O próżnym pająku i innych takich

Weekend z dziećmi bardzo owocny.

Janek próbował wyżreć piach z piaskownicy a Igor trenował rzut oszczepem.
W roli oszczepu wystąpił gościnnie kijek do kiełbasek z ogniska.
Wieczorem łazience zastałam dwa szerszenie na oknie i gigantycznego pająka na lustrze.

Jestem bardzo, niezwykle wręcz dzielna, gdyż nie panikując i nie wrzeszcząc spokojnie ubiłam pająka a następnie poszłam po Mamuta. W kwestii szerszeni jednak lepiej by zajmował się nimi ktoś bardziej doświadczony i bez alergii.

Książę Małżonek wrócił z weekendowej wyprawy na ryby o pierwszej w nocy.
Żadnej ryby w jego towarzystwie nie zarejestrowałam.
Przedstawicielek innego znaku zodiaku również.

Może to i dobrze, bo jakoś nie byłam w nastroju do podejmowania gości herbatą.

Jak widać wszystko toczy się dalej swoim torem.
I tylko wewnętrznie wciąż mi w głowie brzmi taka dość smutna refleksja w temacie włosów i wieloletnich przyjaźni.

Mało znaczę.
Po hebrajsku łaska.

Domagam się kategorycznie dodatkowego miesiąca lata

Wczoraj był dzień rowerowy.

Byliśmy całą bandą wszędzie – dosłownie wszędzie – i po drodze zbieraliśmy nienawistne spojrzenia ludzi tkwiących w samochodach uwięzionych korkami, objazdami i tym podobnymi miejskimi strasznościami. A nam było dobrze i przez ten czas mogliśmy nie myśleć o niczym, poza tym, że życie jest fajne. Bo jest.

Mamy nogi, ręce, oczy i uszy, mamy otwarte głowy i bardzo dużo do powiedzenia. Najczęściej wszyscy na raz. Na tym się teraz będę skupiać.

Między drugą a trzecią przerzutką pod górkę podjęłam solidne postanowienie, że będę mniej oglądać się na innych i pochylać z troską nad ludźmi, którzy nawet tego nie zauważają, a częściej patrzeć przed siebie. Czasem trzeba. Może zobaczę coś miłego. Chciałabym.

Koniec pracy na dziś.

Idę kopać tunele w piasku i zbierać fajne kamyki.

Kamyki zbieramy po to, by potem ubarwić je jednokolorowo a następnie malować na nich serduszka, żaby, dżdżownice, kwiatki i przeokropne potwory ziejące ogniem, czosnkiem i innymi intensywnościami.
Co kto lubi.

No i trzeba bujnąć się w hamaku raz, czy pięć.
Żeby się nie stęsknił zanadto.

7.15, numerek trzeci

Z Centrum Zdrowia Dziecka, po trzech godzinach wysiadywania w różnych poczekalniach odeszliśmy z kwitkiem… na badania gospodarki fosforowo-wapniowej dla obu chłopców. Tyle.

I właściwie to Pani Doktor nie wie, po co przyszliśmy i czego oczekujemy.
My też nie wiedzieliśmy.
Raczej jednak nie spławienia.
Na nasze pytanie „co dalej” nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
Spychologia do innych poradni.
Zainteresowania sprawą: zero.

Dentinogenesis, Amelogenesis + próba oszacowania stopnia Osteogenesis imperfecta (jest szansa, że OI znikome, albo tylko u jednego).

Jeśli będę chciała wpłacić jakąś cegiełkę albo coś na ten szlachetny przybytek, to proszę wziąć potężny rozmach i kopnąć mnie w tyłek. Rodzic jest tam złem koniecznym i tak właśnie się go traktuje. Porady w stylu „trzeba było zrobić badania genetyczne przed pojawieniem się dzieci” i znaczące zawieszenie głosu, żeby na pewno do nas dotarło, że jej zdaniem nie powinniśmy się na nie decydować, są istotnie wiele do sprawy wnoszące. I budujące jak cholera.

