Nie z tej strony nie z tej strony proszę księdza Bernardyna… czyli ciąg dalszy

Hal ma łóżko skrzypiące rytmicznie z każdym głębszym oddechem, że o ruchach porywistych i gwałtownych nie wspomnę. Brzmi to co najmniej czteroznacznie. No bo w pokoju trzy dziołchy a wrażenia akustyczne jak ze szwedzkiego pornola z węgierskim reżyserem. Chichramy się pół nocy powodując jeszcze większe zakłócenia wśród nocnej ciszy. Drugie pół gdaczemy ze skrzypiącego wściekle okna. Nie ma jak świeże doznania muzyczne. W dodatku Agata opowiada nam swoje sny… a że śnią jej sie ciągle faceci mamy polewkę jakich mało… Mówi, że wcale nie erotycznie ale jak może śnić się agent 007 i nic… toż to nie uchodzi. Nie chcę nawet myśleć co mogło przyjść do głowy zbłakanej przypadkowo nocnie Słowikowej (czyli naszej nawiedzonej gospodyni) gdy dreptała pod naszymi oknami a tu skrzypy, łomoty i chichoty iście diabelskie. W tym roku bowiem pani Łucja prezentuje jeszcze wyższy poziom transcendencji osobistej i rozmów w Najwyższym. Ściany w jadalni obwieszone wizerunkami świętych we wszelkich możliwych pozach (az mi się teledyski Manaamu wspominają), gwiazdkami i modlitwami. Niezły chillout zwłaszcza po gorzkiej żołądkowej tylko ciiii bo się wyda i Łucja egzorcyzmy zacznie odprawiać dzikie. Na szczęście jest fiśnięta tak niegroźnie i mocno tolerancyjnie. Ale dobrze, że jest. No bo bez niej to by przeca nie było Danau i tej całej atmosfery. Najlepszym jednak uraczyła mnie nieco później podczas niewinnej pogawędki w drodze z pomostu. Opowiadała mi o tym ile jagód wyzbierała w lesie i że wielkie jak te hamerykańskie borówki i po co i że jeszcze się wybiera. Wstrząsające – myślę sobie ale grzecznie sposobię się na minę ‚urzekła mnie twoja historia’ i zagaduję – A nie boi sie pani kleszczy? Na to Słowikowa zabiła mnie odpowiedzią, że kleszcze to gryzą tylko grzeszników, którzy do kościoła w niedzielę nie chodzą i żyją w ogóle tak, że tylko sie pochlastać zardzewiałym końskim zgrzebłem. Umarłam i straszę 😉 Tylko do licha ciężkiego nadal nie wiem jakim cudem jeszcze żadnego zakleszczonego nie załapałam. Nic nie chcę mówić, ale za to Haluta sobie wyciungła jednego delikwenta z nogi i bynajmniej nie był to przystojny brunet wieczorową porą. Sami więc widzicie jakam grzecz(sz)na… tylko mi rzęsek jelonka Bambi brakuje i już będę jak trusia. Blee… Tylko mnie zastanawiają te seksowne ukąszenia na udach co rano – te żuki to chyba dobrze wiedzą gdzie dziabać 😉

Niestety komu w drogę temu tymbarki i machanie łapkami. Żegnamy Agatę, Mal i Artiego. Do zobaczenia w Wawie na polach kochani…

Poranki zazwyczaj witam roarami specyficznymi. Hal twierdzi, że ziewam całkiem jak jej pies. Czyżby pokrewieństwo dusz? Ale jakoś nie odczuwam jeszcze potrzeby sikania na co drugie drzewko i co trzeci krzak… chociaż… niech no pomyślę 😉 Roar roarem a od poduch wszelakim mam odciśniętą na twarzy geopolityczną mapę świata… tylko się trochę siatka kartograficzna na nosie załamuje i równik zmienia położenie razem z uruchomieniem opcji ‚ziewacz’. Nic nam sie nie chce, nigdzie nie musimy się spieszyć, gubią nam się dni tygodnia i godziny, bo to wszystko bez znaczenia. Przynajmniej tu i teraz.
Halka leniwie przeciąga się na łóżku. Wygibując się niemiłosiernie stara się ubrać. Rozmawia ze spódnicą… to chyba znak, że trzeba coś zjeść:
Hal – do kiecki – Współpracuj ze mna wurwa!
Ja – A może by się tak wstrzelić w bikini?
Hal – To się wstrzel… ja się tam z tobą nie zmieszczę 😉
Tymbark na dziś – A może by tak…?

