filmu? Obejrzyjcie. Warto… to mało powiedziane.

‚Jeśli mnie oszukałeś… ciesz się… drugi raz nie dam się nabrać’

Przynajmniej w tym jednym się zgadzamy Panie Bush…

I think i'm paranoid… czyli na melodię cztery razy po dwa razy

Co w powyjazdowych opisach na gygy piszczy?

Bardzo proszę…

/specjalne ostrzeżenie dla Nom – nie spożywać!/

– Czy normalny ślimak winnik może w rzyć se wetknąć pilnik? (bajka)
– Czy normalny stary zając może sikać nie kucając? (zamieszany)
– Czy przy fałdzie żwiru z rana ciecia bolą znów kolana? (bajka)
– Czy na tniutni granie w lesie grozi pierdzibąkiem w stresie? (bajka)
– Czy gdy Bajka gra na tniutni trza uciekać do drewutni? (halka)
– Czy łabędzie gdy się głuszy piszczą jak stado Mariuszy? (bajka)
– Czy bałwanek gdy pogoda może zrobić sobie… loda? (bajka)
– Czy zrobiona laska skrycie może zmienic moje życie? (zamieszany)
– Czy jak stanę gdzieś we bramie będę miała rwę w kolanie? (bajka)
– Czy normalna modafoka może nagle zgwałcić smoka? (halka)
– Czy fakinszit kurturarny może zwiększyć stan zaparny? (bajka)
– Czy zwyczajny krem do ust może mi powiększyć biust? (zamieszany)
– Czy gdy trutnie chrzęszczą w chaszczach to są aby trzeźwe zwłaszcza? (bajka)
– Czy gdy trutnia nie ma w domu pszczółka bzyka po kryjomu? (halka)
– Czy normalna ważek para może robić bara-bara? (bajka)
– Czy normalna prosta kaczka może w gardle nosić kłaczka? (zamieszany)
– Czy gdy kłaczek w gardle kaczki pierdzibąki jak buraczki? (bajka)
– Czy Mikołaj imć Kopernik lubił badać bo miał wziernik? (bajka)
– Czy gdy w górach wieje halny łatwiej jest o seks oralny? (zamieszany)
– Czy nie stojąc w kącie prawie można moczyć prącie w kawie? (bajka)
– A czy wielki penis ziemny może beckhand mieć przyjemny? (bajka)
– Czy w tenisa grając w porcie można mieć penisa w torcie? (halka)
– Czy Halutka bardzo mądra może golić sobie jądra? (bajka)
– Czy nieduży Alfons prosty może mieć na tyłku krosty? (zamieszany)
– A czy duży Alfons Karny ma swój koc przeciwpożarny? (bajka)
– Czy gdy nogi mam za krótkie mogę sobie wypić wódkę? (halka)
– Czy przechodząc sobie z boku można złapać kleszcza w kroku? (bajka)
– Czy obleśny proboszcz stary może sikać w kuluary? (zamieszany)
– Czy psa Burka wczoraj w budzie zabolało znów podudzie? (bajka)
– Czy szaraczek gdzieś pod płotkiem może głuszyć kotka młotkiem? (bajka)
– Czy koala w ZOO misie kopulują zawsze w zwisie? (bajka)

Tymbark na dziś – Ja cię kręcę 😉

Poczytaj mi mamo

Haluta
rura
Bajka
tia
nie musisz się przedstawiać 😉
Haluta
banik?
Bajka
a zbanuj
ciekawe kto pierwszy by żalował 😉
Haluta
ja oczywiście
Bajka
no nie wiem
może nie ty
Haluta
no jak to?
Bajka
ale ja pewnie bym była za dumna by to pokazać
bo ja gupia pipa jezdem
Haluta
nie wytrzymię bez ciebie na gg
a głupia pipa brzmi całkiem ładnie 😉
Bajka
no ba
uzależniłaś się
Haluta
yhy
Bajka
teraz cię wykorzystam i porzucę w przydrożnych chaszczach
Haluta
bez ciebie umieram, powietrza mi brak…
itepe 😉
Bajka
a najpierw ogołocę z dóbr wszelakich
i zmuszę do pracy w drewutni
przy krosnach
Haluta
ale ja dóbr to nie mam za bardzo
Bajka
dlatego oprócz tego będziesz zapierdalać
na wysokości lamperii 😉
Haluta
co ja wurwa, na królewne śnieżke wyglądam?
Bajka
nie bałdzo
ale wiesz
zawsze możesz się maskować
a poza tym myli ci się z Kapciuchem
ty bajek nie czytasz 😉
Haluta
no jak to
toć macocha zmuszała Śnieżke do przędzenia
i una siem ukłuła wrzecionem
to była wersja 1 bajki
a druga to z japkiem i krasnalami
Bajka
i tak som zje… te bajki
bo w gruncie rzeczy zawsze chodziło o jedno
Haluta
o?
Bajka
żeby książę w końcu zatrybił kogo i w co ma przelecieć
Haluta
nooo
zatrybił
jeza, jesteś brutalna
Bajka
a że przed nim było siedmiu krasnali
to już taki… perwersik letki
wszak teraz dziewica to noworodek płci żeńskiej
Haluta
krasnale nekrofile
Bajka
noo
z łopatami chodzili po lesie
Haluta
ta śnieżka se tak niby spała
Bajka
taa
ona nawalona była
i zejszło jej się na momęn
Haluta
a tu przyjechały krasnale pussywagoonem
Bajka
a oni już w kolejarza
wykorzystali okazję
i se podupczyli z saperkami
Haluta
ja nie mogę ;)))
Bajka
a potem książę dostał
taką wyrobioną
ale on sam najpierw jak przez te 7 gór i 7 rzek brykał
to nie wierzę że jakiegoś czerwonego kapturka nie założył 😉
nie ma bata
chyba że sam se tapirował mudżachedina
na tym koniu
a… może to klacz była… ;))
Haluta
leżę i kwiczę ;))
Bajka
kwicz kwicz
Haluta
bajka o królewnie śnieżce wg Bajkowej
powinnaś to wydać
Bajka
no ba
moze wydam
na wino 😉
Haluta
byłby next Fredro
Bajka
żaden Fred-ro
Fredro to przy mnie cienki w kostkach Bolek
Haluta
w kostkach?
Bajka
noo
Haluta
hmmm
znaczy wątły był?
Bajka
i mizerny
jak szlafmyca proboszcza