Jestem dziś zła.
I rozbeczałam się całkowicie bez sensu.

Nie mam siły o tym rozmawiać.

Do bani

Trzynasty.
Zbiłam lusterko.
Fioletowe. Z Hanną Montaną.
Nie żebym była akurat z nim jakoś szczególnie związana, ale dobrze się przed nim malowało oko.
No i te siedem lat nieszczęścia trochę mnie jednak deprymuje.
Czekam na kota, ewentualnie zakonnicę z wiadrami… a potem może pójdę się położyć.
Pod biurkiem w pracy.
Udam, że upadł mi ołówek.
I podnoszę go przez osiem godzin.
Hmm… może nie przejść?
No to napiję się kawy.

Sława, mężczyźni i pieniądze

Ze zjawisk wymienionych w tytule notki mam tylko mężczyzn. Urodzaj prawdziwy. Na stanie jest co najmniej trzech, a jakby wliczyć Dziadka Zdzisia, to czterech. Podobno dwóch jest nawet całkiem dorosłych, ale chwilami mam wrażenie, że to tylko pogłoski.

Jeśli chodzi o sławę, to właśnie trafiłam do blogowego panteonu gwiazd. Loża kultowa. To brzmi jakoś tak nobilitująco, prawda? W każdym razie jestem w samym środku wybitnych osobistości słowa pisanego między ciastkiem a kawą i błyszczę się na nieboskłonie jak wiadomo co, komu i kiedy.

Mogę się na ten przykład dowiedzieć od sąsiada, że Anna Mucha czeka na drugie dziecko. A od drugiego, że Violetta Villas nadal ma wielu fanów. Gdybym chciała poznać wachlarz możliwości rejestracyjnych pojazdów, to też nie kłopot. Albo dowiedzieć się o ważkim problemie zdejmowania koszulki przez prawdziwego macho…

Całe szczęście, że Chuda też tam jest. Nie czuję się tak dramatycznie na tym środku oceanu.

Ps. Zapomniałam napisać, że oczywiście ciągle z żywym zainteresowaniem i niecierpliwością czekam na te pieniądze, co to wraz z mężczyznami i sławą będą się dobijać do moich drzwi. Ostatecznie mogą przyjść nawet bez wspomnianego towarzystwa.

W kwestii planów

Temperatura powietrza i ciała – wspólna.
Rusztowania za pracowym oknem – w budowie.
Lato w mieście w rozkwicie.

Gdzieś pomiędzy brzękiem żelastwa, warkotem wiertarki i cięciem styropianu (ałć) mam jednak taką refleksję, że bardzo lubię lato.

O całą galaktykę bliżej mi do upału niż najlżejszego nawet przymrozku.
Poza tym zawsze wolałam się rozebrać, niż zmarznąć.
I lody można jeść bezkarnie hektolitrami – po głębszym zastanowieniu, to nawet trzeba, a nie można.
Wyjście z dziećmi trwa kilka sekund a nie kilkanaście minut i nie potrzeba właściwie niczego, prócz wody i jakiejś awaryjnej pieluchy dla Janka.
A na urlop można zabrać jedną sukienkę, jedne spodnie i trzy t-shirty, a nie pół szafy rozmaitości „bo nigdy nie wiadomo”.
Aczkolwiek zawsze zabieram pół szafy, bo przecież nigdy nic nie wiadomo.
Ale miło mieć świadomość, że to moja prywatna fanaberia, nie zaś konieczność.

Lato w Warszawie też lubię, nawet pomimo utrudnień komunikacyjnych, bo jest tak cudownie mniej ludzi wszędzie i nikt nigdzie nie gna jak tabletka na przeczyszczenie. A na rogu po drodze do pracy jest jeszcze moja ulubiona Pani z Malinami. Wcześniej była ulubioną Panią z Truskawkami oraz Czereśniami. Pani ma wbudowaną opcję aktualizacji sezonowej. Jesteśmy już dość zaprzyjaźnione i zawsze życzymy sobie miłego dnia.

W perspektywie mam jeszcze wyprawę do Danowskich z Halką i dziewczynami. Ach.

