Kronos Quartet w połówce pomarańczy

gdy się denerwuję albo gdy mi smutno bardzo w zamyśleniu przesuwam zgiętym kciukiem po ustach

taka niewerbalna mantra

Freud koncetrowałby się na fazie oralnej i tym, że piersią mnie nie karmiono dostatecznie długo

ja wolę koncetraty pomidorowe do sosów spaghettilubnych

i zawsze byłam kiwaczek gdy źle

a gdy dobrze to się uśmiecham
i zarażam

nigdy nie krzyczę
im ważniej tym ciszej
a robienie scen pozostawiam teatralnym konstruktorom

ostatnio głaszczę kubki z herbatą po cermicznych polewach

chyba lubią

Żeby mi było mniej smutno

Noc. W kuchni ze skrzypieniem otwierają się drzwi od lodówki. Wychodzi z niej spasiona mysz w jednej łapie trzymając prawie kilogramowy kawał żółtego sera a drugą ciagnąc za sobą wielkie pęto kiełbasy. Idzie do pokoju skąd rozlega się potężne chrapanie gospodarzy i taszczy ten cały majdan przez środek izby w stronę szafy, pod którą ma wejście do swojej norki. Już jest przed wejściem gdy w świetle księżyca dostrzega pułapkę na myszy a na niej malutki kawałeczek słoninki. Mysz kręci z dezaprobatą głową i mruczy pod nosem :
– Jak dzieci, kurwa, jak dzieci.

Od Caffeine

Hmmm

Za oknem jesień w środku zimy. Źle sypiam. Za dużo myślę. Dobrze, że jesteś. Choć tylko po zmroku. Poranki to szybki prysznic. Na przebudzenie. Gwałtowne przebudzenie żeby za wiele nie chcieć. Rozpieściłabym się najchętniej w smaku świtu. I rozsmakowała w pieszczotach poduszki. I ten magiczny moment, gdy noc styka się z rankiem. Lubię to zmrużenie powiek tuż przed budzikiem. Na wpół przytomne myśli. Siebie rano. Ciepłą i ze snem jeszcze pomiędzy dłońmi.

Dłużą się te dnie… bez Ciebie. Tik. Tak. Kawa. Tik. Tak. Siedzę tu podczas gdy tak bardzo chciałabym być tam…
Nie mogę się doczekać wieczora. Myślę wciąż i wciąż ile to jeszcze czasu.
Odliczam kolejne godziny z rosnącą niecierpliwością. Kiedy w końcu wyjdę z pracy, kupię świece – te duże, mleczne, o kształcie walca. W sklepie za rogiem są takie, nieprzyzwoicie piękne i niemożliwie tanie. Tak bardzo je lubimy. I wino. Wczoraj pomalowałam kieliszek. We wrzosy. Miło mi będzie go dotykać z zamkniętymi oczami. Nauczyłam się go malując. Znam już na pamięć wszystkie krzywizny i cienie.

Dziś pachnę jak mgła, wiesz? Wiesz. Ty zawsze lubisz jak pachnę. I kochasz zdejmować ze mnie te zapachy. Aura po aurze, pocałunek po pocałunku, minuta po minucie. Już tęsknię do chwili, gdy zanurzę się w Tobie cała. Przytulę się do Twojego chłodnego policzka i napełnię Cię oddechem. Jesteś taka gładka. Znam każdy centymetr. Jesteś fragmentem i całością. Moim światem. Jednocześnie zimna i pociągająca.

Gładzę Cię z czułością. Zamieszkałabym tu, gdybym tylko mogła. Rozgościłabym się w tym zatuleniu i dalej czytała Ci na głos książki. Lubię czytać Ci na głos. Wiem, że możesz stać się wulkanem energii, rozgrzać w jednej chwili, albo ukoić moje zmysły i odebrać zmęczenie. Potrafię zasnąć w Twoich objęciach budząc się tylko by dodać gorąca kolejnym pocałunkom. Zawsze jesteś taka jak chcę. Dziś pachniesz bzem.

Dobrze mi w Tobie… moja Wanno.

🙂

Kochani !!! Apel !!!

Potrzebujemy krwi dla Jacka Lewandowskiego, Szpital Bródnowski w Warszawie – Oddział Neurochirurgii. Może być każda krew (na wymianę).