koniec przekazu
rechot gdaczący i gdakot rechotliwy 😉

Wszystko mi się kojarzy

Halka
hyhy
bajka
Bajka
nuu
Halka
twój lizak 4 razy upadł mi na dokumenty 😉
mam głupawkę
Bajka
hmmm
to jakiś znak
Halka
należy je skleić?
Bajka
nieee, to znak, że…
on nie lubi do buzi
on woli NA HISZPANA! 😉

gdakot ogólny 😉

Tymbark na dziś – Coś się stanie niespodzianie

A planety szaleją szaleją… czyli ciąg dalszy ciągu dalszego ;)

Wstajemy o 6.00 ale mimo koszmarnie wczesnej pory i wczorajszej imprezy wieczornej (szkoda, że Agaty, Mal i Artiego nie było już z nami) połączonej z ogólnym rykowiskiem do księżyca tu budzę się radośnie z bananem od ucha do ucha. Bo szkoda życia na sen gdy świat szykuje tyle niespodzianek. I trzeba być gotowym aby je wszystkie przyjąć i nie ominąć Ani jednej. Taka ominięta Ania może już nigdy więcej się do nas nie uśmiechnąć a to byłaby nieodżałowana strata 😉

Dziś mamy nasze małe święto. Dziś przyjeżdżają do nas goście. Goście goście. Pobyć z nami, pouśmiechać się radośnie, pocieszyć z opowiadań, pozachwycać widokami, po… prostu.
Wsiadamy na rowery jeszcze śpiąc. Mylą mi się przerzutki i prawie ląduję nosem w puchatym od mchu rowie. Jakoś nieszczególnie mam chyba na to ochotę. Chyba żeby się tak na troszkę zdrzemnąć gdzieś w porostach… może Halutka nie zauważy i pojedzie dalej a ja potem powiem, że badałam podłoże pod zasiew pieczarek… organoleptycznie.

Nie jestem pewna czy by na to poszła ale na wszelki wypadek dziarsko roweruję dalej. Niby ciepło. Ale zaraz przyjemnie orzeźwia nas chłód poranka. Tempo niezłe. Jedziemy na 3/6 i nieźle się tymi odnóżami przebiera. Uliczki o tej porze puste, ptaki rozśpiewane, kwiaty na łąkach z rosą jeszcze, drzewa dają miły dla moich przypieczonych ramion cień. Dziś będzie gorąco. Już to czuję…

Nomah dopedałowała prawie do Nowinki. Z Augustowa. Po upojnej nocy spędzonej w pociągu wraz z rowerem i różnymi panami sympatycznymi. Przeżyła. Dała radę. Wyjechałyśmy jej na przeciw. Z daleka było już widać uśmiech numer dwa i dziękczynne hosanny zamiast kurwików w oczach. Na powitanie wysapała nam jak dobrze nas widzieć a nastepnie prawie zatrajkotałyśmy ją w dętkę opowieściami co jak z kim po co i dlaczego. Odprężone lekko i przekąszone – może jeszcze po parówce? – ruszamy z powrotem. Znaczy my z powrotem bo Nomah nie. Nomah naprzód. Jedziemy przodem a ona nawija z tyłu. Tyle mamy do opowiadania. Droga mija bardzo szybko i już jesteśmy na miejscu. Zapoznajemy Nomah z najbliższą okolicą i pozwalamy w końcu jej odpocząć.

Po śniadaniu byczymy się oczywiście na pomoście opalając swoje boskie członki i rozwiązując głupawe krzyżówki. Mała rzecz a cieszy. Mam hasło ‚partner wadery’… a skąd ja mam niby wiedzieć kto to co to ten ta to wadera… a jeszcze do tego partner… mam zaćmienie ale to zrozumiałe po takiej nocy i takim poranku myślenie jest nastawione na opcję ‚mnie tu nie ma’. Pasuje ‚hasior’. Nie wiem tylko co Hasior na to. Nom się śmieje. Też nie wie. Pyta – A co to wadera?. Odpowiadam – A kij wie… ale hasior pasuje… może się nie obrazi. Dopiero potem dociera do moich płatów czołowych jakaś wyjąca wściekle wilczyca i jej partner – basior 😉 Śmiechu jest co nie miara. Po szuwarach rozlewa się nasz jeziorny rechot.

Moczymy nogi w wodzie. Kaczuchy już dokarmione. Odbezpieczamy tymbarki. Brzuchy w górze. Robimy się na skwarki. Apetycznie przypieczone 😉 Zwłaszcza Nom, która już się zaróżowiła od słońca a Hala rozkłada na łopatki kolejny wymysł niespełnionego szaradzisty. Ja mam głupawkę, czyli norma społeczna wyrobiona.
Hal – ‚lekarstwo na niestrawność’
Ja – Banji! – taki skok na pewno wyleczy każdą niestrawność… do cna 😉
Nom rechocze…
Potem wymyślam hasło: ‚odgłos skrzypiącej huśtawki na pięć liter’…? – ‚iiiii’! Mamy tu taką jedną strrrrasznie skrzypiącą panią huśtawkę, która z racji specyficznych wrażeń akustycznych pozostaje pusta. Trzeba się było naoliwić pani droga 😉