Dziateczki nasze wszystkie zajmą się sobą i gmeraniem w kamyczkach, tudzież zbieraniem muszelek, opcjonalnie grą w piłkę, bo przecież są bardzo kochane i miłe (ekhem), mężowie (albo inne przyjaciółki) będą dzwonić z uprzejmym zapytaniem „jak tam?” a my po również uprzejmym zapewnieniu ich, że „świetnie, bosko oraz wspaniale”, będziemy nogami z pomostu mieszać wodę w jeziorze. Żeby się równo po szuwarach rozchodziła.

Taki mam plan na sierpień.

Żyć nie umierać 🙂

======================

update
plan był i się zmył

Bramka numer dwa

69 rocznica Powstania Warszawskiego.
Młodzi ludzie zatrzymani w kadrach na czarno-białych wyblakłych fotografiach. Uśmiechy, całkiem jakby to miał być film, a nie ich ostatni dzień w tym miejscu.

Świat się nie zatrzymał, wszystko biegnie tylko sobie znanym torem.
W kalendarzu imieniny Piotra i Juliana.

Janek pierwszy dzień w żłobku po wakacjach.
Włączył syrenę nie czekając do godziny 17.
Ech.

Czasami mam wrażenie, że mam do wyboru tylko dwie opcje: „kiepską” oraz „nie najlepszą”. Musi się chłopak hartować. Nie ma wyjścia.

Lipiec mi się jakoś kończy, a jeszcze przed chwilą był maj

U Was też?

Czas zapiernicza niczym wentylator.
Przed chwilą byłam młoda, piękna, niebogata ale miałam świat u stóp i mnóstwo pomysłów na wolny wieczór.
A teraz mąż, dzieci i kurze łapki za oczami a na wieczór to ewentualnie mogę wziąć dodatkowo efedrynę tudzież paralizator, żeby się uporać z hałdą prasowania i nie zasnąć – być może stosowane naprzemiennie zadziałają. Kto wie.

Igor ogląda moje zdjęcia.
– Kiedyś byłaś bardzo piękna mamusiu – stwierdza ze znawstwem mój młodociany koneser kobiecej urody.
– Dziękuję Ci bardzo słoneczko Ty moje… – odpowiadam z uśmiechem.
Ale zaraz. Dlaczego kiedyś i dlaczego byłam?  – nim dokończę tę niepokojącą myśl, pada ścichapęk:
– I byłaś chudziutka! – szczebiocze radośnie Syn osobisty pierworodny
– Mhm – odmrukuję i w myślach wgryzam się w tętnicę przygodnie napotkanej młodej, ładnej i chudej lafiryndzie, których niestety pełno wokół.

Istnieje związek frazeologiczny: wyhodować żmiję na własnej piersi.
Zastanawiam się, czy nie powinno być tam wzmianki o dzieciach.

I tak o drodzy Państwo. Wentylator. Nie wiadomo kiedy. Pozamiatane. I jeszcze młode pyskują naszymi własnymi argumentami.
Takim dinozaurom też musiało się wydawać, że dopiero co się pojawiły, zrobiły trochę zamieszania, pokręciły się, kilka roarów wydały, wtem jakiś lodowiec przyszedł i już ich nie było. Po herbacie.

Ale są też aspekty pozytywne.

Niczego już nie muszę. Większością rzeczy się nie przejmuję, bo mi się nie chce. Mam głęboko w poważaniu co powinnam, a czego nie i wisi mi kalafiorem właściwie większość rzeczy. Cycki na szczęście nie i dobrze, bo bym się nieco zmartwiła, ale znając życie i wentylatory to stan przejściowy. Oby jednak później niż wcześniej. Ponadto inaczej mi się patrzy na świat i ludzi – już się tak nie napinam i nie szarpię. Nie to, że mi nie zależy. Zależy. Ale nic na siłę.

C’est la vie jak mawiają Eskimosi.

A czy ja wspominałam, że Janek od miesiąca jest Człowiekiem Przechadzającym Się?
Nie?!
To wspominam.

