O nowym zastosowaniu dla mostu

Jeśli mówię komuś, że mam troje dzieci, reakcje są na ogół dwie:

1. O… jak uroczo. Chyba cudownie jest mieć taką gromadkę? Na pewno będą bardzo ze sobą zżyci.
2. O… ja pergolę. Chyba zaczniesz mordować, co? Na pewno każdy sąd Cię uniewinni.

Oczywiście jak łatwo się domyślić reakcja druga pochodzi od ludzi, którzy wiedzą, czym to pachnie. A przed pierwszą ekipą jeszcze wiele wspólnych chwil i zabaw o 4.30.

Mam troje dzieci, z czego dwoje budzi się w nocy 3 razy. Nie, nie jednocześnie. Jak tylko uda mi się utulić jedno i przykładam głowę do poduszki, drugie złośliwie się budzi i domaga uwagi. Albo recytowania Brzechwy.

Mam ochotę skoczyć z mostu. Może być Łazienkowski. I tak nie działa.

A za kilka lat będę dziadostwo zwlekać z łóżek siłą i rażąc prądem. Bo będą chcieli spać do południa.

Trzylatek na stanie? Zero nudy.

Janek ma fazę na kolor czerwony. Wszystko musi mieć element w tym kolorze, inaczej jest nie-ak-cep-to-wal-ne. Nawet skarpetki.

Mam wizję nocy z czerwonym markerem…

Kocham dramatyczne histerie trzylatków. Dziesięć do dwudziestu sekund. Ale za to JAKICH.

Oraz codziennie przed zaśnięciem musi wymienić wszystkich, których kocha. Wszystkich. Jeśli Mu się przerwie, patrzy z wyrzutem i ostentacyjnie wzdychając, zaczyna od początku. A że rodzinę mamy liczną i kochliwy jest, plus Majeczka w przedszkolu i Dagmara z tańców,  no i Tadzio z Marcelem – najlepsi kumple… trochę się schodzi.

Ostatnio zaczął również pytać, gdy jesteśmy u Dziadków i jest „Jeden z dziesięciu”, kim jest prowadzący. Albo kto przedstawia tę prognozę pogody.

I potem zaraz po Majeczce, Dagmarze, Tadziu i Marcelu jest Tadeusz Sznuk i Tomasz Zubilewicz.

Czasami naprawdę się powstrzymuję siłą i godnością osobistą żeby nie rechotać. Parskając cichaczem w mankiet, głaszczę po głowie i tłumaczę, że kłaczek.

Królestwo i pół córki

Sobotni poranek.

Młoda jest podejrzanie cicho i sapie z kąta pomlaskując. Ostrożnie zaglądam, a tam… konsumpcja jankowego kapcia. Czerwony piankowy ZygZak Mc Quinn w starciu z pierwszym zębem niemowlęcia.

Przy pierwszym dziecku pewnie już bym biegła wyszorować mu otwór gębowy z przyleglościami, wyparzyć kapcia i zdezynfekować mieszkanie zahaczając o klatkę schodową. W panice oraz zamawiając w aptece aphtin przez telefon.

Przy drugim dziecku zabrałabym kapcia, złoszcząc się, że brat odstawi wielopłaszczyznową histerię z przytupem i chórkiem z Mazowsza z powodu zniszczeń i obślinienia. Nigdy nie wiadomo co gorsze. Wydzieliny rodzeństwa są jak wiadomo najbardziej toksyczną substancją w galaktyce.

Przy trzecim dziecku spokojnie wycofuję się z pokoju i postanawiam dokończyć śniadanie. Oceniając stan kapcia – z kawą i gazetą.

Spokój.
Towar reglamentowany i nie do przecenienia.

Ps. Mamuśki na forum już by mnie poszczuły amstafem, księdzem proboszczem, wybraną chorobą weneryczną i Faktem.

