Panna Jadzia ma wychodne

W związku ze związkiem, że mam teraz tyle wolnego czasu, że z czystym – bo nieużywanym – sumieniem mogę zostawić w domu wielopoziomowy oraz wielowartswowy bałagan i po powrocie zastanę go w nienaruszonym stanie, że generalnie to nic nie muszę i nareszcie nie spieszę się rano by gdzieś zdążyć… bo i tak nie zdążam ale przynajmniej nie mam zadyszki bo o jedno okrążenie mniej do przebiegnięcia… poczułam się jak pies spuszczony z łańcucha i hiperwentylowałam się wolnością.

Rano mogę założyć sukienkę i obcasy – na odpowiednie im i własne części ciała ma się rozumieć – mogę spokojnie wytuszować rzęsy na całej dostępnej parze oczu, a nie jak nierzadko dotychczas, na półtorej. Dobrać sobie kolczyki, albo bransoletkę, albo malin z tekturowej rynienki. Mogę nawet spokojnie wypić kawę i nikt nie woła gromkim dyszkantem: Mamo! Siku/kupę/jeść/pić/lamborghini z szoferem NAŁ!!. Bo tęsknienie, drodzy Państwo, tęsknieniem, ale po chwili przychodzi ta wielka fala euforii, która bierze wielki kij bejsbolowy, wali nas po pysku i wrzeszczy: Kobieto! Freedom, wolna chata i takie tam! Oraz pół butelki Martni w lodówce! I cała banda żelków najprzeróżniejszego autoramentu tylko dla Ciebie!. I żadnych mebli wysmarowanych masłem. I żadnych męskich slipów w rozmiarze XXXS. I żadnych arcytrudnych wyborów: widelec, czy łyżka. O Bogowie! Czyż to nie cudowne jednak, że ten żłobek i ta przerwa i ci Dziadkowie? Taaak. Zdecydowanie. Dziś nadszedł wreszcie dzień z gatunku: Matko, jest dobrze i mogę wszystko… Co ja teraz zrobię???!!!

To całkiem jak wtedy gdy stoję przed ladą z dwudziestoma smakami lodów do wyboru, z czego moich ulubionych jest piętnaście. I nigdy nie wiem co wybrać… więc zawsze wybieram sorbet cytrynowy, mango i coś co akurat jest najdalej ekspedientki.

No to zrobiłam pranie. A potem drugie.

Tak, wiem. Żenada na całej linii. Zamiast iść w tango, w cug, w ciąg i na dzikie chłopy, wracam grzecznie do domu i oczyszczam przedpole. Na swoje usprawiedliwienie Wysoki Blogu mam to, że zanim grzecznie wróciłam byłam całkiem niegrzeczna i było mi wesoło, a poza tym oba prania miały miejsce w absolutnie nieprzepisowych godzinach nocnych. Ale ale. Spotkałam się z Papierówką, Meg i Halutą, jadłam, piłam, gderałam, chichotałam i odreagowywałam różne sprawy. A jak już wracałam to przez park i sobie nawet błogo, w całkowitym bezruchu i bezczasie wysiedziałam jedną przystojną ławeczkę. Bo zawsze jak jestem w tym parku to z Lokatorem, który nagle w dziwny sposób mnoży się oraz wyrasta Mu co najmniej tuzin dodatkowych odnóży. W efekcie biegam po nim – po parku nie po Lokatorze, przynajmniej jak dotąd – zziajana, zdyszana, recytująca "Lokomotywę", śpiewająca o pociągu, udaremniająca próby samoutopienia się Potomstwa bądź ratująca resztę ludzkości od całkowitej zagłady… zabierając Potomstwo z powrotem. Tym razem miałam tyle czasu dla siebie, że aż mnie zamroczyło. I tak sobie wysiedziałam tę ławeczkę, wywietrzyłam głowę, wyodpoczywałam resztę materii i po dwudziestej trzeciej wróciłam spacerkiem do domu. Całe szczęście, że mam cichą pralkę, albowiem w przeciwnym wypadku z całą pewnością natychmiast obszczekałaby mnie Rolada Z Góry wraz ze swoim jakże uroczym, cherlawym ratlerem*.