Jacek jest moim znajomym z Klubu Nurkowego ‚Cipiór’. Niestety ja ostatnimi czasy z różnych względów nie mogę oddawać krwi. Dlatego wielka prośba do Was. Wiem, że takich próśb są tysiące, jednak gdyby ktoś mógł i zechciał…

Dziękuję
Bajka

Wyniki sondy grudniowej


function ResultWindow(my_win_param) { window.open(„http://www.sonda.pl/wait.php3″,”sondaplwin”,my_win_param); return false; }

SONDA
W grudniu to ja…

czekam na Mikołaja
pielęgnuję przedświąteczną depresję
głównie ziewam
eee… a którędy na dworzec?
zasypiam na stojąco
hobbystycznie napadam na staruszki w ciemnych bramach
przepraszam… jestem nietutejszy(-a)
się cieszę… bo lubię tłok i ścisk i gwiazdkowe reklamy już od października
mam wszystko w dupie
w ilościach hurtowych

Kompletnie brak mi wyobraźni

Zuzia – Popacz! Narysowałam ciem!
Ja – To ja??
Zuzia – No a kto?
Ja – Hmmm. Kurczę, to fajnie wiesz? Tylko… tego… czemu ja włosów nie mam? Hę?
Zuzia – Bo mi siem wzięła złamała i temperować mi siem nie chciało.
Ja – Aha. Tak, to zrozumiałe. A… czemu stoję na jednej nodze?
Zuzia – Bo w przedszkolu była bajka o bocianie wiesz? I tak mi siem jakoś narysowało.
Ja – Taaak… to by tłumaczyło dlaczego ta noga czerwona jest
Zuzia – Nooo. Fajna, nie?
Ja – Tak, zdecydowanie fantastyczna… A to to pewnie nie język jest, co?
Zuzia – To zależy…
Ja – Dobra, nie pytałam. A gdzie mam ręce?
Zuzia – No jak to gdzie? Z tyłu!
Ja – Z tyłu??
Zuzia – Pfff… za grosz wyobraźni!

Zdębiałam.
Biorąc pod uwagę, że mała ma lat pięć i już dochodzi do aż tak trafnych wniosków, będzie z niej niezła horpyna 😉

Za oknem deszcz

Jaka dziś jesteś bajko?

Mam na sobie wiatr. Bo lubię.
Długie glany. Bo długie i bo glany.
Skarpetki w paski pomarańczowe. Bo mi się kojarzą z pogodą.
Siniak na kolanie. Bo szafka.
Bieliznę mam. Bo zimno.
Spodnie w paski biało-niebiesko-granatowe. Bo ostatnio ulubione.
Czarną koszulkę. Bo taka hmmm i miła bardzo.
Czarny sweter. Bo czymś to trzeba przykryć do ciepła.
Kurtkę czarną. Bo sztruks i kaptur.
Torbę na ramię. Bo z Krakowa.
Biedronki brak. Zgubiła się gdzieś pomiędzy.
Szalik wielobarwny kosmicznie. Bo bielskie wełny.
Czapkę z burakiem i rękawiczki. Bo od Mikołaja.
We włosach mam sen. Bo tak.
Oczy na wpół przymknięte. Bo nie.
Na nosie okulary. Bo pod nogi patrzę.
Wyraz twarzy nieokreślony. Bo zagadka.
Na skórze Davidoff ‚Echo’… Bez bo.

Niebo dziś współgra z chlupotem w kałuży.
Brak mi żółtych kaloszy. Od trzech lat nigdzie nie mają.
W drodze do przejeżdżający samochód podzielił się ze mną zawartością jezdni.
Ściana wody. I małe kropelki wpadły mi za kołnierz jak w zwolnionym tempie.
Pod światło wyglądały jak kryształ.

Kiedyś obudzę się w swój ulubiony dzień…

Upiłam się życiem… na smutno

Zeszły rok był chujowy.
Cały.
Nie będę pisać wujowy, ani ch***wy, bo był chujowy.
Zwyczajnie.

Począwszy od Sylwestra spędzanego z gorączką samotnie we wspólnym (jeszcze wtedy) łóżku i z nadziejami na przyszłość, tyle, że Pan Wspaniały zawiódł… i miast przed północą zjawił się o trzeciej. Poszedł się bawić, co miał nie iść, pretensji nie mam. Przecież nie powiedziałam ‚zostań’.
Może gdyby został i podał mi herbatę gdy jej potrzebowałam nie poznałby tam nikogo innego, kto wie… może.
Może gdyby zjawił się przed północą, jak byliśmy umówieni, może…

Luty chciałabym zapomnieć.