Wieczorem zbieramy w lesie chrust i poziomki. Jedno drewienko na drogę i pięć poziomek do buzi. Słodko, pysznie, mniam. Szykujemy ognisko bo Zamieszany już w drodze. Przyjedzie akurat na czas, kiedy powinno się wystrzelać pod niebo płonące w ogniu szyszki. Skubianiutki. Ale cieszymy się, że przyjedzie. Wszyscy poza Ślązakami wyjechali więc miło, że będzie nas więcej. Zawsze to więcej radości, więcej pomysłów, więcej kiełbasek w ognisku. Przez te nasze cowieczorne płomienie las jest wyczyszczony z chrustu jak mamutowa kuchnia po wolnej sobocie. Wystarczy wpuścić turystów do lasu by mieć w nim porządek. Teraz nie walają się tu żadne suche gałęzie. Mało tego. Nawet te ścięte drzewa mają równiutko poobłamywane konary. Debeściaki z nas. Nie ma co. Ale w tym roku nie wynosiliśmy już z lasu ciętych belek… przynajmniej nie za dnia. Bo potem to już ciemno było i nic nie było widać… a czego oczy nie widzą to i sąsiad nie nakrzyczy 😉

Zamieszany przyjeżdża w samą porę. Wszak Tymbark na wieczór głosi – Tyle mamy do wypicia… Oj mamy 😉 Się działo proszę państwa, się działo. Na to co i jak spuśćmy zasłonę milczenia. Grunt, że powrotna droga do domu przyjemnie się wydłużała i kręta była jak róg Wojskiego (co to nie miał wcale na imię Natenczas) cętkowany a śpiewy i śmiechy po jeziorze się niosły i okolicy donośne i dźwięczne. Sąsiedzi na polu namiotowym byli zachwyceni (potem gratulowali nam pięknych piosenek na głosy śpiewanych)… albo bali się protestować gdy Zamieszanego z drągiem ujrzeli i Marka z Krzyśkiem śpiewających ‚moblikiem se jada na szychta’ i inne przyśpiewki ludowe. Mnie osobiście rozwalił ‚ten byk, co krowę cyk’ a Markowi wszystko smakowało jak małża. Bożka z Eweliną zaśmiewały się do łez z mężowskich popisów (Ewelina prawie spadła z krzesła) ale wyglądały na szczęśliwe, że są tu z nami. My też wyglądałyśmy. I byłyśmy. Bardzo 😉

Zamieszany raczy nas opowieściami dziwnej treści. A to stwierdza, że ma za krótkie nogi bo czuje jak mu buty śmierdzą a to wspomina wyprawy i podróże. Genezy naszego ulubionego już powiedzenia wyjawiać nie będę… grunt, że Marek wygłasza nagle tekst, że ‚głodny Rumun wszystkiego się chwyci’ i wszyscy rżą jak dzicy. Jeszcze dłuugo bedziemy wspominać dowcip naszych Ślązaków ;))

Noc spędzam na pomoście. Bywa naprawdę piękna. Zwłaszcza gdy wokół nikogo prócz kaczuch drzemiących w trzcinach i gdy mapa gwiazd w górze wyraźna jak ognisko na drugim brzegu jeziora. Pomost paruje dniem. Jeszcze nagrzany słońcem. Woda ciepła. Niby nic do szczęścia więcej… ale samotne dobranoc…

Weekend minął tak szybko, że wręcz niezauważalnie tak cudnie było i… nastał poniedziałek. A w poniedziałek jak to 26 lipca – imieniny pań posiadających najpopularniejsze imię na świecie. Korzystając z okazji pragnę wtrącić, że wieczorem wypiłam zdrowie chyba wszystkich Ań… i to parokrotnie, więc powinny mieć się dobrze jeszcze co najmniej przez dwie reinkarnacje 😉 I bardzo serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia… zwłaszcza mamie Łyknij Hjuston 😉 Od rana już wiedziałam, że coś się święci. To, że Haluta wstała wcześnie to nie nowość, bo ona zawsze powalona i w skowronka się bawi ćwierkając o skandalicznie kosmicznych godzinach, gdy normalni ludzie przewracają się z boku na bok pochrapując w rytmie boogie… ale Zamieszany to mnie zdziwił. Bo wstał wcześnie. A jemu to się nie zdarza nawet jak musi. No a jak wycyrklowali tak, żeby akurat beze mnie do sklepu pojechać to już wiedziałam co się święci. Specjalnie się nawet nie zdziwiłam, że nie było ich dobrych parę godzin mimo, że sklep trzy rzuty sandałem stąd. Nomah sie zdziwiła ale tylko przelotnie. Poczekałyśmy.
Było bosko. Niespodziewaną zupełnie udałam pierwszorzędnie, że niby kolejka taka myślałam i w ogóle, że nigdy w życiu bym się nie spodziewała itepe… Ale faktycznie nie spodziewałam się kwiatów i czereśni i sękacza i chleba pachnącego ciepłem i lizaków co pięć minut wręczanych i uśmiechów… z samych Suwałk. Kochani moi – wielkie cmoki dla Was 🙂 Zwłaszcza za te parówki z Łysych. Przynajmniej włosów nie było 😉

Potem było juz tylko bajkowo. Choć smutno było żegnać Zamieszanego i Nom wracających do Warszawy z minami a la zbity cockerspaniel. Przyjechał Pablos… tylko po to by spędzić z nami ten dzień… bo wieczorkiem już niestety także musiał się ewakuować. Ale i tak podziwiamy go tysiąckrotnie, że mu się chciało i że z nami i w ogóle, że był 🙂