* nie próbujcie wymówić tej zbitki słownej po spożyciu napojów wyskokowo-wysokoprocentowych – można sobie zwichnąć żuchwę, język oraz reputację.

A dziś na dworze to generalnie był wiatr, wiatr i jeszcze raz wiatr, oraz od czasu do czasu Pan Z Naprzeciwka i jego siateczkowy podkoszulek na ramiączkach. No mrał normalnie. Gdyby ktoś chciał się odchudzać, gorąco polecam widok z mojego biurka w pracy. Mocne wrażenia gwarantowane.

Ale miałam raczej o tym, że mnie naszło, więc Przystojniaczka i Jego usiateczkowany tors pominę.

Bo tak mnie naszło, że naprawdę kocham burzę i wiatr. Nie wiem dokładnie za co, wiem przecież, że piękne i groźne bardzo zarazem być potrafią, ale po prostu uwielbiam te dwa zjawiska. A im bardziej gwałtowne, nieobliczalne, wymykające się spod kontroli, tym bardziej się czuję spokojna, melodyjna, cała kolorowa… od środka. Poza tym na wietrze można wykrzyczeć wszystko. Zawsze zabierze. Tylko dla siebie w dodatku.

To chyba nie przypadek, że ten najbardziej szalony wiatr południa i ja mamy to samo imię.

Na koniec poniedziałku

Na koniec poniedziałku mój telefon w zdjęciach, które sobie robię, zauważa zmęczenie, pomiętą sukienkę i cienie pod okiem. Za to kolczyki całkiem świeżo wydumane i zrealizowane. Z czegoś mandarynkowego i lawy wulkanicznej. Porowate, matowe, inne niż większość tych gładkich i błyszczących, choć barwy mają pełne i nasycone. Już je ulubiam. Zrobiłam je dziś u koleżanki Żyrafy, której malowałam ścianę na balkonie w graffitti. Dostałam zaproszenie na balkon, reklamówkę puszek kolorowych farb w sprayu i polecenie, żeby było wesoło. Chyba wyszło. Przy okazji doniebieściłam nieco drewniany żyrandol, ale to umyślnie, gdyż rzeczony przedmiot uległ był metamorfozie i teraz będzie wisiał sobie w całkiem nowym dizajnie. Potem były rozmowy, ciasto, które ledwo zdążyło ostygnąć i koralikowanie w ramach relaksu. Posiedziałam w bujanym foletu. Wypiłam mohito i jeszcze takie pyszne coś z ananasem i śmietanką, co to świetnie wchodzi i lekutko jakby ścina z nóg. Ale wszystko pod kontrolą. Miło tak się pobujać czasem. Bardzo.

Dom taki pusty i cichy, że aż nie lubię teraz zapalać w nim świateł. Nie sprzątnełam też zabawek z podłogi. W niedzielę zawiozłam Igora do Mamutowa. W tym roku przerwa żłobkowa przypadła na sierpień. Będę Go zabierać na weekendy i wpadać raz w tygodniu przy okazji pierwszej zmiany i końca pracy o piętnastej. Dziadkowie szczęśliwi, Młody w siódmym niebie i chyba tylko mnie jakoś tak nijak, nieparzyście i nie na miejscu. Tak wiem, przecież będę miała teraz wreszcie czas dla siebie, pójdę na zakupy i do kina i wyśpię się może w końcu. Tylko, że… No właśnie. Przesiąkłam tym nieustannym mamowaniem. Sprawia mi masę frajdy fakt, że tyle mogę kogoś nauczyć, tyle Mu pokazać i tyle sama dostrzec na nowo. Po prostu i tak całkowicie zwyczajnie strasznie mi Go brak. I tego, że chce pięciu rzeczy na raz, a każda z nich się wzajemnie z czterema innymi wyklucza, i tego, że wrzeszczy dziko na misia, który śmie nie ruszać się z miejsca, i tego, że potrafi po raz setny zadać to samo pytanie za każdym razem domagając się innej odpowiedzi, i tego, że ni z tego ni z owego podchodzi, mruży oczy, uśmiecha się, zarzuca mi ręcę na szyję i przytulając mnie z całych sił, szepcze mi do ucha: "lubam cię"… a na dobranoc łapie mnie za palec wskazujący, mości się wygodnie i oznajmia: "kocham mojom mamusie", po czym na dobre już chrapie.

