Zapiekanka sobotnia

Obsada:

– pieczarki
– kolorowa papryka
– ziemniaki
– kukurydza
– oliwki
– czosnek
– puszka pomidorów
– śmietanka 12%
– żółty ser
– przyprawy

Bierze się rynienkę, żaroodporne naczynie lub garnek.
Na dnie garnka układa się grubą warstwę posiekanych w plasterki pieczarek. Pieprz, sól.
Na to idzie warstwa oliwkowych krążków. Czarnych.
Później kolorowa papryka w paseczkach i słodka w proszku do posypania.
Teraz kolej na talarki z ugotowanych ziemniaków natarte ziołami prowansalskimi, solą i czosneczkiem.
Następnie płatki siekanego czosnku i dużo kukurydzy.
Jak ktoś lubi zielony groszek też można dodać – mnie się do garnka nie mieścił.
Nie miałam też brokułów a też się tu normalnie przydają.
Na to wszystko idzie druga warstwa pieczarek – sól, pieprz – i kolorowej papryki.
A potem całość można zalać wymieszaną z pomidorami z puszki i masą rozmaitych przypraw znalezionych w szafce śmietanką, posypać startym serem, wstawić do piekarnika i umierać z łakomsktwa przez pół godziny.

Zapiekanki zwykle robi się ‚na winie’, czyli z tego co nam zostało w lodówce i się akurat nawinie, ale tę konkretną lubię popełnić umyślnie.
Jest dobra jak stado diabłów w occie.

Scenka

Znajoma z pracy wybrała się wieczorem na jakieś ostatnie zakupy w osiedlowym warzywniaku. Kobieta Za Ladą zmęczona i zła jak piorun – przed nią Facet, Znajoma i drzwi z upragnioną plakietką „ZAMKNIĘTE”, od której dzieliło ją zaledwie kilka minut.

Facet spojrzał Sklepowej głęboko w oczy i wydał komendę, niczym Sierżant Pieprz:

– Jabłka. Cztery. Czerwone, twarde i ładne.

Kobieta wraz z Ladą popatrzyły na Faceta wzrokiem Bazyliszka ale Sklepowa posłusznie wyszperała mu te cztery przecudnej urody jabłka.

– I dwa pomidorki. Brzydkie ale smaczne.

Znajoma zgięła się w pół ze śmiechu, więc nie zobaczyła miny Kobiety Za Ladą ani czy pomidorki były wystarczająco brzydkie. Ale myślę, że ta musiała się uśmiechnąć.

Piątek

Igor ma się lepiej.
Odpukuję, pluję przez ramię, nie zapeszam.
Marzę o weekendzie żeby się wreszcie wyspać bo ostatnio funkcjonuję na granicy wytrzymałości na wkurw.
Nastrój mam nieprzysiadalny jak jeż na lodzie.
Jak przyjdzie gazownik to go zajebię parasolem w żabki.
Zielonym.

@#$%^!*@#$%!*&!%$#@!%^&@*!@&^%#$@!*&^#$%@!

Zrobię barszczyk.
Może mi się wszystko ociepli.

Tak, czyli właściwie to nie

Uwielbiam gdy wszystko jest względne. A już najbardziej gdy obejmuje to interpretacje czynione przez Panie Z Recepcji. Panie Z Recepcji w kategorii Służba Zdrowia z założenia mają być chyba nieprzejednane, wrogie i niczym rotweiler sąsiada bronić dostępu do… no właśnie do czego?

.

Telefon pierwszy, godzina 8.00:

Przychodnia na Płockiej.

– Dzień dobry, tu Bajka, naszym lekarzem jest Doktor Królik, chciałam zamówić wizytę domową u Dziecka.
– Doktor Królik będzie o 16.00. Wtedy proszę dzwonić.
– Ale nie mogę tyle czekać. Syn od północy ma wysoką gorączkę, pomimo prób jej zbijania i wymiotuje.
– No nie pomogę pani.
– Nie ma innych lekarzy?
– Inni lekarze mają teraz pacjentów. Proszę przywieźć Dziecko na poradni dzieci chorych.
– Niestety wymiotujące Dziecko z 40-stopniową gorączką nie nadaje się do przewożenia…
– Ale Doktor będzie dopiero o 16.00.
– A czy może Go Pani powiadomić telefonicznie? Bo jak mniemam telefonu nie może mi Pani udostępnić?