Apetyty tu mamy nieziemskie. Zwłaszcza ja. No ale jak tu nie jeść skoro to wszystko takie pyszne. W barze roi sie od smakołyków (kartacze, soczewiaki, babki ziemniaczane, sieje i sielawy z frytkami, kapuśniaczki, barszczyki, ogórkowe, żurki, pierogi z jagodami i ruskie, krokiety pieczarkowe, surówki, małosolne ogórki, domowe placki ze śliwkami no i tymbarki rzecz jasna) w lesie od jagód i poziomek słodkich jak sen, w lodówce czeka arbuz i lody i mleko do kawy zagęszczone i masło na chleb świeży i z ziarnami augustowski jogurt. Mniam. Bal dupie. Po całości. Po bandzie 😉

Po wrażeniach odpoczywamy nad wodą wygrzewając zbolałe siniaki i ucieszone gębuchy, śmiejąc się do bólu w przeponie, pytlując zawzięcie ze Ślązakami, dokarmiając kaczuchy i łabędzie co piszczą rozbrajająco, rozwiązując krzyżówki co to chyba mocno powalony ‚układacz’ tworzył. Gdzie zamiast konkubenta jest ‚konkubin’ i generalnie hasła w stylu ‚każdy drapie swój strup’ i ‚sucha łyżka gębę drze’ powalają na kolana i trzymają w tym przykucu jeszcze długo po salwie śmiechu. Spróbujcie no wypowiedzieć w stanie wskazującym na spożycie ‚zarzewie tężca’ – ja padam 😉
Tymbark – Powinieneś tak częściej. Pewnie za czymś tęsknię… ale tu jest za ładnie by się smucić. Tu zawsze jest czas co nas uczy pogody i miejsce na uśmiechy. Liczę kolejne piegi co to całą watahą mnie nawiedzają na stałe, bez czynszu i opłat za gaz i dobrze mi i nie chcę więcej.

Ogniska i grille są boskie. W taaakim towarzystwie. Zabawa na całego. Śpiewy nie zawsze składne i przykładne ale za to ile radości. Wymyślamy o każdym króciutkie piosenki do melodii ‚cztery razy po dwa razy’ i spadamy z ławek ze śmiechu. Przykładów nie będzie bo za dużo trzeba byłoby pisać ale możecie mi wierzyć na słowo, że ból brzucha ze śmiechu gwarantowany. A kombinacje niemożebne 😉 Ale i tak wszystko smakuje jak małża – prawda Mareczku? 😉
Tyle się dzieje…

Od rana znów się byczę. Najpierw nawiosłowałam się łódką i dorobiłam się stygmatów – paluchy do krwi pozdzierane ale oczy się śmieją – wszak twardam jak Roman B. Dałam radę. I tylko to sie liczy. Halu dzięksy za nawigację 😉

Leżę sobie na pomoście z muszelką ślimaka w pępku, jezioro wysycha na mnie bez pośpiechu, bez zegarka, bez kalendarza, bez zmarwień… nogi spuściłam w dół i majtam nimi w wodzie przeczystej po każdy kamyk widoczny jak pod szkłem i muł wzbijam do góry i rybki małe przestraszam… o niedobra ja… a w trójce Charlie… bosko jest… hmmmm
I nawet ten Tymbark pasuje znów jak ulał 😉

Idźmy spać… jutro wcześnie wstać trzeba… jutro wielki dzień… goście goście

CDN… JAKOŚ NIEDŁUGO

6 uwag do wpisu “Nie z tej strony nie z tej strony proszę księdza Bernardyna… czyli ciąg dalszy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s