Tak, mięknę jak wosk. Trudno się nie rozpłynąć. Im jest starszy i mniej dzieciowy a bardziej swój własny, osobnoczłowieczy, z fochami i preferencjami ale i zaskakującymi pomysłami, wyraźną osobowością, tym trudniej. Choć nie wiem czy to nie paradoks, że wzrusza mnie najbardziej nie ta gugająca i bezbronna lalka leżąca w łóżeczku, którą był, a całkiem fajny facet, który mi rośnie tuż obok. I dla którego jestem absolutnie najwspanialszą na ziemi istotą. Z wzajemnością zresztą.

Na koniec poniedziałku myślę sobie znów, że Syn, to świetna sprawa.
I idę po ciemku myć zęby.
Trzymajcie kciuki, żeby to nie był krem do rąk.
Dobranoc.

Kompleksy i kompleksiki

Zdecydowanie w lipcu nie chciało mi się pisać. To widać. Teraz też mi się nie chce ale mnie wzięła natchła pewna gorąca dyskusja na temat mój ulubiony, czyli WOLNO – NIE WOLNO, którą spowodowało umieszczenie na zimnoblogu, przez Autorkę zresztą, kilku fotek – w założeniu zabawnego komentarza do rodzinnego wyjazdu. Pech chciał, że fotki przedstawiały słowa a nawet zwroty i zdania w języku obcym, który nie wszyscy czytelnicy zimnobloga, w tym ja ale dla mnie to jakby nie stanowi nawet namiastki problemu, rozumieją.

No i niby w czym problem, prawda?

No właśnie dla mnie w niczym, ale po niektórych komentarzach wnoszę, że to najwyraźniej dla czytających potwarz i najgorsza zniewaga. Arogancja po prostu albo w najlepszym przypadku wywyższanie się. Ale to już Zimnu nie raz zarzucano… bo na przykład śmie być nie dość, że inteligentna, opiekuńcza, atrakcyjna, przedsiębiorcza i nie cierpiąca z biedy i niedostatku… to jeszcze szczęśliwa. Hańba! Dajmy Jej po pysku, niech sobie nie myśli.

Też kiedyś zauważyłam, że im bardziej mi w życiu dobrze – z różnych powodów – i tego nie ukrywam, tym więcej mam wrogich przekazów od wirtualnego otoczenia. Ale dotychczas ten przykry wniosek składałam na karb najwyraźniej gnębiącej mnie paranoi. Bo przecież to niemożliwe, żeby aż tak być zawistnym i aż tak musieć leczyć własne kompleksy cudzym kosztem. Osobiście uwielbiam przebywać w otoczeniu ludzi, którzy się kochają, tworzą cudowne i szczęśliwe rodziny i nie mam od razu z tego powodu, że mnie się tak dobrze nie udało, ani poczucia bycia gorszą, ani nie pochłania mnie otchłań galopującej rozpaczy. Nie zazdroszczę. Wiem, że dziwnie brzmi ale ja mogę komuś zazdrościć tego, że ma fajne nogi do samej szyi – bo widocznie niezła kompilacja genów się na to złożyła – a nie tego na co sam zapracował i pracuje. I co mu się należy jak psu miska. A i tych nóg bym nie odrąbała i nie kazała sobie przeszczepić w charakterze endoprotez. Co najwyżej mogę sobie westchnąć, założyć szpilki i pomyśleć jakie mam za to fajne piegi na ramionach.

Świat i jego autochtoni to dla mnie czasami doprawdy przedziwne zjawisko.

