Marzenia się spełniają

Jestem i działam – wszystkich stęsknionych przepraszam za milczenie i serdecznie dziękuję za słowa otuchy i wsparcia. Fajnie, że ktoś tu jeszcze zagląda i w dodatku tęskni 🙂

Ostatnio było trochę pracowicie a trochę nerwowo, trochę truchtu po lekarzach, trochę różnych perypetii z tym związanych po drodze, trochę prawo jazdy w toku, trochę sprawdzania lekcji i jeszcze trochę robótek ręczno-domowych. Pod koniec dnia padałam na pysk w poduszkę stylem dowolnym. A jeszcze doplątało mi się paskudne przeziębienie z turbo kaszlem, którym straszyłam starsze panie w SKM-ce.

Teraz najważniejsze – bo wiem, że część tu czeka i przytupuje a reszta ogryza paznokcie.

Fasola jest zdrowa, cała, wszystkie testy zdała z powodzeniem i na ostatnim USG pomachała nam z ekranu monitora całkiem wyraźnie zarysowaną długopalczastą dłonią. Arystokratyczno-muzyczną rzecz jasna, bo ja nałogowo śpiewam a Książę Małżonek jest Księciem Małżonkiem. Kamień z serca huknął o ziemię o od razu zaczęło mi się lepiej oddychać.

Wszystko wskazuje na to, że na Wielkanoc zamieszka z nami całkiem fajna Babeczka. W końcu jak Wielkanoc, to musi być Babeczka.

Oczywiście wpadliśmy w uściski i płakaliśmy ze wzruszenia oboje.

Nie wyobrażam sobie wspanialszego prezentu. Serio, serio.

Kochany Święty Mikołaju, dziękuję, że zauważyłeś jaka byłam grzeczna. I że we mnie uwierzyłeś. Dobry z Ciebie święty 🙂

 

Wam też życzę spełnienia marzeń. Bądźcie zdrowi, szczęśliwi i uśmiechajcie się dużo.

Kalosze z golfem

Pogoda dziś bardziej na ryby. Z pewnością nie na poniedziałek, który i tak sam z siebie jest najbardziej wnerwiającym dniem tygodnia. W bucie mi chlupie, w stawie strzyka a kropla deszczu za kołnierzem dopełnia całości obrazka. Potrzebne kalosze z golfem, na szelkach. I żeby były czerwone w białe groszki i miały w pakiecie przystojnego operatora. No co? Żebym wiedziała jak ich używać.

1. Strasznie, przeokropnie, dramatycznie… nic mi się nie chce.
2. Poza spaniem, bo to ostatnio na okrągło.
3. Ten stan postępuje.

4. Reasumując: jestem niedźwiedziem. Gabarytowo w sumie się zbliżam.

Bardzo nieodpowiedzialnie acz przypadkowo obejrzałam dziś swoje zdjęcia z… nieco wcześniejszej młodości. Miałam dwadzieścia kilka lat, jeszcze myślałam, że jestem nieśmiertelna i mogę absolutnie wszystko, a do tego byłam chuda, miałam masę blond włosów do pasa, zero dzieci, a jak założyłam kusą sukienkę i pomalowałam rzęsy, dochodziło do kolizji na Marszałkowskiej. Bożesztymój!

Aktualnie najchętniej pogoniłabym samą siebie z parasolką. Aktualnie jestem w nastroju: uwaga, gryzę i nie jestem szczepiona. Spaliłabym jakiś Rzym. Albo dwa.

Tymczasem idę przepytać Lokatora z angielskiego. I tabliczki mnożenia. O! Zawsze to coś.

Posmakuj sławy – zliż z bombki brokat

Nadal ludzkość w komplecie.

Aczkolwiek już przy na pierwszym skrzyżowaniu dwoje ludzi z pracy cyknęło mi fotkę. Tak się kończą jazdy spod roboty od 16.00, kiedy pierwszozmianowcy wychodzą do domów.

Paparrazi są wszędzie i będąc sławną ekhem blogerką oczywiście się z tym liczę.
Tym niemniej nadal uważam, że drugi profil mam bardziej wyrazisty i dużej odległości wyglądam chudziej, zwłaszcza gdy się lekko zmruży oczy i patrzy pod kątem.

Nie rozjechałam żadnej staruszki, choć jednej trochę się moim skromnym zdaniem należało za wystawanie półkadłubem na jezdnię przy czerwonym. Instruktor mi mówi, że nóżka ciężka i jadę wprawdzie trochę czołgiem ale trochę w porządku. Wybieram bramkę z drugą częścią wypowiedzi.

Podczas jazdy wzrok ogniskuję głównie na samochodzie, znajdującym się przede mną i zapominam o lusterkach, znakach czy innych drogowych przeszkadzajkach. Wczoraj poznałam ruszanie pod górkę – czynność nieco frapująca, gdyż albowiem myli mi się kiedy co puścić, kiedy co przycisnąć, a kiedy co odbezpieczyć. Granat pewnie odbezpieczyłabym sprawniej, ale to byłaby jakby czynność jednorazowa a zakładam, że jeździć jednak będę i to wielokrotnie.

