A planety szaleją szaleją… czyli ciąg dalszy ciągu dalszego ;)

Wstajemy o 6.00 ale mimo koszmarnie wczesnej pory i wczorajszej imprezy wieczornej (szkoda, że Agaty, Mal i Artiego nie było już z nami) połączonej z ogólnym rykowiskiem do księżyca tu budzę się radośnie z bananem od ucha do ucha. Bo szkoda życia na sen gdy świat szykuje tyle niespodzianek. I trzeba być gotowym aby je wszystkie przyjąć i nie ominąć Ani jednej. Taka ominięta Ania może już nigdy więcej się do nas nie uśmiechnąć a to byłaby nieodżałowana strata 😉

Dziś mamy nasze małe święto. Dziś przyjeżdżają do nas goście. Goście goście. Pobyć z nami, pouśmiechać się radośnie, pocieszyć z opowiadań, pozachwycać widokami, po… prostu.
Wsiadamy na rowery jeszcze śpiąc. Mylą mi się przerzutki i prawie ląduję nosem w puchatym od mchu rowie. Jakoś nieszczególnie mam chyba na to ochotę. Chyba żeby się tak na troszkę zdrzemnąć gdzieś w porostach… może Halutka nie zauważy i pojedzie dalej a ja potem powiem, że badałam podłoże pod zasiew pieczarek… organoleptycznie.

Nie jestem pewna czy by na to poszła ale na wszelki wypadek dziarsko roweruję dalej. Niby ciepło. Ale zaraz przyjemnie orzeźwia nas chłód poranka. Tempo niezłe. Jedziemy na 3/6 i nieźle się tymi odnóżami przebiera. Uliczki o tej porze puste, ptaki rozśpiewane, kwiaty na łąkach z rosą jeszcze, drzewa dają miły dla moich przypieczonych ramion cień. Dziś będzie gorąco. Już to czuję…

Nomah dopedałowała prawie do Nowinki. Z Augustowa. Po upojnej nocy spędzonej w pociągu wraz z rowerem i różnymi panami sympatycznymi. Przeżyła. Dała radę. Wyjechałyśmy jej na przeciw. Z daleka było już widać uśmiech numer dwa i dziękczynne hosanny zamiast kurwików w oczach. Na powitanie wysapała nam jak dobrze nas widzieć a nastepnie prawie zatrajkotałyśmy ją w dętkę opowieściami co jak z kim po co i dlaczego. Odprężone lekko i przekąszone – może jeszcze po parówce? – ruszamy z powrotem. Znaczy my z powrotem bo Nomah nie. Nomah naprzód. Jedziemy przodem a ona nawija z tyłu. Tyle mamy do opowiadania. Droga mija bardzo szybko i już jesteśmy na miejscu. Zapoznajemy Nomah z najbliższą okolicą i pozwalamy w końcu jej odpocząć.

Po śniadaniu byczymy się oczywiście na pomoście opalając swoje boskie członki i rozwiązując głupawe krzyżówki. Mała rzecz a cieszy. Mam hasło ‚partner wadery’… a skąd ja mam niby wiedzieć kto to co to ten ta to wadera… a jeszcze do tego partner… mam zaćmienie ale to zrozumiałe po takiej nocy i takim poranku myślenie jest nastawione na opcję ‚mnie tu nie ma’. Pasuje ‚hasior’. Nie wiem tylko co Hasior na to. Nom się śmieje. Też nie wie. Pyta – A co to wadera?. Odpowiadam – A kij wie… ale hasior pasuje… może się nie obrazi. Dopiero potem dociera do moich płatów czołowych jakaś wyjąca wściekle wilczyca i jej partner – basior 😉 Śmiechu jest co nie miara. Po szuwarach rozlewa się nasz jeziorny rechot.

Moczymy nogi w wodzie. Kaczuchy już dokarmione. Odbezpieczamy tymbarki. Brzuchy w górze. Robimy się na skwarki. Apetycznie przypieczone 😉 Zwłaszcza Nom, która już się zaróżowiła od słońca a Hala rozkłada na łopatki kolejny wymysł niespełnionego szaradzisty. Ja mam głupawkę, czyli norma społeczna wyrobiona.
Hal – ‚lekarstwo na niestrawność’
Ja – Banji! – taki skok na pewno wyleczy każdą niestrawność… do cna 😉
Nom rechocze…
Potem wymyślam hasło: ‚odgłos skrzypiącej huśtawki na pięć liter’…? – ‚iiiii’! Mamy tu taką jedną strrrrasznie skrzypiącą panią huśtawkę, która z racji specyficznych wrażeń akustycznych pozostaje pusta. Trzeba się było naoliwić pani droga 😉