Ludzie z reguły mają różne poglądy… i w sumie chwała im za to. Byłoby straszliwie nudno, mdło i rzygliwie gdyby nie mieli. A już to jak i którędy je prezentują to zupełnie inna kwestia. Generalnie bliskie są mi dwa wyznania: każdemu jego raj oraz wrzuć na luz i daj żyć innym. Czasem przeważa pierwsze, czasem drugie ale najczęściej udaje mi się połączyć je w jedno i sobie spokojnie iść tam gdzie lubię, tak jak lubię oraz w tym na co akurat mam ochotę. Kiedyś prawie zemdlała przeze mnie z oburzenia Pewna Pani, bo w 9 miesiącu ciąży i Lokatorem Z Dolnego Piętra wystającym ze mnie wręcz groteskowo (przy wzroście 168 i olbrzymiej piłce w miejscu brzucha bywa śmiesznie) śmiałam upalny dzień przywitać dość wydekoltowaną sukienką. Bo wg niej to się kategorycznie nie godzi i powinnam była się natentychmiast zakryć. Najlepiej kilometrowym brezentem. Jak w ogóle mozna mieć biust w ciąży? Toż to sodoma i gomora. A ja nie dość, że miałam – całkiem niezły podówczas właśnie zresztą – i śmiałam sobie w tej sukience i z tym brzuchem raźno popierdalać, to jeszcze powiedziałam jej, żeby się ugryzła w dupę. A jak nie może to niech ćwiczy jogę. I ogólnie powodzenia.

Natomiast z okazji kategorycznego dyktowania obcym ludziom jak mają się ubierać, żyć, jeść zupę czy co i w jaki sposób pisać na własnym osobistym blogu… to tak zupełnie sobie a muzom przypomina mi się kiepski dowcip o
facecie załatwiającym rozmaite potrzeby na cudzą wycieraczkę, który
to facet następnie w równie cudze co rzeczona wycieraczka drzwi stuka,
równolegle robiąc awarturę, że nie ma papieru.

I jak tak w ogóle można, no.

Nie znam francuskiego. Nie muszę mieć przekładu tego co na zdjęciach by dalej czytywać
Zimno, bo nie czuję się źle nie mając pojęcia co też takiego w tych zdjęciach wydaje się Jej zabawne i godne uwiecznienia, bo nie mam też parcia by każdą zimnonotkę rozkładać na czynniki
pierwsze i analizować w kątach, rzutach i płaszczyznach. Po prostu
bywam tam i się słowem w wyjątkowo mi miły sposób pisanym delektuję. Ale
to ja.

Mam również prawo do spostrzeżeń, że mi się coś nie podoba, tak jak komentujący do komentarzy, ale z
reguły – skoro jestem gdzieś gościem i przylazłam tam sama a nie
przywlókł mnie autor dzieła skutą łańcuchem i śledzić z uwagą kazał – wolę się
zawinąć i poszukać innego kąta bo na jakiekolwiek wywnętrzania w takich przypadkach
zwyczajnie to, co mi się nie podoba, nie zasługuje.

Mogę napisać u siebie na blogu stek obelg i wyzwisk we wszystkich
językach świata i szczerze powiedziawszy średnio mnie zwilża, że nie
wszyscy zrozumieją, albo tych, co zrozumieją, stek ów śmiertelnie
obrazi… bo to MOJE i JA tam piszę co CHCĘ. Na własnej wycieraczce mam prawo nawet jeść makrelę z dżemem… o ile nie spowoduje to śmiertelnego zejścia sąsiadów z okazji specyficznej woni. I wcale nie uważam za aroganckie umieszczanie zapisków, które nie są zrozumiałe dla wszystkich. Tak samo jak nie wydaje mi się niestosowne czytanie u Pani X o tym, że lubi Pana Y bez podawania jego wymiarów, rozmiarów, stanu konta, cyfrowego odcisku palca i peselu.. a ja przecież nadal nie wiem kogo Ona tak lubi. Albo za co. Będzie chciała to opisze, nie to przemilczy i też będzie czarownie.