Wieczorem było potężne (dla wszystkich) woltażowanie imieninowe (oktan lał się strumieniami) przy ognisku wysokim jak drapacz chmur. Sosnowe igiełki pachniały jak nigdy, iskry wzbijały się pod niebo jak świetlisty deszcz a my spędzaliśmy czas ciesząc się swoim towarzystwem i zaśmiewając z kolejnych potyczek słownych Ewelinki i Krzysia, kolejnych świetnych tekstów Marka i groźnych – po krupniku – min Bożki. A Hal… cóż o Hal można powiedzieć, że jej psyche zasnęła szybciej niż jej soma. Film urwał jej się jak w starym kinematografie i od momentu przyniesienia przeze mnie z podwórza cudnego żabiego ‚księciunia’ w celach matrymonialno-molestacyjnych do chwili przebudzenia z kacem mordercą w jednym łóżku nie pamięta nic a nic…
Ale o tym co się działo i jak i dlaczego i z kim to dyplomatycznie przemilczę… bo mnie zaciuka starym kapciem na śmierć 😉 Tylko bardzo ale to bardzo bardzo mi się podobało jej poranne wybełkotane ‚Ssso robiłłłyśmy fffczoraj wieczczorem? hę?’… ja za to z trudem włączyłam lokalizator przestrzenny i namierzyłam… brak swetra. Skubany. Znalazł się na dole ale w kieszeniach miał tyle chrustu, że mogłabym zrobić ognisko co by czajnik nastawić. Wytrzepałam drania. Niech sobie nie myśli…

Czytam na głos Tymbark na dziś – Jeszcze po jednym?
Hal błyskawicznie z nimfy o zielonym obliczu zmienia się w bazyliszka i zabija wzrokiem. To… ja poproszę o telefon do przyjaciela 😉

Dziś ma przyjechać Thorr. Już nie możemy się doczekać. Pada drugi dzień a on obiecał, że przywiezie ładną pogodę. Ciekawe tylko jak tej pogodzie na imię 😉 I czy ma nektarynki ta pogoda… bo mnie się chce… i śledzia i parówek i czereśni… i w ogóle. Snujemy się po okolicy wymyślając głupawe wierszyki, czytając książki i patrząc sobie w oczy w celech badawczo-ochronnych. Dobrze, że są Ślązacy. Zawsze to jakaś rozrywka 😉

U nas tylko scenki rodzajowe z cyklu Total Bałałajka Szoł i zaczyna nam odwalać w sposób synchroniczny – albo najpierw mnie a potem jej… albo na odwrót.

Hala odkryła na podłodze pukiel swoich włosów (to nie ja jej wyrwałam nie patrzcie tak na mnie) i się ucieszyła. Ćwierknęła radośnie z wrodzoną sobie bystrością – O! moje kłaki!
Bardzo mnie to uradowało, bo wreszcie okazało się, że nie tylko ja zmieniam upierzenie – No! Nareszcie nie moje 😉
Hala podchwyciła klimat – Nareszcie widzę, że mam włosy…
Pomysleć, że niektórym do tych celów służy lustro lub ewentualny zez lewobrzeżny 😉

Głupawka atakuje dalej. W dodatku jakieś larwunie i absztyfikanty włączyły SE pod naszym oknem jakieś straszne tłuczenie. Umcy umcy rozlega się w mojej głowie jak młot pneumatyczny o niedzielnym brzasku po dwudniowych libacjach na podwórzu pana Heniutka. Nie wytrzymię no jak pragnę podskoczyć. Wrzeszczę – Nożeszwurwajegokwiatek! Ściszcie to gówno i powiedzcie kto was spłodził to was pomszczę!
Hal kwiczy… ja po chwili też.
Umieramy. Młody przybywaj i szczel nas wew potylice 😉

Przyyyyjeeeeechaaał!!!
Przyjechał przyjechał przyjechał i przywiózł KADARKĘ. Tadaam!! Hy hyhy hyhyhy. Nie to oczywiście żebym jakoś tylko dla tej kadarki się cieszyła czy jak… ale zawsze to milej podróż płynie gdy w karimatach po dwie butle wina siedzą i czekają na spotkanie. Prawda Młody? 😉
I pogoda się znalazła. Faktycznie ładna. W barze z sieją i tymbarkami dziamgotaliśmy zaciekle o wrażeniach Warszawsko-Łódzko-Augustowsko-Suwalskich a słońce landszafty nam nad głowami malowało poetyckie. Zachód jak w mordę strzelił. Ech…
Potem było wino i radość i śpiew i kobiety i mężczyźni, którzy próbowali mi wmówić, że wszystko mi się z jednym kojarzy. A to nie prawda. Oszczerstwo absolutne. Z drugim też mi się kojarzy 😉

A w nocy miałam bardziej powalony niż zwykle sen. Pamiętam tylko, że byłam gdzieś dramatycznie spóźniona (czyli w sumie norma), nawalona (przemilczę), miałam umalowane jedno oko (na resztę makijażu jakoś się nie zdobyłam najwyraźniej) i byłam w ślubnej kiecuni od Prady (nie wiem jak zdołałam zapamiętać tyle szczegółów) a w rękach dzierżyłam drące się w niebogłosy niemowlę płci męskiej ufajdane po pachy i miałam za zadanie przewinąc je w rytmie rumby wywijając przy okazji zgrabne hołubce do melodii ludowych. KOSZMAR! Czy jest na sali psychiatra?

Następnego dnia rowerowaliśmy sobie nad Wigrami łapiąc za kołnierze ważki i rycząc po lesie jak jelenie
albo pohukując jak bździągwy rosochate. Fajnie było. A potem jeszcze fajniej bo przyjechała Nomah, Agatek (tu Agatek i ja z kombinerkami – próbuję wyciągnąć z jej języka kolczyk, którego za Chiny Ludowe nie dało się ruszyć)

i Zamieszany. Wiedziałam, że się stęsknia i wrócą. Agatek dopiero pierwszy raz… ale wiem już, że nie ostatni. Nie wytrzymaliby bez Danowskich i bez nas oczywiście 😉
Bo bez nas wszystkich tutaj nie byłoby tak radośnie i nie byłoby fristajlowych nocnych eskapad pomostowych i moczenia nóg w jeziorze i kaczuch karmienia i łabędzi głuszenia i wierszyków układania i makaronu z sosem co to Młody jeszcze w domu robił i przywiózł i nie byłoby nocnej wyprawy na rowerach do oddalonej o 30km stacji benzynowej bo skończyły się procenty a my jeszcze nie chcieliśmy spać i nie byłoby zaliczania rowów i śpiewów wszelakich co by echolokację włączyć bo ciemno choć oko wykol a my drogą nieznaną bez świateł i zygzakiem po szosie śmigaliśmy pijaniutcy i wesolutcy aż na licznikach co po niektórzy mieli 40 przejechanych km. Można się uzależnić. Prawda?
Ja się uzależniłam…