Wieczorem zbieramy w lesie chrust i poziomki. Jedno drewienko na drogę i pięć poziomek do buzi. Słodko, pysznie, mniam. Szykujemy ognisko bo Zamieszany już w drodze. Przyjedzie akurat na czas, kiedy powinno się wystrzelać pod niebo płonące w ogniu szyszki. Skubianiutki. Ale cieszymy się, że przyjedzie. Wszyscy poza Ślązakami wyjechali więc miło, że będzie nas więcej. Zawsze to więcej radości, więcej pomysłów, więcej kiełbasek w ognisku. Przez te nasze cowieczorne płomienie las jest wyczyszczony z chrustu jak mamutowa kuchnia po wolnej sobocie. Wystarczy wpuścić turystów do lasu by mieć w nim porządek. Teraz nie walają się tu żadne suche gałęzie. Mało tego. Nawet te ścięte drzewa mają równiutko poobłamywane konary. Debeściaki z nas. Nie ma co. Ale w tym roku nie wynosiliśmy już z lasu ciętych belek… przynajmniej nie za dnia. Bo potem to już ciemno było i nic nie było widać… a czego oczy nie widzą to i sąsiad nie nakrzyczy 😉

Zamieszany przyjeżdża w samą porę. Wszak Tymbark na wieczór głosi – Tyle mamy do wypicia… Oj mamy 😉 Się działo proszę państwa, się działo. Na to co i jak spuśćmy zasłonę milczenia. Grunt, że powrotna droga do domu przyjemnie się wydłużała i kręta była jak róg Wojskiego (co to nie miał wcale na imię Natenczas) cętkowany a śpiewy i śmiechy po jeziorze się niosły i okolicy donośne i dźwięczne. Sąsiedzi na polu namiotowym byli zachwyceni (potem gratulowali nam pięknych piosenek na głosy śpiewanych)… albo bali się protestować gdy Zamieszanego z drągiem ujrzeli i Marka z Krzyśkiem śpiewających ‚moblikiem se jada na szychta’ i inne przyśpiewki ludowe. Mnie osobiście rozwalił ‚ten byk, co krowę cyk’ a Markowi wszystko smakowało jak małża. Bożka z Eweliną zaśmiewały się do łez z mężowskich popisów (Ewelina prawie spadła z krzesła) ale wyglądały na szczęśliwe, że są tu z nami. My też wyglądałyśmy. I byłyśmy. Bardzo 😉

Zamieszany raczy nas opowieściami dziwnej treści. A to stwierdza, że ma za krótkie nogi bo czuje jak mu buty śmierdzą a to wspomina wyprawy i podróże. Genezy naszego ulubionego już powiedzenia wyjawiać nie będę… grunt, że Marek wygłasza nagle tekst, że ‚głodny Rumun wszystkiego się chwyci’ i wszyscy rżą jak dzicy. Jeszcze dłuugo bedziemy wspominać dowcip naszych Ślązaków ;))

Noc spędzam na pomoście. Bywa naprawdę piękna. Zwłaszcza gdy wokół nikogo prócz kaczuch drzemiących w trzcinach i gdy mapa gwiazd w górze wyraźna jak ognisko na drugim brzegu jeziora. Pomost paruje dniem. Jeszcze nagrzany słońcem. Woda ciepła. Niby nic do szczęścia więcej… ale samotne dobranoc…

Weekend minął tak szybko, że wręcz niezauważalnie tak cudnie było i… nastał poniedziałek. A w poniedziałek jak to 26 lipca – imieniny pań posiadających najpopularniejsze imię na świecie. Korzystając z okazji pragnę wtrącić, że wieczorem wypiłam zdrowie chyba wszystkich Ań… i to parokrotnie, więc powinny mieć się dobrze jeszcze co najmniej przez dwie reinkarnacje 😉 I bardzo serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia… zwłaszcza mamie Łyknij Hjuston 😉 Od rana już wiedziałam, że coś się święci. To, że Haluta wstała wcześnie to nie nowość, bo ona zawsze powalona i w skowronka się bawi ćwierkając o skandalicznie kosmicznych godzinach, gdy normalni ludzie przewracają się z boku na bok pochrapując w rytmie boogie… ale Zamieszany to mnie zdziwił. Bo wstał wcześnie. A jemu to się nie zdarza nawet jak musi. No a jak wycyrklowali tak, żeby akurat beze mnie do sklepu pojechać to już wiedziałam co się święci. Specjalnie się nawet nie zdziwiłam, że nie było ich dobrych parę godzin mimo, że sklep trzy rzuty sandałem stąd. Nomah sie zdziwiła ale tylko przelotnie. Poczekałyśmy.
Było bosko. Niespodziewaną zupełnie udałam pierwszorzędnie, że niby kolejka taka myślałam i w ogóle, że nigdy w życiu bym się nie spodziewała itepe… Ale faktycznie nie spodziewałam się kwiatów i czereśni i sękacza i chleba pachnącego ciepłem i lizaków co pięć minut wręczanych i uśmiechów… z samych Suwałk. Kochani moi – wielkie cmoki dla Was 🙂 Zwłaszcza za te parówki z Łysych. Przynajmniej włosów nie było 😉