Natomiast bezsprzecznie aroganckie wydaje mi się dyktowanie np.
autorowi książki, że użył słowa, którego w moim regionie się nie
używa… więc niech prędko zmieni, bo tak! I bo to nieładnie.

Ciekawe, że jakoś niewidomi nie twierdzą uparcie, że wszyscy jesteśmy
tu w cyberświecie arogantami, bo nie doklejamy wersji mówionej i słyszalnej do
wszystkiego o czym piszemy…

Imieninowo

Bardzo serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia.
I te smsowe i te kartkowe i mailowe i osobiste.
Niesamowite ilu ludzi pamięta, że 26 lipca są imieniny Bajki.
Bo na ten przykład ja sama zapomniałam 🙂

Tak sobie krążę

Wróciłam w sobotę.

Nie chciało mi się jak cholera. O matko jak mi się nie chciało! Doprawdy nie wiem czy mogło mi się bardziej czegoś nie chcieć, chyba tylko wątróbki z dżemem. Albo mycia okien w Kuwejcie. I im bliżej byłam domu, tym bardziej mi się chciało wracać nad jezioro. Taki Kubuś Puchatek rozdarty jak pozytwistyczna sosna, tyle, że bez żółtego futerka, miodku i różowej trzody chlewnej u boku. I wcale nieśmieszny. Ani ani.

Na urlopie głównie miałam pryszcze.

Ponadto odnotowałam ponad wszelką wątpliwość obecność Lokatora, zastępu lokatorskich Artykułów Natychmiastowej Potrzeby (czyli wszystkich zabawek, które udało Mu się upchnąć do naszego bagażu podczas mojej nieuwagi), Haluty, dwukrotnie Katy ze Swoim Mencizną, upału, deszczu, poziomek, jagód, krzyżówek rozwiązywanych na pomoście, baru z tradycyjnie innymi niz wszystkie inne Tymbarkami Na Dziś… oraz Świętego Spokoju.

Miałam nawet szczery zamiar pisania notek i w ogóle, jak co roku, zdawania relacji z liczby żab pod prysznicem i ucieczek przed rozentuzjazmowaną religijnie Łucją, zwaną przeze mnie od teraz Wielkim Egzorcystorem (tak gdzieś pomiędzy inkwizytorem, ezgorcystą i tranzystorem tylko z uśmiechem, ostatnimi truskawkami rwanymi w ogródku i na ciepło). Miałam nawet chęć notowania codziennych spostrzeżeń, przemyśleń i obywatelskich wybryków. Wzięłam ze sobą nawet służbowego laptopa ale z pełną świadomością muszę przyznać, że dramatycznie mi się nie chciało.

Chciało mi się tam sobie po prostu leżeć, albo stać, coś robić, albo czegoś nie, coś mówić, albo słuchać, albo pociszyć się w samotności i tyle. I finito. Bez planu, celu i pomysłu. Tak ot sobie i dla siebie w końcu.

Odpoczęłam na pewno od zgiełku i tego, że coś muszę.
Tak. Odpoczęłam. Trochę.

Dzisiaj natomiast jestem chora i męczy mnie kaszel, co to przyplątał się w drugim tygodniu urlopowania i najwyraźniej stwierdził, że świetnie do siebie pasujemy, oraz druzgocące poczucie, że następny urlop dopiero we wrześniu. Jak dla mnie urlopy powinny trwać do chwili gdy zaczynamy się nudzić i zastanawiać co tam słychać w naszym tymczasowo odwieszonym na haczyk życiu codziennym. Czyli dla mnie pewnie jakoś z miesiąc. Mniej więcej tyle zajmuje mi regeneracja. Ja się jeszcze zastanawiać nie zaczęłam ani nudzić, a tu już trzeba było wracać.