Inna matka zawsze wie lepiej

Ostatnio przed wycieczką do kina Igo zapomniał wspomnieć, że trzeba mieć 2 bilety ZTM. Przypomniało mu się, gdy wychodził z domu. Zbiórka za pięć minut. Poleciłam by biegł za autobusem to wzmocni sobie kondycję. Wyszedł z domu z poczuciem posiadania matki-potwora i drobnymi do biletomatu na przystanku pod Ratuszem.

Teraz o bilety męczył mnie już tydzień przed wycieczką do muzeum i dziś dodatkowo sam osobiście sprawdził czy na pewno nie są skasowane.

Na ostatniej zbiórce jedna z mam skomentowała moje ostatnie zachowanie, że ona by raczej poszła z synem i kupiła te bilety sama, bo w biletomacie to trzeba szybko czytać i wszyscy patrzyli a w ogóle to przecież mógł zgubić. Stres etc.

Stłumiłam warknięcie. Choć nie bez trudu. Przyznaję. Bo bardzo źle znoszę nieproszone dobre rady oraz próby bycia „na moim miejscu”.

Powiedziałam tylko, że nam pępowinę odcięto po porodzie i jeśli im nie, to może warto wrócić z reklamacją.

I tak nigdy baby nie lubiłam.

Chwila spokoju

Igor w szkole. Zapewne „patrzy w okno”, „mówi sam do siebie i głośno się śmieje” oraz „przeszkadza na lekcji a upomniany udaje martwego”. Mam ochotę dopisać „Nie resuscytować”.

Jan w przedszkolu. Nie bez oporów, jeśli liczyć fakt jak bardzo mi dziś ciśnienie skoczyło, gdy stwierdził z mocą, że z wejściem do budynku poczeka na śnieg. Przy obecnej aurze czekałby do grudnia.

Lena właśnie tnie komara pod kocykiem w zwierzątka. Od Ciotki Lukrecji, która szyje i dobrze, bo pięknie.

Ja leżę na szarym puchatym dywaniku w pokoju i oddaję się błogiemu lenistwu. Nie myślę o zapyziałym mieszkaniu, brudnych oknach i stercie ubrań do prasowania. Nie myślę o niczym i jest mi z tym cudownie. Powieki jak przy Kaszpirowskim – lewa ciężka, prawa gorąca.

Wchodzi Mamut.

– Co robisz?

– Czczę orła.

Pomysł na…

Moje dzieciństwo to było pasmo sukcesów na polu towarzysko-podwórkowym. Nie było gier komputerowych, komputery zresztą były absolutną nowością dla przeciętnego Statystycznego, w telewizji nie było nic, a to i tak dopiero od popołudnia. Coś było dopiero w weekendy. Albo gdy już byłam starsza i wszedł LUZ.

Byli znajomi, rowery, drzewa w lesie i dachy budynków gospodarczych w okolicy. No i poligon wojskowy oraz bazar Ciuchy – największe rarytasy Rembridge. Można było spotkać Marylę Rodowicz saute i wiele innych gwiazd estrady. A na poligonie znaleźć łuskę i zabłysnąć w towarzystwie. Póki rodzice nie odkryli i nie skonfiskowali z hukiem i wielką burą.

W wakacje, jeśli nie było akurat kolonii, wychodziło się po śniadaniu i wracało na chwilę na obiad, albo i nie, bo zawsze gdzieś ktoś kogoś czymś poczęstował i potem dalej w świat. O 22 trzeba było być w domu, bo już robiło się ciemno.

Dziś niewyobrażalne, żeby tak puścić dziecko samopas, ale wtedy właśnie tak było. Ludzie się znali, ruch na ulicy żaden, jeden autobus na pół godziny i finito. Nikomu nic się nigdy nie stało. Oczywiście jeśli nie liczyć zdartych kolan czy urażonej dumy bolących po upadku z drzewa pośladków.

Jak człowiek dostał od rodziców kieszonkowe, to było kino. A jak coś zostało, to lody, gumy turbo albo napój Ptyś. Bardzo mi smakował i pamiętam go do dziś.