Podobnie jak marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień, październik, listopad i grudzień.

Przypominało to kiepski film, w którym widać jak aktor zmusza się by w ogóle grać cokolwiek.
Przez pierwsze miesiące zmuszałam się by oddychać.
Potem oddychało się samo… siłą rozpędu i przyzwyczajenia.

Przyszedł czas na choroby, po kolei, jak z rodzinnej encyklopedii zdrowia. Brakuje tylko psychicznych ale pewnie tylko dlatego, że jeszcze nie stwierdzone.
Problemy w pracy to przy tym pikuś mały choć szczekliwy.
Przemilczę.

Uśmiechanie się, bo przecież jak uśmiechnę się tysiąc pięćset razy to w końcu uwierzę.

Tak sobie myślę, że w poprzednim życiu to ja co najmniej Adolfem Ha byłam. Jakoś musiałam na to wszystko zasłużyć przecież a jak dotąd za krótko żyję bym tyle nagrzeszyć mogła. Ale obiecuję, że będę się starać.

A tak całkiem serio serio to najbardziej z tego całego roku zabolał fakt, że po dwóch latach wspólnego mieszkania, snu dzielonego na pół, dni ciągle za długich do wieczora i rozmów do bladego świtu… była cisza.
Zero pytań jak się czuję, kiedy idę do szpitala na kolejne zabiegi, czy nie potrzebuje czegoś, jak sobie radzę… cokolwiek.
Zero.

Jakbym nagle przestała istnieć.

Pamiętam codziennie jeden wiersz odręcznie pisany na długo wybieranych kartkach i wsuwany w kieszeń męskiego płaszcza.
Jak pamiętnik. Dla niego. O każdym dniu.
I pamiętam stos rosnący pod ścianą. Kurzący się z tygodnia na tydzień.
Nie przeczytał ich do dziś.
731 kartek zapisanych czarnym artamentem. Czasem rysunki. Lubiłam to pióro. Nigdy później nie moglam się zmusic by go użyć.
Potem nadal pisałam. Te ‚listy’ są w szufladzie. Każdy zaklejony w kopercie. Jak zawsze. Nie dam mu ich. Ale są. Jakoś ciężko wyrzucić.

Przywiązuję się do znaczeń.
Idiotycznie długo.

Spotkałam go na Kulcie. Milczał. Potem sms. Że przeprasza, że zachowuje się jak gówniarz, że zrobił mi krzywdę, że byłam za dobra, że dostał za dużo, że nie gotowy, że to dlatego, bo ma wyrzuty sumienia… i męczą.

Sumienie?
Czyste, bo nie używane.

Tydzień po tym jak się wyprowadziłam mógł już z nią iść pod rękę. Legalnie.
Przecież nie zrobił nic złego.
Potem była inna, i jeszcze inna, i później też. Co tydzień – dwa. Nie liczyłam. Bo i po co. Nawet nie chciałam wiedzieć.
Czasem wspólni znajomi to przekleństwo.
Wybrali jego.
Bardziej medialny był.
Ja nie pisałam smsów co wieczór.
Bo mnie… w ogóle nie było.

Pamiętam jak strasznie płakała jego mama gdy wynosiłam torbę na klatkę schodową… i babcia… i jak miauczał kot. Mopka bardzo długo nie chciała jeść.

Przez ten cały czas dostałam kilka wiadomości. Może cztery. Na Walentynki… sama nie wiem czemu. Jak nie mógł czegoś znaleźć. I na urodziny.
Raz pomyłkowo wysłał do mnie maila.
Nie byłam adresatem.
Mógłby choć zmienić repertuar leksykalny…

Teraz na święta przyszedł sms. Cztery słowa. Tyle warte to wszystko.

Myślę sobie czasem, że niektórzy mężczyźni składają się tylko z fiuta mniejszego i fiuta większego… przy czym sama nie wiem, który z nich to oni sami.
Szkoda, że nie potrafię ich odróżnić od reszty.
Jeszcze większa, że prawdopodobieństwo trafienia na takiegoż jest w moim przypadku odwrotnie proporcjonalne do trafienia szóstki w totka.
Zwłaszcza, że nie gram.

Powinnam zapomnieć.
powinnam zapomnieć
powinnam

Tak łatwo się to pisze…

Nie chcę komentarzy