Ale to takie bardzo miłe uzależnienie. Od ludzi i uśmiechów, od miejsc i zachodów słońca, od wszystkiego co najlepsze bo takie kochane…

Bo co jest lepszego od nocnych w jeziorze kąpieli gdy woda gładka jak wiśniowa galaretka na serniku z lodówki dopiero co wyjętym i niebo gwiaździste nad nami i droga mleczna jak linia życia na dłoni ukochanej osoby i mgła co nad jeziorem jak lekka kołderka otula wszystkie marzenia. Co… od nocy, która nas kocha i od dnia, który budzi. Co jest lepszego od rowerowych wycieczek w najmilszym towarzystwie i śpiewów na całe gardło ‚do lata, do lata, do lata piechotą będę szła’ albo ‚cykady na cykladach’ choć pęd powietrza zatyka i z górki na pazurki zjeżdżanie tyłkiem wzwyż grozi pogubieniem klawiatury na krętych drogach pośród pól szumiących zbożami i drzew, z których jedno od drugiego piękniejsze. Co lepszego od wspólnego na trzy cztery odbezpieczania tymbarków i zaśmiewania się do łez z tego co na nas czeka pod wieczkiem. Od niekończących się opowiadań i dowcipów, od chrustu zbierania z poziomkami po kieszeniach tylko po to by potem podzielic się z przyjacielem. Od wspólnych wieczorów i poranków wspólnych…
Tak bardzo wspólnych, że potem aż ze smutku sen nie przychodzi gdy już się wraca z wakacji… bo już nie ma… bo cały rok trzeba czekać na nastepny raz…

Ale za rok kochani na mur beton wszyscy zjeżdżamy do Danau…

Obowiązkowo

A może nawet zlota rocznicowego tam zrobie 😉

Bajka

Ekhem ekhem przerywnikowe

Niniejszym ogłaszam, że w piątek 6 sierpnia rozpoczynamy drugi zlot w stolicy, co by Alti tą razą przywitać i przyjąć jak należy bo nam się bidula zza tej granicy nareszcie przywiała i proszę państwa liczę na Was i zapraszam. Wpisywać się na listę w komentarzach i problemami się dzielić – kto nie ma gdzie spać a musi? a kto może przygarnąć? a kto będzie na pewno a kto tylko na 90%?
Startujemy tradycyjnie w Merlin na Polach Mokotowskich o 20.00.
Wszelkie pytania proszę na pasztetowa_raz@gazeta.pl albo standardowo pod notką.
Czekam na Was z utęsknieniem.

Mam strasznie wielopoziomowego powakacyjnego doła powrotnego… proszę nie zostawiajcie mnie z nim samej… bu

Bajka Organizacyjna Druga

Tymbark na dziś – Przyjmij wygodną pozycję

Lista obecności:

– alti (gość honorowy)
– biko
– just
– nomah
– pidzej
– zamieszany
– agatek
– awitka
– caffeine
– ula
– malinka & art
– leamun
– mlody-duchem
– halutka
– mateusz (halutowy brat)
– radzio czyli hub
– kata & porky (co za świnia 😉
– gromax
– starcu (z obstawą)
– mala jaszczurka (również)
– no i ja

jak ktoś jeszcze ma ochotę a nie ma go na liście to bardzo proszę wpisać się w komentach. no!

Baj

Nie z tej strony nie z tej strony proszę księdza Bernardyna… czyli ciąg dalszy

Hal ma łóżko skrzypiące rytmicznie z każdym głębszym oddechem, że o ruchach porywistych i gwałtownych nie wspomnę. Brzmi to co najmniej czteroznacznie. No bo w pokoju trzy dziołchy a wrażenia akustyczne jak ze szwedzkiego pornola z węgierskim reżyserem. Chichramy się pół nocy powodując jeszcze większe zakłócenia wśród nocnej ciszy. Drugie pół gdaczemy ze skrzypiącego wściekle okna. Nie ma jak świeże doznania muzyczne. W dodatku Agata opowiada nam swoje sny… a że śnią jej sie ciągle faceci mamy polewkę jakich mało… Mówi, że wcale nie erotycznie ale jak może śnić się agent 007 i nic… toż to nie uchodzi. Nie chcę nawet myśleć co mogło przyjść do głowy zbłakanej przypadkowo nocnie Słowikowej (czyli naszej nawiedzonej gospodyni) gdy dreptała pod naszymi oknami a tu skrzypy, łomoty i chichoty iście diabelskie. W tym roku bowiem pani Łucja prezentuje jeszcze wyższy poziom transcendencji osobistej i rozmów w Najwyższym. Ściany w jadalni obwieszone wizerunkami świętych we wszelkich możliwych pozach (az mi się teledyski Manaamu wspominają), gwiazdkami i modlitwami. Niezły chillout zwłaszcza po gorzkiej żołądkowej tylko ciiii bo się wyda i Łucja egzorcyzmy zacznie odprawiać dzikie. Na szczęście jest fiśnięta tak niegroźnie i mocno tolerancyjnie. Ale dobrze, że jest. No bo bez niej to by przeca nie było Danau i tej całej atmosfery. Najlepszym jednak uraczyła mnie nieco później podczas niewinnej pogawędki w drodze z pomostu. Opowiadała mi o tym ile jagód wyzbierała w lesie i że wielkie jak te hamerykańskie borówki i po co i że jeszcze się wybiera. Wstrząsające – myślę sobie ale grzecznie sposobię się na minę ‚urzekła mnie twoja historia’ i zagaduję – A nie boi sie pani kleszczy? Na to Słowikowa zabiła mnie odpowiedzią, że kleszcze to gryzą tylko grzeszników, którzy do kościoła w niedzielę nie chodzą i żyją w ogóle tak, że tylko sie pochlastać zardzewiałym końskim zgrzebłem. Umarłam i straszę 😉 Tylko do licha ciężkiego nadal nie wiem jakim cudem jeszcze żadnego zakleszczonego nie załapałam. Nic nie chcę mówić, ale za to Haluta sobie wyciungła jednego delikwenta z nogi i bynajmniej nie był to przystojny brunet wieczorową porą. Sami więc widzicie jakam grzecz(sz)na… tylko mi rzęsek jelonka Bambi brakuje i już będę jak trusia. Blee… Tylko mnie zastanawiają te seksowne ukąszenia na udach co rano – te żuki to chyba dobrze wiedzą gdzie dziabać 😉

