Nie powiem, że jest różowo, bo nie jest i to bardzo, ale mam nadzieję na poprawę i tej poprawy kontynuację. Tej nadziei się trzymam i zamierzam być twarda jak bułki, które zastałam na blacie w kuchni po powrocie ze szpitala. Bułki były naprawdę pancerne i jedną postanowiłam zachować sobie na później do torebki w celach obronnych. Książę Małżonek potrafi wyhodować broń biologiczną z pozostawionych torebek herbaty a co dopiero z bułki. Gdybym mu zostawiła krakowską podsuszaną, wydziergałby bazukę. Zdolny taki.
Na razie funkcjonuję sobie w domu w systemie przystankowym, czyli od tabletki do tabletki i zastanawiam się czy wszystko da się zmiksować i wciągnąć przez słomkę.
Gdyż albowiem najchętniej zjadłabym wszystko co twarde, chrupkie i pyszne a mam przed sobą dwa miesiące diety płynnej lub ewentualnie półpłynnej.
Z rzeczy dziwnych i trudnych do uświadomienia – nie mam czucia w brodzie i dolnej wardze. Podobno trzeba poczekać kilka tygodni i powinno wrócić. Jestem bardzo przywiązana do tego powinno. Jedzenie zupy w tych okolicznościach to doprawdy wielka przygoda. Trafi – nie trafi. Emocje jak na rybach.
Dzieci trochę zdezorientowane ale szybko się odnalazły. Igo tylko raz mnie zapytał, czy ktoś mnie pobił i ma oddać. Potem już tylko rzucał współczujące spojrzenia, gdy wszyscy jedli paluszki rybne a ja mdłe purre z ziemniaka z rozgotowaną marchwią. Janek nie bardzo chce zrezygnować ze spontanicznego rzucania mi się na szyję, ale pracujemy nad tym i chwilowo rzuca się po rodzinie. Lena bardziej jest zainteresowana zimnymi okładami niż tym co pod spodem, czyli matką. Cóż, życie. Matkę już zna.
Książę Małżonek przejęty i dzielnie donosi picie, kocyk, leki oraz stara się ograniczać ingerencję potomstwa w resztki mojego samopoczucia.
Żeby było bardziej interesująco i czarownie, unikając infekcji, gdzieś podłapałam anginę. Nie napiszę co mi się ciśnie pod palce, bo to same brzydkie wyrazy. Czuję się jak słabo rozgarnięta kupka nieszczęścia a wyglądam jak popiersie Bolesława Chrobrego w moim liceum. Wyglądał jakby miał bardzo rozwinięte wole młodzieńcze plus był nieco siny, jak to kamienne popiersia patronów szkół.
Z nowin z gatunku „to już” Lena dziś przywitała braci stojąc przy kanapie. Sama, na własnych nogach i z bardzo zdumioną matką obok. To to miało być to opóźnione dziecko? Pfff. Raczkuje jak mały odrzutowiec, dźwięk uchylanych drzwiczek od szafki z mąką i kaszami daje jej trzy sekundy do setki, a na drobne klocki Lego, pozostawione przez chłopców na moment, którymi z radością i wdziękiem chce się zadławić, rzuca się jak rekin na ławicę tłustych rybek.
Za chwilę będzie chodzić i wtedy dopiero zobaczymy co potrafi. Ziemio drżyj.