Nie było fejsbunia i ludzie spotykali się by porozmawiać, zobaczyć się. Telefon to był stacjonarny i nie w każdym domu, więc pisało się listy, kartki pocztowe i na poczcie kupowało żetony a potem karty telefoniczne. I szło się do budki. Jak założyli nam telefon w domu to było święto. I oczywiście ścisła reglamentacja czasu antenowego. Podchodził Mamut, albo Siostra i scenicznym szeptem musztrowały „Kończ już!”.

A jeszcze wcześniej, kiedy rodzice naszych rodziców byli małymi bąkami z obtartymi kolanami, to dopiero było ciekawie.

Były na przykład takie fajne zabawy dla dzieci. O jak dajmy na to ta.

image

Zdjęcie pochodzi z The Secret Museum of Mankind i przedstawia dzieci próbujące zjeść śledzia na łyżwach. Znaczy dzieci są na łyżwach, nie śledzie.

Oraz była jeszcze fajerka i kijek. Do toczenia.

Nie to, co teraz – samochody, śmieciaki, lego i PSP. I się w dupach przewraca.

Nie masz pomysłu na obiad?

– Idźcie dziateczki i to co zjecie, to Wasze. Tylko postarajcie się, bo obiadku dziś nie przewiduję.

Idę rozwiesić sznur w ogrodzie i skoczę do rybnego.

;-))

Oddycham do torebki

Ja to wszystko odnotuję w moim złowrogim kajeciku. Te wszystkie nocne wrzaski, kilometry robione w ciemnym pokoju i godzinne kołysania, bezlitosne pobudki o piątej. Gile do pasa, bitwy nie wiadomo o co, histerie, fochy, humory, trzaskania drzwiami gdy akurat odkładam do łóżeczka Młodą, ciągnięcie za włosy, palce w oczach, drogi krem równiutko rozsmarowany na wannie i sprawdzanie na puchatym chodniczku jak długa jest pasta po zębów z mikrogranulkami. Wywiadówki też. Wszystko spiszę.

A potem poczekam trzydzieści lat i będę się pastwić.

Zrobię najazd teściowej o brzasku w sobotę i łaskawie pozwolę się obsługiwać, będę telefonować po nocy bo nie będzie mi się chciało spać, albo będę chciała porozmawiać o życiu, wyżrę im wszystko z lodówki plus słodycze schowane na czarną godzinę, oraz zacznę złowieszczo rechotać w zupełnie przypadkowych momentach. Rozważam również nieoczekiwane wiatry w towarzystwie, a w dalszej przyszłości zawsze mogę przestać trafiać do kuwety. Oraz wspaniałomyślnie zamówię im prenumeratę Strażnicy, Naszego Dziennika i największe przeboje disco polo oraz muzyki biesiadnej. A do zupy będę wrzucać wagon natki.

Już mi lepiej 😉

Lena, 10 miesięcy

Odnotowano całkiem świeżą dolną jedynkę. Prawą. Jak na pierwszy ząb chyba klasycznie. Pozostałe trzy czają się chyba na najbliższe dni.

image

image

Humor rekonwalescentce dopisuje. Jutro ostatnie dawki antybiotyku. Każdy by się cieszył w tej sytuacji.

image

Stara się robi.
Za chwilę rok, potem pięć i osiemnaście.

Czy wspominałam już, że Książę Małżonek źle znosi wzmianki o ewentualnych narzeczonych? No, to źle. Strach się bać co odwinie gdy Młoda faktycznie przywlecze jakieś indywiduum i przedstawi, że to jej laf. Oczyma wyobraźni widzę go galopującego po podwórku z tym wielkim drągiem, co to się nie mogę doprosić żeby porąbał na ognisko.

W ogóle dorastanie dzieci to mam wrażenie temat rzeka. Taka delta Mekongu z krokodylami niekoniecznie w charakterze drogich torebek i zgrają jadowitych węży czyhających na niczego nieświadomych śmiałków. Tabletki na serce Księcia Małżonka mogą nie wystarczyć. Zwłaszcza dla nas obojga na tyle dzieci. Muszę jednak zdobyć ten paralizator. Od razu będę spać spokojniej.