Niestety komu w drogę temu tymbarki i machanie łapkami. Żegnamy Agatę, Mal i Artiego. Do zobaczenia w Wawie na polach kochani…

Poranki zazwyczaj witam roarami specyficznymi. Hal twierdzi, że ziewam całkiem jak jej pies. Czyżby pokrewieństwo dusz? Ale jakoś nie odczuwam jeszcze potrzeby sikania na co drugie drzewko i co trzeci krzak… chociaż… niech no pomyślę 😉 Roar roarem a od poduch wszelakim mam odciśniętą na twarzy geopolityczną mapę świata… tylko się trochę siatka kartograficzna na nosie załamuje i równik zmienia położenie razem z uruchomieniem opcji ‚ziewacz’. Nic nam sie nie chce, nigdzie nie musimy się spieszyć, gubią nam się dni tygodnia i godziny, bo to wszystko bez znaczenia. Przynajmniej tu i teraz.
Halka leniwie przeciąga się na łóżku. Wygibując się niemiłosiernie stara się ubrać. Rozmawia ze spódnicą… to chyba znak, że trzeba coś zjeść:
Hal – do kiecki – Współpracuj ze mna wurwa!
Ja – A może by się tak wstrzelić w bikini?
Hal – To się wstrzel… ja się tam z tobą nie zmieszczę 😉
Tymbark na dziś – A może by tak…?

Apetyty tu mamy nieziemskie. Zwłaszcza ja. No ale jak tu nie jeść skoro to wszystko takie pyszne. W barze roi sie od smakołyków (kartacze, soczewiaki, babki ziemniaczane, sieje i sielawy z frytkami, kapuśniaczki, barszczyki, ogórkowe, żurki, pierogi z jagodami i ruskie, krokiety pieczarkowe, surówki, małosolne ogórki, domowe placki ze śliwkami no i tymbarki rzecz jasna) w lesie od jagód i poziomek słodkich jak sen, w lodówce czeka arbuz i lody i mleko do kawy zagęszczone i masło na chleb świeży i z ziarnami augustowski jogurt. Mniam. Bal dupie. Po całości. Po bandzie 😉

Po wrażeniach odpoczywamy nad wodą wygrzewając zbolałe siniaki i ucieszone gębuchy, śmiejąc się do bólu w przeponie, pytlując zawzięcie ze Ślązakami, dokarmiając kaczuchy i łabędzie co piszczą rozbrajająco, rozwiązując krzyżówki co to chyba mocno powalony ‚układacz’ tworzył. Gdzie zamiast konkubenta jest ‚konkubin’ i generalnie hasła w stylu ‚każdy drapie swój strup’ i ‚sucha łyżka gębę drze’ powalają na kolana i trzymają w tym przykucu jeszcze długo po salwie śmiechu. Spróbujcie no wypowiedzieć w stanie wskazującym na spożycie ‚zarzewie tężca’ – ja padam 😉
Tymbark – Powinieneś tak częściej. Pewnie za czymś tęsknię… ale tu jest za ładnie by się smucić. Tu zawsze jest czas co nas uczy pogody i miejsce na uśmiechy. Liczę kolejne piegi co to całą watahą mnie nawiedzają na stałe, bez czynszu i opłat za gaz i dobrze mi i nie chcę więcej.

Ogniska i grille są boskie. W taaakim towarzystwie. Zabawa na całego. Śpiewy nie zawsze składne i przykładne ale za to ile radości. Wymyślamy o każdym króciutkie piosenki do melodii ‚cztery razy po dwa razy’ i spadamy z ławek ze śmiechu. Przykładów nie będzie bo za dużo trzeba byłoby pisać ale możecie mi wierzyć na słowo, że ból brzucha ze śmiechu gwarantowany. A kombinacje niemożebne 😉 Ale i tak wszystko smakuje jak małża – prawda Mareczku? 😉
Tyle się dzieje…

Od rana znów się byczę. Najpierw nawiosłowałam się łódką i dorobiłam się stygmatów – paluchy do krwi pozdzierane ale oczy się śmieją – wszak twardam jak Roman B. Dałam radę. I tylko to sie liczy. Halu dzięksy za nawigację 😉

Leżę sobie na pomoście z muszelką ślimaka w pępku, jezioro wysycha na mnie bez pośpiechu, bez zegarka, bez kalendarza, bez zmarwień… nogi spuściłam w dół i majtam nimi w wodzie przeczystej po każdy kamyk widoczny jak pod szkłem i muł wzbijam do góry i rybki małe przestraszam… o niedobra ja… a w trójce Charlie… bosko jest… hmmmm
I nawet ten Tymbark pasuje znów jak ulał 😉

Idźmy spać… jutro wcześnie wstać trzeba… jutro wielki dzień… goście goście

CDN… JAKOŚ NIEDŁUGO

Chryzantemy złociste w półlitrówce po czystej stoją na fortepianie i nie podlewa ich wurwa nikt…