Pani oczywiście nie mogła. Nic.
Jestem kwiatem lotosu na tafli jeziora.

.

Telefon drugi, nieco później:

Przychodnia na Elekcyjnej.

– Dzień dobry, tu Bajka, czy mogę zamówić wizytę domową do chorego Dziecka?
– A kto jest lekarzem Dziecka?
– Nie mamy u Państwa swojego lekarza.
– No to nie może Pani zamówić wizyty.
– Ale to przychodnia publiczna, tak?
– Tak ale skoro nie podpisywała Pani u nas oświadczenia, to lekarz nie może do Pani przyjechać.
– Nie ma żadnej możliwości? Syn ma 40 stopni gorączki i wymiotuje.
– Nie ma.
– Dobrze, czy w takim razie mogę Panią prosić o podanie nazwiska?

Nie mogłam. Pani odłożyła słuchawkę.
Nadal kwiat lotosu na tafli jeziora.
Ale wewnętrznie już ujadam.

.

Telefon trzeci, później:

Medycyna Rodzinna słynie z tego, że przychylna, zawsze i po Twojej stronie.

– Dzień dobry, tu Bajka, chciałam zamówić wizytę domową u chorego Dziecka.
– Nazwisko lekarza?
– Nie leczymy się u Państwa, ale…
– No to nie może Pani.
– Po prostu nie?
– Po prostu.
– Prywatnie też nie ma takiej możliwości?
– Nie.

Jestem piłą tarczową w środku lasu.
Ale nadal lotos i zen. Się wie.

.

Telefon czwarty, quod penis wie kiedy:

Medicover, mam kartę pracowniczą, ryzykuję.

– Dzień dobry, tu Bajka, numer mojej karty to XXX, chciałam się dowiedzieć czy uprawnia mnie ona do wezwania lekarza na wizytę domową do Dziecka.
– Chwileczkę, już sprawdzam.

W słuchawce koślawo-pozytywkowy Verdi.

– Tak Pani Bajko uprawnia Panią, już przełączam do Działu Zapisów On-line.

Przez chwilę oddycham z ulgą.

– Dzień dobry, tu Dział Zapisów On-line, w czym mogę pomóc?
– Dzień dobry, tu Bajka, numer karty, bla bla bla…
– Ale niestety nie ma Pani takiej możliwości.
– Przed chwilą Pani koleżanka z Działu Obsługi Klienta poinformowała mnie, że mam, więc mam czy nie mam??
– No nie ma Pani. Mogę zaproponować wizytę prywatną, koszt 200 złotych, lekarz mógłby być między 19 a 22.

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!
Kwiat lotosu, kwiat lotosu, kwiat lotosu kurwa.

.

Telefon piąty, nie patrzę na zegarek:

Przychodnia Wolska, prywatna.

– Dzień dobry, tu Bajka, chciałam zamówić wizytę domową do chorego Dziecka.
– Dzień dobry, co się dzieje?
– Mały ma prawie 2 lata, 40 stopni gorączki i wymiotuje, zaczął w nocy, mimo prób zbicia gorączka się utrzymuje.
– Proszę podać numer telefonu i adres. Poszukam lekarza i oddzwonię do Pani.

Za pół godziny miałam umówioną wizytę. Pani Doktor akurat była w domu, więc mam szczęście. Koszt wizyty 120 złotych.

.

Pani Doktor przyszła, obejrzała, osłuchała, przewertowała książeczkę, wypytała. Zatrucie pokarmowe prawdopodobnie na tle alergicznym + infekcja. Zyrtec, Nifuroksazyd, pieczone jabłko, smecta, orsalit dodawany do kleiku ryżowego, do picia ciepłe heratki oraz… odgazowana coca-cola na łyżeczce.