Potem było juz tylko bajkowo. Choć smutno było żegnać Zamieszanego i Nom wracających do Warszawy z minami a la zbity cockerspaniel. Przyjechał Pablos… tylko po to by spędzić z nami ten dzień… bo wieczorkiem już niestety także musiał się ewakuować. Ale i tak podziwiamy go tysiąckrotnie, że mu się chciało i że z nami i w ogóle, że był 🙂

Wieczorem było potężne (dla wszystkich) woltażowanie imieninowe (oktan lał się strumieniami) przy ognisku wysokim jak drapacz chmur. Sosnowe igiełki pachniały jak nigdy, iskry wzbijały się pod niebo jak świetlisty deszcz a my spędzaliśmy czas ciesząc się swoim towarzystwem i zaśmiewając z kolejnych potyczek słownych Ewelinki i Krzysia, kolejnych świetnych tekstów Marka i groźnych – po krupniku – min Bożki. A Hal… cóż o Hal można powiedzieć, że jej psyche zasnęła szybciej niż jej soma. Film urwał jej się jak w starym kinematografie i od momentu przyniesienia przeze mnie z podwórza cudnego żabiego ‚księciunia’ w celach matrymonialno-molestacyjnych do chwili przebudzenia z kacem mordercą w jednym łóżku nie pamięta nic a nic…
Ale o tym co się działo i jak i dlaczego i z kim to dyplomatycznie przemilczę… bo mnie zaciuka starym kapciem na śmierć 😉 Tylko bardzo ale to bardzo bardzo mi się podobało jej poranne wybełkotane ‚Ssso robiłłłyśmy fffczoraj wieczczorem? hę?’… ja za to z trudem włączyłam lokalizator przestrzenny i namierzyłam… brak swetra. Skubany. Znalazł się na dole ale w kieszeniach miał tyle chrustu, że mogłabym zrobić ognisko co by czajnik nastawić. Wytrzepałam drania. Niech sobie nie myśli…

Czytam na głos Tymbark na dziś – Jeszcze po jednym?
Hal błyskawicznie z nimfy o zielonym obliczu zmienia się w bazyliszka i zabija wzrokiem. To… ja poproszę o telefon do przyjaciela 😉

Dziś ma przyjechać Thorr. Już nie możemy się doczekać. Pada drugi dzień a on obiecał, że przywiezie ładną pogodę. Ciekawe tylko jak tej pogodzie na imię 😉 I czy ma nektarynki ta pogoda… bo mnie się chce… i śledzia i parówek i czereśni… i w ogóle. Snujemy się po okolicy wymyślając głupawe wierszyki, czytając książki i patrząc sobie w oczy w celech badawczo-ochronnych. Dobrze, że są Ślązacy. Zawsze to jakaś rozrywka 😉

U nas tylko scenki rodzajowe z cyklu Total Bałałajka Szoł i zaczyna nam odwalać w sposób synchroniczny – albo najpierw mnie a potem jej… albo na odwrót.

Hala odkryła na podłodze pukiel swoich włosów (to nie ja jej wyrwałam nie patrzcie tak na mnie) i się ucieszyła. Ćwierknęła radośnie z wrodzoną sobie bystrością – O! moje kłaki!
Bardzo mnie to uradowało, bo wreszcie okazało się, że nie tylko ja zmieniam upierzenie – No! Nareszcie nie moje 😉
Hala podchwyciła klimat – Nareszcie widzę, że mam włosy…
Pomysleć, że niektórym do tych celów służy lustro lub ewentualny zez lewobrzeżny 😉

Głupawka atakuje dalej. W dodatku jakieś larwunie i absztyfikanty włączyły SE pod naszym oknem jakieś straszne tłuczenie. Umcy umcy rozlega się w mojej głowie jak młot pneumatyczny o niedzielnym brzasku po dwudniowych libacjach na podwórzu pana Heniutka. Nie wytrzymię no jak pragnę podskoczyć. Wrzeszczę – Nożeszwurwajegokwiatek! Ściszcie to gówno i powiedzcie kto was spłodził to was pomszczę!
Hal kwiczy… ja po chwili też.
Umieramy. Młody przybywaj i szczel nas wew potylice 😉