Zdołałam przetrwać zlot w pełni sprawności organizacyjnej i z energią na poziomie walniętego w czambuł duracellowego kicaka. Ufff. Mam wrażenie, że nie było najgorzej, nawet pomimo całkowitego roztrzepania i iście bajkowego braku koordynacji psycho-ruchowo-myślowej. Daliśmy radę. Mało tego. Dałam radę nawet napisać notkę post-zlotową w noc tuż przed mocno (jak na mnie) poranną pobudką. No bo jak to tak mogłoby być żeby organizer nie zanotował relajszona. Toż to być nie może. To specjalnie dla Ciebie Biko… bo nie dałbyś mi spokoju, że zlota zrobiłam i nie napisałam o każdym parasolowym czubeczku… i za to pewnie też Cię tak laf 😉

Chrapię jak stary cieć nad hałdą żwiru… i zapewne rozpycham się w halkowym łóżku.

6.00 to śmierć dla mojego układu nerwowego. Wszystkie neurony tańczą z synapsami białe tango w metrum kankana skrzyżowanego z kulawym fokstrotem. Pomyśleć, że w ciągu ostatniego weekendu spałam łącznie 8 godzin w tym tej nocy trzy i pół (ale to pół jakieś felerne). Rano Haluta oczywiście z włączoną wersją naćpanego haszem skowronka radośnie ćwierka wwiercając mi się gdzieś w górne rejestry sennych majaczeń, że ‚wstawać już pora’. No to wstałam. Co było robić. Wgryzłam się w kawę, wyszczotkowałam klawikord ustny, zapakowałam tyłek na siodełko i wyrowerowałyśmy w dal siną, mocno poranną jeszcze i mało zaspalinioną. Dal okazała się nie być odległą ale w duchocie miasta nawet godzina 7 wygrywa z rexoną z reklamy, gdzie wyglansowana pani-szpieg dusi zidiociałego pana-nie-wiadomo-co pachą luksusową i zdążyłyśmy spocić się po mysiemu (swoją drogą czy kto widział spoconą mysz?). Na dworcu jeszcze kłik spik z Malinową Mamutą, odbieramy rolki dla Mal i hola do przedziała. Rowerry powieszone na hakach, my zainstalowane na fotelach – można ruszać. Wysyłam pierwszego podróżnego esemesa. Otwieramy pierwszego Tymbarka – A może nad morze? Śmiech…

Do Augustowa docieramy razem ze słońcem. Chwilowym. Od Malinezji i Artiego dowiadujemy się, że będzie lało. Phi. Co to dla nas. Nie mamy sztormiaków ale deszcze nam nie straszne. Nie takie rzeczy i tak dalej.
Wsiadamy na rowery i goł nach jezioro…
Po 15 minutach zaczyna padać. Uśmiechy zamazują mi się w lewym okularze ale humory mamy przednie.
Po pół godzinie humory mamy już mocno tylne. Zwłaszcza, że z prawdopodobnie najbardziej suchym miejscem w naszych ciałach są gardła. Kierowcy TIR-ów bardzo uprzejmie dostarczają nam płyny z przydrożnych kałuż jakby nam przypadkiem z nieba było mało. Fajnie jest. Gdyby nie mokry tyłek i mina Rocky Balboa z finałowej rundy czułabym się nawet ponętna…
Na miejscu czuję się mocno pociągająca. Niestety tylko nosem. Cała nadzieja w plecakach, które zabrałyśmy ze sobą, bo te dostarczone wcześniej (o dzieku ci Krzysiu za ciebie i samochód twój wspaniały) są bezpiecznie zamknięte w którymś z pokojów. Niestety. Triumfalnie wyciągnięte spodnie okazują się posiadać imponującą mokrą plamę dokładnie w miejscu, w którym posiadać jej wyjątkowo nie powinny. Drugie mają gustowne mokre pasy w kolanach. Decyduję się na bramkę numer dwa i ustalam nowy trend – sucha katana mokre kolana. Haluta wybiera zonka i popyla w legginsach. Odzież dojazdową możemy wyżymać.

Po chwili zjawiają się ‚nasi’: Marta z Krzysiem (szkoda, że muszą już wyjechać), Mal z Arturem, Adi i Agata no i ofkurs jedyny w swoim rodzaju wytęsknieni i wyczekani przez nas Ślązacy (Bożka i Marek z dziewczynami oraz Ewelina z Krzyśkiem – uściski kochani). I już jest pięknie i już mokre tyłki boleć przestają i już czujemy jak bardzo nam tego miejsca i tych ludzi brakowało. A do tego na deser mam swoja ukochaną burzę. Na jeziorze wygląda jeszcze lepiej niż zwykle. Granat po prostu wlewa się na błękit, szybkość wiatru w chmurach powala na kolana i te błyski co łączą grafit nieba z groźną teraz i przyciągającą spojrzenia taflą wody i grzmoty co włoski na karku jeżą przyjemnymi dreszczami… Nie mogę powiedzieć na co mam ochotę w takich chwilach ale to nie ma nic wspólnego z tym co macie na myśli… świntuchy 😉