Pomogło.

Nie umiem opisać tej ulgi.

A Pani Doktor pomimo tego, że zostawiła namiar „gdyby coś się działo”, wieczorem sama zadzwoniła spytać jak się czuje Igor. Złota kobieta.

Idę spać.

Bez tytułu

Dziś będzie mi smutno.
Czasem mam dosyć wmawiania sobie, że wszytko jest super.
Że niby jak tysiąc razy powtórzę, to w końcu uwierzę.

Tak, w dalszym ciągu mam depresję.
Tutaj się jakoś niestety nic nie zmienia.
I boli mnie wszystko.

Jasne, że zaraz wstanę, otrzepię się i przykleję uśmiech numer pięć.
I pomacham tym tekturowym mieczykiem z miną chojraka, co odważny.
Ale do tego czasu będzie trochę trudniej.

No, wywnętrzyłam się.
Potem skasuję.

Superekspres czyli Zdziś Dramatyczny

Zdziś Dramatyczny to taka pigułka w pigułce. Przegląd lodówki z jedną parówką i samotnym groszkiem. Jednym słowem się_przelecenie i skrót. Z antychronologią.

No to sru.

Zrobiłam żurek. Chyba dobry. Wnioskuję gdyż był zniknął w tajemniczych okolicznościach. A miał zaledwie 12 godzin. Podejrzanymi są Małotelni łysy blondyn lat prawie dwa i jego Dziadek. Sprawę bada specjalna Komisja do spraw Znikających Żurków.

W weekend umyłam okna, wysprzątałam mieszkanie i poukładałam koszulki kolorystycznie: tu kolory ziemi, tam ogniście a na lewo niezidentyfikowany sino_brąz_koperek będący najprawdopodobniej efektem jednej Lokatorskiej skarpetki w Bębnie Maszyny Piorącej. Dramat i zgrzytanie, gdyż jak głosi stare mamucine przysłowie: „Bajki sprzątają – będzie wojna”.

Zebrania w Żłobku przybrały formę groteski. Siedzę z innymi starymi prykami na mikroskopijnych krzesełkach rodem z Szuflandii i starając się ignorować cisnące mnie w miejsca niedozwolone oparcie, słucham jak trwa zacięta debata w temacie wyższości teatrzyka Idzie Jesień nad teatrzykiem Pan Pies. Nie zabiłam nikogo tylko dlatego, że współuczestniczący natychmiast rozśmieszyli mnie do łez ważką ankietą czy ręczniki chcemy zielone czy niebieskie.

Wyszłam z siebie a zaraz później z zebrania. Inaczej bym zeszła śmiertelnie na rechoty. Galopujące.

Boże… spuść nogę i kopnij.

Dziś przeżyłam trzy koncerty i pracę. I żyję. A jakże. O ósmej msza inauguracyjna na Placu Zbawiciela, o dziesiątej w Gmachu Głównym Politechniki, potem myk do pracy na wytężony koncentrat dnia i wieczorem przed siódmą znów śpiewaliśmy na PeWu. To się nazywa intesywność. A wszystko w ramach odbioru godzin nadliczbowych. Przyjechałam do domu, namalowałam w duecie z Młodym wspaniałe dzieło pod tytułem Kolorowa Breja, opowiedziałam bajkę, utuliłam do snu, na koniec nastawiłam pranie a teraz robię żurek bis.

Nie, nie biorę amfetaminy. Po prostu nie lubię z niczego rezygnować.

Igor nauczył się słówka „żaba” i z miejsca mianował onym Dozorczynię. Baba zdusiła wściek prawdopodobnie tylko dlatego, że nie miała pod ręką łopaty a i Młody rozszczerzył sie na tyle promiennie, że ją trochę rozbroił. Ale fakt faktem, że do wąskoustych nie należy i wytrzeszcz też ma rasowy.