Potem na osłodę trudów dnia Hal (wielkie dzięki Halu) zabrała mnie do Palladium na koncert Starego Dobrego Małżeństwa. Taki prezent przedurodzinowy. Bardzo miły zresztą. Na nich, to choćby pod wodą.

Urokliwe to wszystko i niewyobrażalne, że takie piękne rzeczy można zapisać słowami a potem skomponować do tego muzykę i malować ludziom w uszach, w głowach, pod powiekami. Wszystkie bieszczadzkie wyprawy, ogniska, wzloty i upadki, pierwsze miłości, szczęścia powitań i smutki pożegnań, przegadane z przyjaciółmi do białego rana noce pod przeciekającym namiotem, bez karimat, czy łazienek, co to teraz w pokojach, wszystkie otarte stopy, które cieszyły zamiast boleć, bo żyło się tak, że aż to życie nas piekło pod skórą, bo żyło się do zachłyśnięcia.

Oczy mam zawsze w mokrym miejscu na Glorii i Czarnym bluesie o 4 nad ranem. Sala pełna ale to taka muzyka, która głaszcze po głowie, nie przeszkadza nawet, że ciasno, albo, że Pani zasłoniła kokiem. Ludzie śpiewali razem i bisy płynęły bez końca. Lubię, oj lubię. Jak się kiedyś skończą będzie mi niewyobrażalnie smutno. Trzeba chłonąć teraz, póki są i im się chce. Na SDM zawsze warto iść, choćby na koniec świata, na bosaka, choćby trzeba było wracać zmęczonym jak pies po nocy, albo na piechotę.

Po prostu warto. Jak biec do końca. Potem odpocznę 🙂

Tyle się dzieje, że nie nadążam

SzanPan Miłosz z redakcji blog.pl przypomniał mi, że już od miesiąca nic nie piszę. Serio? To już miesiąc minął? Majngot. Strasznie ten czas ma dużo wspólnego z wentylatorem w upalne dni.

Jestem i żyję. Aczkolwiek trochę pędzę, jak to ja.

Fasola ma się dobrze. Przeżyłam wprawdzie chwile grozy, gdy Pan Doktor nr 1 stwierdził już przy pierwszym USG, że nie wiadomo czy rośnie i czy serce jej bije, ale Pan Doktor nr 2 potwierdził i jedno i drugie. A na następnej wizycie Pan Doktor nr 1 również już zmienił zdanie na lepsze. W międzyczasie trafiłam do Pani Doktor, która jest chyba najbardziej rozgarnięta, nie straszy po próżnicy i najlepiej można się z nią dogadać, choć jest pochodzenia arabskiego i nadal nie potrafię wymówić jej nazwiska. Dzikim fartem dostałam się do niej w przychodni przy Karowej, bo nie chciała zdzierać z nas kasy prywatnie. Jak widać są jeszcze lekarze z powołania.

Teraz do końca miesiąca wszystkie emocje staram się trzymać w szczelnie zamkniętym pudełku i skupić się na wyłącznie pozytywnych elementach życia i otoczenia. Ładne liście, malownicza elewacja, autobus mnie ochlapał tylko z jednej strony, tudzież nie zostawiłam dziecka w pociągu etc. Albowiem 30 października mamy testy genetyczne i wszystkie kciuki w okolicy proszone są o skłony pod daszek w wiadomej sprawie.

Na próbach śpiewamy bardzo ładne rzeczy a w przyszłym tygodniu 25.10 jest koncert w Sali Kongresowej „Planety”. Szczegóły tutaj.

Zaczęłam pierwsze jazdy samochodem i od razu przejechałam 30 km oraz do pracy. W życiu nie miałam wszędzie tak napiętych mięśni. Nawet brwi mnie bolały. Udało mi się zupełnym przypadkiem nikogo nie rozjechać ale strzeżcie się, gdyż instruktor notorycznie mnie napomina, że jazda sześdziesiątką przy ograniczeniu do czterdziestki i uporczywe ignorowanie lusterek najlepiej nie wróży. Oraz oczywiście hamuję w sposób sugerujący absolutną niepoczytalność i chęć dekapitacji.

Życzcie mi dużo szczęścia a instruktorowi jeszcze więcej cierpliwości.

Przedweekendowo

Dziękuję za wszystkie dobre słowa.
Aktualnie z fazy „Co teraz?!!!!!!!!” weszliśmy w fazę „Jak teraz?!!!!”. Reszta podobnie.

Nadal otwarta pozostaje kwestia rozmieszczenia trojga dzieci w dwupokojowym mieszkaniu. Chciał, nie chciał trzeba zakupić piętrowe łóżko i wcześniej niż zamierzaliśmy wyeksmitować Janka z naszego pokoju. Igor nawet się ucieszy, bo wyląduje na górnym poziomie ale obstawiam, że z Jasiem będą nocne wędrówki ludów.