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów budzę się z uśmiechem godnym southparkowych ludzików. Słońce świeci mi w twarz przezokiennymi prześwitami i widzę i czuję i mam… wakacje. Takie moje, wyczekane, wypragnione i wymarzone w dusznych tramwajach gwarnych ulic miasta. Poranek pachnie latem i nagrzanym lipcowymi promieniami pomostem z łódkami przycupniętymi jak te kaczuchy w szuwarach drzemiące z łepkami wzruszająco wciśniętymi pod skrzydła. Ważki snują się nad wodą mieniąc się wszystkimi kolorami tęczy i już jest pięknie. Aż się człek sam w zadumie przytula cały w środku i głaszcze tym widokiem i uśmiech wewnętrzny pielęgnuje po koniuszki palców zdrętwiałe w uścisku i po oczy całe w blasku i iskierkach. I cieszy się, że to dopiero początek, że jeszcze tyle takich chwil przed nim, ‚na pewno znasz te poranki gdy wszystko co widzisz obietnicą cudu jest… jeśli wiesz co chcę powiedzieć’… Bo dla takich chwil warto żyć. Choćby były tak ulotne jak te migawki wakacyjnych półuśmiechów z całym światem. A potem zima będę wracać do tych zapisków i ogrzewać się ciepłem każdej literki, w którą włożyłam tyle siebie z tego pomostu…
Śniadanie mistrzów z kawą pitą bez pośpiechu, bez celu i bez codziennych zmartwień. Czuję się lekka i zdrowa. Mogłabym sie uzależnić. Od zaraz. Z abonamentem na tysiąc lat. Tymbark na dziś – To miejsce ten czas…

W miłym towarzystwie Hali i czterech pedałów rowerujemy się po lasach Suwalszczyzny. Muchy nam w zębach szeleszczą czaczę a wiatr gra z mikrospódniczkami w kucanego berka odkrywając wszystko co zakryte pozostać winno. Nabywamy nowych doświadczeń przerzutkowo-krzaczastych i zadrapań do siniakowej kolekcji z cyklu ‚moje trofeum wyjazdowe’. Po przejechaniu 30 km czas na posiłek. Wita nas nasz ulubiony bar z najlepszą pod słońcem sieją, kwiatkami co wszędzie rosną i płotem co widok jest za nim taki, że dech w piersiach zapiera i unosi w zachwyty bezbrzeżne. Fajno jest. Losuję dla Hal bigmilka z patykiem szczęśliwym co to za niego dostanie w prezencie drugiego z zawartością.
Rozwala mnie jej tekst: – A ciekawe jaki czubeczek ma nasz parasol? (Oczywiście jako jedyny miał czubeczek czerwony… mało tego… był to jedyny czerwony parasol z kilkunastu w tym barze) I już wspominamy zlot i kochanego Biko i całą resztę uchachanej ferajny i znów aż gębucha sama się cieszy.
Tymbark na dziś – Rozłożyłeś mnie na łopatki.

Po powrocie stwierdzamy brak ciepłej wody pod prysznicami. Mogę się zatem jeszcze przez trochę cieszyć moją całkiem nową opalenizną. Nie muszę jej zmywać 😉 Jak tak dalej pójdzie strzaskam się na mahoń… chyba, że po centymetrze sama odpadnie. Przerywam dywagacje i hopsa do jeziora robię…
I tu siurpryza. Pęka mi plasticzane zapięcie stanika od kostiumu. W ostatniej chwili łapię ‚kierownika mleczarni’ by całemu światu nie ukazać widoku co to na plaży naturystów bardziej można zaobserwować tego biustu mego co to posiadam a nie noszę 😉 Wredna szujka z tego zapięcia nie ma co. Dobrze, że Hal ma agrafkę i jakoś można dotrwać do popołudnia.

Wieczorem zbieranie chrustu i poziomek i ognisko i śpiewy i nastroje i oczy błyszczące i woltaże przeróżne i opowieści i kiełbasa prosto z osmalonego patyka uwędzona na węgiel czarny i dowcipy i towarzystwo najmilsze i życzliwi ludzie sami i skry co sypią się pod niebo z sosnowych igiełek i żywicą pachnące dłonie i granie na trąbce w charakterze mandoliny w porywach do gitarry i konie kraść by można było… tylko po co.
Bożka z Markiem uczą nas śląskich piosenek, nawet dziewczyny choć z rówieśnikami siedzieć wolały patrzą zasłuchane, Krawczykowie lepsi od serialowego duetu Kasi i Tomka droczą się komicznie. Towarzystwo roześmiane, rozśpiewane, rozmarzone. I warto znów zatrzymać czas… dla tych widoków, dla tych ludzi i dla tych wspomnień co właśnie się rodzą a już są warte wszystkich piór świata.

53 km do Augustowa i z powrotem na rowerach po kostium kąpielowy to absurd. W trzydziestostopniowym upale to absurd absolutny. A w szortach i krótkiej kiecce ruchliwym poboczem to już w ogóle komedia. Panowie kierowcy roztrąbili sie niejednokrotnie z zachwytu ale dam sobie uciąć ręke i dorzucę lewe ucho, że to za sprawą niebieskich halkowych spodenek. Wszak jechała z przodu. W Augustowie spędziłyśmy trzy godziny łażąc po sklepach i szukając dla mnie bikini. No bo przymierzyć wszak trza było i zaprezentować i aprobatę uzyskać a i samemu się lustra nie przestraszyć. Zakupy to koszmar. Ale udało się. Kupiłyśmy, pizzę wchłonęłyśmy i popedałowałyśmy z do dom. Dotarłyśmy wieczorem z tyłkami obolałymi nieziemsko, chodzące jak lafiryndy chodnikowe po weekendowych nadgodzinach, brudne jak wszyscy diabli po wykopkach ale szczęśliwe mimo much gdzie tylko się da (a gdzie się nie da tym bardziej), obdrapane i obsiniaczone od pedałów i przydrożnych chaszczy, wysmarowane smarem po pachy, zmachane jak po gonitwie rodowodowych chartów.
Tymbark na dziś – zrób to dla siebie.

I czas na lody 😉

Kocham prysznice, kocham mydło, kocham szampon (co to po nim powinnam orgazm jak pani z reklamy przeżywać wielokrotny a małpy bananami karmić), kocham truskawkową pastę paszczękową a już najbardziej kocham człowieka co wymyślił łóżko 😉
I choć w moim żuki jakoweś robiły sobie pidżama party to i tak nie przeszkadzało mi to zasnąć w drodze do poduszki. A myślałam, że w łóżku jestem w stanie tolerować tylko nieziemsko przystojne łydki rodzaju męskiego. Chrrrr…

CDN… RANO