W weekend okazało się, że mam załamane łóżko. I bynajmniej nie potrzeba mu psychoterapeuty a raczej śmietnika. Deska wzięła i pękła, zdzira sosnowa jedna. A byłyśmy z Halą grzeczne. Przysięgam. No nic. Będę się musiała rozejrzeć za godnym następcą brązowej i parszywie niewygodnej pseudo-sofy. Z tym, że chwilowo stać mnie prawdopodobnie jedynie na hamak.

Czy jest na sali Kapitan Hak? Najchętniej z bratem bliźniakiem.

Tajemniczy Mściciel pisze mi na gadulcu, że jestem wredna żmija i stara panna. I w dodatku zgorzkniała. Też mi nowina. Niech mi napisze coś czego nie wiem.

Idę wyszywać na tamborku.
A o północy będę hasać po łące z naręczem szczawiu.

Bo czemu by nie.

Polska język trudna jest

Lokator prócz tego, że uroczy jest osobliwie i podrywa wszelkie Przygodnie Napotkane Staruszki, zdaje się mieć głęboko w poważaniu prawidła naszego narzecza. Śmiem twierdzić, że robi to specjalnie albowiem doskonale potrafi powiedzieć pewne słowa – na czym został niejednokrotnie przyłapany – a z uporem maniaka ignoruje istnienie innych. Na spory zasób leksykalny ma zaś własne odpowiedniki.

Generalnie mówi bardzo dużo we wspominanym już niegdyś przeze mnie na blogu dialekcie kantońskim skrzyżowanym z suahili. Z lekką nutką mandaryńskiej dekadencji. Po polsku mało i bardzo wybiórczo. Ot, pojedyncze słowa.

Pocieszam się, że istnieje posibilitacja, że po prostu za lat kilka spyta „gdzie kompot?”.

Do tego czasu staram się przewalczyć przynajmniej podstawy:

– Igorku powiedz piesek – namawiam Dziecia z miną łagodną a troskliwą.
Hau hau – odpowiada pogodnie Potomek.
– Kochanie… pie-sek… – artukułuję cierpliwie.
Hau-hau… – ze skupieniem odpowiada Igor.

🙂

Ostatnio troszkę biegam

Ale nie żeby jogging czy coś. Raczej przez płotki, na przełaj i z językiem powiewającym na wietrze jak sztandar. O tak patriotycznie. Tak tak.

No więc – bo ja uwielbiam zaczynać zdanie od „no więc” – najpierw biegam na te konsultacje, a z konsultacji na rentgeny, bo nowe być muszą, a z rentgenów znów do Dochtora i od Dochtora do pracy.

Czyli zwyczajowo ostatnio wygląda to tak, że się wstaje o tej piątej, o szóstej.trzydzieści Obywatela zakwaterowuje się w Żłobku i biegnie się na autobus, który zawiezie nas do… no niestety nie do Włoch a na Włochy ale stojąc w malowniczym korku mam nieodparte wrażenie, że to taka sama odległość. Jak już o ósmej melduję się na miejscu, uprzejmy pan Dochtor – nie no kochany jest, że się podjął i obiecał nie spierdolić jak kilka poprzednich osób za granicę albo się zwyczajnie wycofać – doprowadza mnie do bólu głowy i okolic wiercąc mi dziury w szczęce. Ale poza tym jest czarujący. I w sumie dobrze bo będziemy się widywać przynajmniej raz w tygodniu (choć na początek po dwa) przez ładnych kilka miesięcy, dobrze byłoby więc się przynajmniej tolerować. Ale miły jest i w ogóle. I zawsze bardzo przeprasza, że z tymi odwiertami ale wiadomo – musi.

Generalnie jest czarownie.

Dobrze, że wymyślili te wszystkie środki znieczulające. W życiu nie sądziłam, że będę wzdychać z ulgą na widok strzykawki…

Potem wracam do świata żywych bo wsiadam w autobus – jeden z trzech – który dowozi mnie do metra, metrem jadę minut pięć i już jestem prawie prawie w Firmie. W tak zwanym miedzyczasie schodzi znieczulenie i zaczyna się ostra jazda bez trzymanki.