Przyyyyjeeeeechaaał!!!
Przyjechał przyjechał przyjechał i przywiózł KADARKĘ. Tadaam!! Hy hyhy hyhyhy. Nie to oczywiście żebym jakoś tylko dla tej kadarki się cieszyła czy jak… ale zawsze to milej podróż płynie gdy w karimatach po dwie butle wina siedzą i czekają na spotkanie. Prawda Młody? 😉
I pogoda się znalazła. Faktycznie ładna. W barze z sieją i tymbarkami dziamgotaliśmy zaciekle o wrażeniach Warszawsko-Łódzko-Augustowsko-Suwalskich a słońce landszafty nam nad głowami malowało poetyckie. Zachód jak w mordę strzelił. Ech…
Potem było wino i radość i śpiew i kobiety i mężczyźni, którzy próbowali mi wmówić, że wszystko mi się z jednym kojarzy. A to nie prawda. Oszczerstwo absolutne. Z drugim też mi się kojarzy 😉

A w nocy miałam bardziej powalony niż zwykle sen. Pamiętam tylko, że byłam gdzieś dramatycznie spóźniona (czyli w sumie norma), nawalona (przemilczę), miałam umalowane jedno oko (na resztę makijażu jakoś się nie zdobyłam najwyraźniej) i byłam w ślubnej kiecuni od Prady (nie wiem jak zdołałam zapamiętać tyle szczegółów) a w rękach dzierżyłam drące się w niebogłosy niemowlę płci męskiej ufajdane po pachy i miałam za zadanie przewinąc je w rytmie rumby wywijając przy okazji zgrabne hołubce do melodii ludowych. KOSZMAR! Czy jest na sali psychiatra?

Następnego dnia rowerowaliśmy sobie nad Wigrami łapiąc za kołnierze ważki i rycząc po lesie jak jelenie
albo pohukując jak bździągwy rosochate. Fajnie było. A potem jeszcze fajniej bo przyjechała Nomah, Agatek (tu Agatek i ja z kombinerkami – próbuję wyciągnąć z jej języka kolczyk, którego za Chiny Ludowe nie dało się ruszyć)

i Zamieszany. Wiedziałam, że się stęsknia i wrócą. Agatek dopiero pierwszy raz… ale wiem już, że nie ostatni. Nie wytrzymaliby bez Danowskich i bez nas oczywiście 😉
Bo bez nas wszystkich tutaj nie byłoby tak radośnie i nie byłoby fristajlowych nocnych eskapad pomostowych i moczenia nóg w jeziorze i kaczuch karmienia i łabędzi głuszenia i wierszyków układania i makaronu z sosem co to Młody jeszcze w domu robił i przywiózł i nie byłoby nocnej wyprawy na rowerach do oddalonej o 30km stacji benzynowej bo skończyły się procenty a my jeszcze nie chcieliśmy spać i nie byłoby zaliczania rowów i śpiewów wszelakich co by echolokację włączyć bo ciemno choć oko wykol a my drogą nieznaną bez świateł i zygzakiem po szosie śmigaliśmy pijaniutcy i wesolutcy aż na licznikach co po niektórzy mieli 40 przejechanych km. Można się uzależnić. Prawda?
Ja się uzależniłam…

Ale to takie bardzo miłe uzależnienie. Od ludzi i uśmiechów, od miejsc i zachodów słońca, od wszystkiego co najlepsze bo takie kochane…

Bo co jest lepszego od nocnych w jeziorze kąpieli gdy woda gładka jak wiśniowa galaretka na serniku z lodówki dopiero co wyjętym i niebo gwiaździste nad nami i droga mleczna jak linia życia na dłoni ukochanej osoby i mgła co nad jeziorem jak lekka kołderka otula wszystkie marzenia. Co… od nocy, która nas kocha i od dnia, który budzi. Co jest lepszego od rowerowych wycieczek w najmilszym towarzystwie i śpiewów na całe gardło ‚do lata, do lata, do lata piechotą będę szła’ albo ‚cykady na cykladach’ choć pęd powietrza zatyka i z górki na pazurki zjeżdżanie tyłkiem wzwyż grozi pogubieniem klawiatury na krętych drogach pośród pól szumiących zbożami i drzew, z których jedno od drugiego piękniejsze. Co lepszego od wspólnego na trzy cztery odbezpieczania tymbarków i zaśmiewania się do łez z tego co na nas czeka pod wieczkiem. Od niekończących się opowiadań i dowcipów, od chrustu zbierania z poziomkami po kieszeniach tylko po to by potem podzielic się z przyjacielem. Od wspólnych wieczorów i poranków wspólnych…
Tak bardzo wspólnych, że potem aż ze smutku sen nie przychodzi gdy już się wraca z wakacji… bo już nie ma… bo cały rok trzeba czekać na nastepny raz…

Ale za rok kochani na mur beton wszyscy zjeżdżamy do Danau…

Obowiązkowo

A może nawet zlota rocznicowego tam zrobie 😉

Bajka

2 uwagi do wpisu “A planety szaleją szaleją… czyli ciąg dalszy ciągu dalszego ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s