W dodatku w skrzynce jak paskudnie skrzecząca rzeczywistość czekał na mnie prezent w postaci listu od Właścicielki Mieszkania, że pomimo olbrzymiej sympatii i ogólnych serdeczności i masy wazeliny, jest zmuszona… oraz nieszczęśliwa ale bardziej zmuszona jednak… podnieść wysokość opłaty i to całkiem znacznie. Tym oto sposobem z przyjemnego pourlopowego końca weekendu został mi w brzuchu zwinięty kłębek nerwów oraz inne potworki. Jak mi się nie podoba to oczywiście od 19 września mogę sobie mieszkać gdzie chcę, tylko, że jak tak się zastanowię, to mi wychodzi, że nie bardzo mam gdzie. No i to przedszkole lokatorskie, mężnie wywalczone tuż obok. Ech.

Więc znów mi się nic nie chce. Bo nawet jakby mi się chciało to muszę zacisnąć wiadomo co na wiadomo czym i do przodu. Zęby na nadgarstku ostatnio. Albo na kawałku ust, bo przygryzam. I skórki przy paznokciach. I tak sobie jestem, albo mnie nie ma, krążę i bywam i głównie się przyglądam. Obserwacja uczestnicząca. Przecież nie będę się wydzierać na paprotkę.

No nic. Odgruzuję się trochę i może sobie jeszcze popiszemy. Albo popatrzymy. Albo pomachamy nogą. Albo.

Opener 2008

Jest do odstąpienia karnet na Openera.
Z polem namiotowym. Na trzy dni.

Kochana DS kupiła dla mnie a ja niestety nie pojadę bo będę wtedy w Danowskich i nijak się stamtąd na czas nie wydostanę. Po prostu nie mam czym. Jeśli ktoś jeszcze nie kupił a zamierza lub zna kogoś zainteresowanego, proszę pisać na mail

Mam nadzieję, że ktoś się znajdzie bo jest mi przeokropnie głupio…

—————————————————————————————

Karnet szczęśliwie i w porę znalazł nabywcę.
DS jeszcze raz wielkie dzięki. Niesamowita jesteś po prostu. No.

Cmoki oraz różne wyrazy. Miłe.

Jose, mroczna garderoba i ja

Ponętny niczym wygodne łóżko po tygodniowym rowerowym maratonie, subtelny jak powietrze po letnim deszczu, mocny jak barchany Pani Genowefy z mięsnego.

Po prostu On.

Zamieszkał ze mną od dziś i mam nadzieję, że będzie nam razem miło i przytulnie. Jest uroczy, przystojny i miękki w dotyku ale jednocześnie sprawia, że czuję się bezpieczna. No i atrakcyjna oczywiście. Wszystko mi się w Nim podoba. Absolutnie. Ani za mały, ani za duży, fantastycznie dopasowany do mnie ale z charakterem. Mężczyzna idealny. Myślicie, że tacy nie istnieją albo zginęli w 1945? Otóż istnieją. Mam tego dowód w mojej własnej garderobie. Co jakiś czas nawet podchodzę i zaglądam by przekonać się czy On nadal tam jest, czy nic się nie zmieniło i nie stwierdził nagle, że jest Mu za ciasno i ciemno*, więc znika. Ale nie. Obecny i wspaniały. Jose… z hiszpańska… jak torreador albo inny amant.

Mój ukochany ma tylko jeden feler.

Nie no co Wy!

Wszystko ma swoim miejscu. Co do guziczka. Obawiam się jednak, że na jesieni nasze uczucie skoreluje się z aurą a nasze.. ekhem.. stosunki mocno ochłodzą i oziębią nawet. I będę musiała o Nim zapomnieć. Przynajmniej na jakiś czas. Ale damy radę. Przezimuję Go na pawlaczu i odkopię na wiosnę. Jak bowiem mawiają starożytne babcie from Pcim: "kocha to poczeka, a nie poczeka – znaczy wiadomo co Mu wiadomo w co".

W końcu nawet najfajniejszy czerwony płaszczyk nie wytłumi rękawem odgłosu szczękających na mrozie zębów.

Tymczasem jednak jestem absolutnie zachwycona i zamierzam się od Jose uzależnić.
Kto wie, może nawet niebezpiecznie.
Dzięki Nielotku.