Nie wiem natomiast, czy szanowny Jan w maju będzie będzie gotowy do przemieszczania się wyłącznie na własnych nogach i jak zareaguje na wieść, że „sorry, wózek od teraz zajęty”. Będzie miał 2,5 roku, więc różnie to może być.

Chciałam powiedzieć, że jeszcze nie jesteśmy w komplecie, a ja już nie ogarniam tej kuwety…

Żeby nie myśleć za dużo wsiadam jutro z rana w pociąg i jadę z dzieciarnią do Lublina odwiedzić Agę, Michała i Zosię. Książę Małżonek zrywa się na ryby – przy jego alergii przy czterech kotach zakichałby się na śmierć.

Życzcie mi wygodnego pociągu i umiarkowanie marudliwych małoletnich.

Tylko spokój może nas uratować

Powoli oswajam się z sytuacją.
Trochę oddycham do torebki a trochę jeszcze miewam myśli z gatunku „Aaaaaaaaaaaaa! Zaraz wszyscy umrzemy!”
Totalna panika i Armagedon niewątpliwie miały miejsce, aczkolwiek jak powszechnie wiadomo człowiek nie sznurek i wiele zniesie, zwłaszcza gdy już ochłonie.
Chwilami nawet zaczynam włączać bardziej pozytywne myślenie, więc jest szansa na poprawę nastroju. Oby rychłą.

Otóż sytuacja wygląda następująco:

1. Igor jest w drugiej klasie – jest typem szalonego ekstrawertyka – lubi matematykę, pięknie rysuje, uwielbia grać w piłkę i jeździć na rowerze, resztę – zwłaszcza czytanie i język angielski – pomińmy litościwym milczeniem. Najchętniej odżywiałby się powietrzem i energią  z kosmosu. Pancerny, choruje, gdy już naprawdę nie ma innego wyjścia.
2. Janek jest w żłobku i ma prawie dwa lata – to typ panikarza i introwertycznego profesorka – lubi, gdy stado jest razem i nikt się zanadto nie oddala. Miewa nieprzeniknioną minę, ale dla bliskich jest szarmancko wylewny – przytula się na powitanie z siłą Pudziana a gabaryty ma raczej potężne. Jest niestety mocno chorowity i odziedziczył po mnie DI, ale nadrabia miną, albo raczej zestawem min.
3. Ktoś Całkiem Nowy – jak bóg i partia pozwolą pojawi się na początku maja. Miejmy nadzieję, że będzie okazem zdrowia i odziedziczy po nas same dobre rzeczy. Mile widziana byłaby płeć żeńska – dla odmiany. Ale to już, jak wiadomo i historia pokazuje (u Siostry wszak trzy dziewczyny), loteria.

Zostawiłam miejsce na ochłonięcie również dla przeciętnego czytelnika o nie najmocniejszym sercu.

4. Prawo jazdy – 21 września zaczynam wykłady, oby udało mi się szybko wszystko przyswoić, nauczyć się pięknie jeździć i zdać egzaminy, bo w przeciwnym razie logistycznie trochę sobie nie wyobrażam maratonu po mieście z bandą wleczoną za szaliki. A poza tym już dawno powinnam się tym zająć. I już.
5. Pewnie coś jeszcze wymyślę.

Z tego miejsca pragnę gorąco pozdrowić koleżankę A., której dwie urocze córeczki idealnie wpisały się kilka lat temu w statystyczne 2% braku antykoncepcyjnej skuteczności. Myślę, że miała równie zdumioną minę, jak ja ostatnio. Wygląda na to, że co komu pisane, to będzie.

No, to by było na tyle.
Jestem głównie przerażona. Nadal.
Nie wiem jeszcze jak ich wszystkich porozmieszczamy w chałupie.
Najwyżej u sufitu uwiesimy hamak i będą nocne zmiany rotacyjne.
W życiu nie miałam tylu dzieci!

Migawki

Janek przedwczoraj

wczoraj

i dziś

Igor przedwczoraj

wczoraj

i dziś

I tylko ja właściwie się nie zmieniam…

Nadal czasem mam jedną nóżkę bardziej 😉

Dwa słowa o drewnie w życiu człowieka

Dzięki arcybogatemu doświadczeniu życiowemu, bardzo silnie uświadamiam sobie, że z biegiem lat człowiekowi coraz mniej potrzeba do szczęścia.

Najpierw musi być sześć metrów sześciennych zabawek, koleżanki, słodycze, wieczorynka i mleko bez kożucha w przedszkolu.

Później to ewoluuje w wielu interesujących kombinacjach, by w czasach hulanek i swawoli przybrać postać karty kredytowej oraz przystojnego męskiego ramienia na jej końcu. Opcjonalnie.

Aktualnie stan zen osiągnęłabym mogąc spać nieprzerwanie przez dwa tygodnie. Albo choć przez dwa dni. I żeby reszta świata była nieujebliwa. A ukochana rodzina daleko i w kagańcach.

Ech.

Na starość wystarczy mi solidna drewniana laska.
Będę nią naparzać wszystkie młode, chude i ładne 😉