W poniedziałek 1 lipca, podczas emisji Faktów na TVN-ie, tak dalece zaabsorbowała go sprawa pokoju na świecie, że…

i tu następuje dawno oczekiwane WTEM!

… wstał i poszedł. Albo po prostu mamy za mały telewizor i potrzebował przybliżenia.

Możliwe, bo pudło jest raczej starym gratem i przy moich -4 dioptriach nawet w okularach trudno mi się przyzwyczaić do ewentualnych głównych bohaterów…

W każdym razie Młody chodzi do teraz. I wygląda mi na bardzo zadowolonego z życia. Cóż, w końcu zmiana perspektywy dużo wnosi 🙂

Zgodnie z zaleceniem żłobka stawiliśmy się oczywiście we wskazanej poradni na umówioną jeszcze w czerwcu wizytę. Z wypisaną przez Panią Psycholog ze żłobka diagnozą rozwoju, że dziecko nie chodzi, jest statyczne, nie podejmuje większej aktywności i generalnie prawie wyłącznie siedzi i się kiwa…

U Pani Doktor z poradni Janek biegał, skakał, salutował, demonstrował jakie dźwięki wydają zwierzątka paszczą, pokazywał jak potrafi jeść łyżką i pić z kubka, wykonywał ćwiczenia ekwilibrystyczne i uśmiechał się szelmowsko. Jak w domu. Pani Doktor nie mogła uwierzyć, że diagnoza dotyczy tego samego chłopca.

Widocznie wcześniej nie miał ochoty a w żłobku w ogóle mu się nie chciało. Albo nie podoba mu się Pani Psycholog i jej obserwacje. A może po prostu był zajęty układaniem klocków i nie chciał się rozpraszać.

Bo Janek, jak już zdążyliśmy zaobserwować, robi dokładnie to, na co ma ochotę i dokładnie wtedy, gdy ma na to ochotę.

Po mamusi.

Spotkanie

Po pracy spotkałam się przelotnie z Kociubińskimi, którzy akurat postanowili przyjechać pozwiedzać stolicę w dwa najbardziej upalne dni od nie wiem sama kiedy. Wszyscy czworo mieli się świetnie, ale wspominali, że poprzedniego dnia po wyjściu z Centrum Nauki Kopernik byli bliscy przejścia w ciekły stan skupienia materii.

Pogadaliśmy chwilę, powspominaliśmy, dziateczki wyrosły. Jagodę dopiero teraz miałam przyjemność poznać – urocza pannica, a Szymek chyba zwyczajnie nie miał pojęcia kim jestem. Ale właściwie trudno mu się dziwić, bo widział mnie dwa czy trzy razy w życiu i to dawno temu, gdy nie był jeszcze strasznie poważnym i prawie dorosłym chłopcem.

Potem wyciągnęłam ich na Pole Mokotowskie na plac zabaw. Oczywiście najpierw wywlekłam ich omyłkowo na plenerową siłownię a dopiero potem na plac zabaw. Z daleka wszystkie kolorowe rurki wyglądają tak samo 🙂

Dość szybko się zwinęłam do domu, gdyż teraz bawię się w pielęgniarkę i specjalizuję się w robieniu domownikom zastrzyków (Tata bowiem już na całe szczęście wyszedł ze szpitala po operacji i jest w domu), ale całą gromadkę pozostawiłam w dobrych humorach i z zapowiedzią „do zobaczenia”. Mam wielką na nie nadzieję. Bardzo dobrze wspominam sobie nasze dawne pogaduchy i to specyficzne ciepło, które od nich bije.

Miło było się spotkać 🙂

Lato w mieście

Po zaledwie 37 przesiadkach dotarła do pracy nawet 4 minuty przed czasem…

Od tej komunikacji miejskiej nogi mnie bolą i mam odciski nawet w bardzo wygodnych sandałach.

Remonty wszystkich dróg łączcie się!
W końcu zrobi się jeden wielki wykop i zaczną się korki w ruchu rowerowym 😉