Wtedy faktycznie robi się jakby gorzej. I chodzę sobie z tymi dziurami i mam w nich takie metalowe ćwieki i czuję się jak Arnie Terminator. Tyle, że nie mogę nikogo dwadzieścia pięć razy zastrzelić, następnie spalić, zrobić mu z losowo wybranej części ciała jesieni średniowiecza i na koniec powiedzieć czegoś zabawnego, co by potem mogły powtarzać pokolenia narwańców science-fiction. Albo sobie łypiąc to jednym do drugim zaspanym okiem jeżdżę na retgeny do WCS tuż przy Wiśle – piękne widoki zaiste – i znów na Włochy. A z tego wszystkiego najbardziej dramatyczna jest niemożność normalnego jedzenia. Kanapki w strzępkach, kaszki dla niemowląt, jogurty, kisielki. Matko! Minęły dopiero dwa dni a ja już marzę o kotlecie. Już zapomniałam jak to jest. W końcu od poprzedniego razu minęło parę lat. No ale nic, damy radę.

Po pracy biegnę już tylko do domu, gdzie czeka stęskniony Lokator i trzy bramki do wyboru: pranie, prasowanie, obiad na jutro.

Albo trasa Żłobek-Chór, w zależności od dnia tygodnia.

Miałam tego wszystkiego nie pisać bo jakoś wcześniej się nie wywnętrzałam zabiegowo – taka super_hiper_dzielna chciałam być – ale pomyślałam sobie, że może taki jeden lub drugi ktoś nie ma bladego pojęcia jak to wygląda. A chciałby. Bo w końcu chcieć może. Niestety próbek bólowych nie zamieszczam. A akurat tego niezmiernie żałuję bo sporo fajnych gmerań robi się bez znieczulenia. Jest na ten przykład takie miejsce gdzie końcy się światło kanału i następuje przebitka do okostnej. I bynajmniej nie chce mi się śpiewać w takich momentach pląsając niczym rącza łania „merci, że jesteś tu”, tylko całkiem inne rzeczy chce mi się robic i to z udziałem różnych dziwnych narzędzi. Widzi się wtedy całe galaktyki i czuje się człowiek jak w obserwatorium.

Zawsze chciałam studiować astronomię…

Ach… powinnam jeszcze znaleźć sobie w trybie pilnym czas na angielski, Firma chce mi zafundować z ramach funduszu szkoleniowego i ja oczywiście bardzo chętnie. Tylko jak Milutka Pani zez Recepcji Jednej Szkoły zadzwoniła żebym się z nią umówiła na rozmowę i spytała kiedy mam czas, to zachichotałam szpetnie. Bo co jej miałam powiedzieć? Między pierwszą a czwartą mam.

W nocy.

Na sprzątanie jakoś chwilowo nie mam siły. Roztocza czują się zapewne jak w niebie. Czyli u mnie ogólna sielanka. Uśmiecham się jak ta cizia w „Dźwiękach muzyki”, głaszczę jelonki i zrywam na łące kwiaty. Ach, och.

Co u Was?

Zmęczenie materiału

To zdecydowanie nie był mój dzień.
Głównie wahałam się czy bardziej mam ochotę gryźć i pokątnie dźgać widelcem na oślep, czy spektakularnie się rozryczeć w toalecie a potem wyjść i dalej udawać Super Mamę.
Nie znoszę takich dni.
I siebie takiej.

Rzucam kurwami i przyglądam się czy równo dźwięczy kaloryfer. I warczę na listonoszy. Oraz rozważam pracę na poczcie. Można przynajmniej wyżyć się napierdalając stempelkiem w paczuszki. Taką refleksję mam albowiem przyszła książka…

… do strony 50 ma wgniecenia. Priorytetowe.

Tak, nadal nie mam swoich rzeczy, od czasu do czasu odbieram głuchy telefon i śni mi się, że jestem szczęśliwie zakochana. A potem wstaję o piątej i zapełniam sobie dzień maksymalnie po brzegi. Taki mój podskórny sposób na sobie_radzenie.

Czasem żałuję, że nie wylosowałam normalnego życia.