* W garderobie mam ciemno jak w piwnicy i ubranie niejednokrotnie wybieram przypadkowo, gdyż ponieważ albowiem kilka miesięcy temu przepaliła się była głównodowodząca żarówka. Była o tym swego czasu nawet stosowna notka. Po pierwsze, to nie mogłam do niej nijak dosięgnąć, bo do wzrostu koszykarki to mi tak jakby z pół metra brakuje. Po drugie, jak już wlazłam w tych szpilkach na najwyższy dostępny stołek i stanęłam na desce do krojenia chleba, to się okazało, że głównodowodząca żarówka owszem tkwi, ale w takim śmiesznym kloszu, którego nijak nie mogę otworzyć, podważyć, przekręcić, przesunąć ani nawet zahipnotyzować. Ani drgnął ćwok jeden no. Zatem po trzecie nie mogłam nawet podejrzeć jaką żarówkę zastępczą powinnam nabyć drogą kupna by tę głównodowodzącą nieczynną zmienić w działającą. I ogólnie umarł w butach. Do momentu aż Igor dorośnie i zadziała mogę z powodu codziennego wkurwa garderobianego nie dożyć. Bo klnę teraz znacznie więcej i się wściekam dziko, kiedy szósta właśnie wyciągnięta z międzygalaktycznej przestrzeni tekstyliów, skarpetka okazuje się kolejnym zaginionym bliźniakiem… z szóstej pary.

________________________________________________________
Na deser (oraz ze specjalną dedykacją) cytat z mojego ulubionego kolegi Starca zwanego po pijaku i nie tylko Bobkiem:

"kosmici denerwują mnie ostatnio coraz bardziej, mimo iż jestem jak bazaltowa
prawieczna skała na pustyni Gobi, której ni chuja srające na nią sępy
krzywdy zrobić nie mogą…"

I tym optymistycznym akcentem mówię dobranoc.
A może raczej dzień dobry bo jest pierwsza.trzydzieści i trochę.

Idę przypudrować nosek. Nie no tak na serio to uprać Młodemu stertę gaci i naszykować kapciuszki i sweterek i spodenki i drinka z palemką. A nie, rozpędziłam się. Chciałam żeby zabrzmiało tak bardziej światowo. Hmm… Czy jak zadzwonię dzwoneczkiem to przymaszeruje Sir Lokaj w uniformie? Szczerze to raczej wątpię. Chyba, że to będzie ten wielki kościelny dzwon z naprzeciwka. Ale obawiam się, że wtedy Sir Lokaj wystąpi w duecie z kolegą i przy akompaniamencie migających niebieskich światełek. I bynajmniej nie o świetliki mi się tu rozchodzi.

Lądolód, górodół i dzieciokwiat deserowo

Zahibernowałam się wewnętrznie i większość czynności wykonuję mechanicznie. Odcedziłam te, które wykonać muszę a reszta będzie musiała poczekać na korzystniejszy biomet i się_mi_chciejstwo. Jednego dnia myślę, że już jestem w stanie funkcjonować na poziomie w miarę zbliżonym do dawnego, dwa następne to równia pochyła bez zakrętów. I repeta. Taka huśtawka, co zamiast nieść frajdę, że się merda nogami i fruwa, powoduje mdłości. Źle mi. Ogólnie. I fizycznie i psychicznie. A emocje mam w konsystencji galaretki. Nie lubię siebie takiej a wszystko wskazuje na to, że będę musiała trochę zacząć albo przynajmniej zacząć to akceptować i odzwyczaić otoczenie od pewnika, że zawsze jakoś daję sobie radę. Nie zawsze, nie jakoś i nie daję. Czasem po prostu się za-ci-nam, zaciskam i stop.

Samo się.

Dostałam polecenie co ostatnio samo się i co bym chciała. Więc. Samo się chudnie. 13 kg. Bo samo się nie je. A co bym chciała? Nie wiem. Na Ołpenera pojechać bym chciała. Bardzo. Ale to tak w sferze mocno średnio obecnie finansowo realizowalnych marzeń.

Bla bla bla.

Piszę bo mam nadzieję, że to pomaga. I nawet jeśli teraz tego nie widzę, to liczę na to, że kiedyś wrócę, przeczytam, pokręcę z niedowierzaniem głową i przynajmniej porządnie kopnę się w tyłek.

Ktoś mi tam zawsze jakoś nóżkę rozbuja.

—————————————————————————————–

A na deser, żeby nie było tak ckliwie i dramatycznie, Lokator w wersji Mundry&Uczony…

… czyli Patrz_No_Pani/Panie jakie ładne teraz foty robią na Zakończenie Żłobka.

—————————————————————————————–

Wersja – mam wytrzeszcz i nie zawaham się go użyć:

Wersja – młody poeta w czerni za to z frędzlem na wierzchu:

Kot w czasie przeszłym

Ratowałam dziś kota. Znaczy próbowałam, bo niestety nie dało się już nic zrobić. Spadł z szóstego piętra. Na kostkę brukową. Siedzieliśmy w pracy i słychać było tylko taki odgłos jakby upadł worek w wodą. Komuś. A to był On. I potem głośny szloch wywołał nas do okien. Młoda dziewczyna tak strasznie płakała, że ścisnęło mi się wszystko w środku. Potem zobaczyłam Kota. Leżał na boku i – pamiętam dokładnie – jeszcze oddychał, jeszcze poruszał ogonem, tylną łapą. Prosiła o numer na pogotowie weterynaryjne. Znalazłyśmy szybko w internecie, chwyciłam telefon i wybiegłam do Niej na dół. Na oko dwadzieścia pięć-sześć lat. Cała roztrzęsiona. Mówiła coś o Ukraince, która myła Jej w domu okna. Kompletnie nie wiedziała co zrobić. Po prostu stała, łkała i się trzęsła. Trzymała w dłoni telefon ale nawet nie usiłowała z niego skorzystać. Zadzwoniłam z własnego ale w trakcie rozmowy Kot zaczął drgać. A potem przestał oddychać. Zmętniały Mu oczy. Koniec. Szloch przeszedł w lament. Powiedziałam żeby poszła po jakiś karton. Sprawdziłam czy aby na pewno nie wyczuwam pod ciepłym jeszcze futerkiem bicia serca. Ale nie. Dziewczyna wróciła. Nie mogła nawet Go dotknąć, od razu zanosiła się płaczem. Pakując Jej ukochanego zwierzaka do środka myślałam tylko o tym, że nie wiem co teraz. Nasze Psy i Koty w Mamutowie miały swoje miejsce, pod drzewem na końcu podwórza. Tu tylko bruk. W końcu dziewczyna wyrzuciła Go do kontenera w śmietniku. W śmietniku.

Nie wiem. Siedzę i nie mogę przestać myśleć o tym śmietniku, o tym szlochu, o tym, że mi strasznie przykro bo nie mogłam pomóc. Jednocześnie zastanawiam się, czy jeśli będzie miała Dziecko i coś Mu się stanie – na przykład nagle przestanie oddychać – też stanie i zacznie płakać w głos zamiast zrobić cokolwiek.

W świetle moich przejść wczesnolokatorskich, które na stałe już chyba mam w tyle głowy, naprawdę nie daje mi to spokoju.

A jak Wy, drodzy Czytelnicy, reagujecie w kryzysowych sytuacjach?
Paraliżuje Was strach i szok
czy też włącza się Wam automatyczny pilot?
Przyglądacie się z daleka czy działacie?

Pytam, bo w tej konkretnej sytuacji, pomimo wielu świadków w wielu oknach, cała reszta świata nie wykazała cienia zainteresowania. No ale to Kot. Dla niektórych tylko. Dla innych aż. W sumie nie pierwszy raz jestem inna. Obawiam się jednak, że gdy sięgam pamięcią i odnajduję rozmaite wypadki z udziałem ludzi, reakcja była tak samo żadna. Tylko zaćmienie i ciekawskie spojrzenia.