Upiłam się życiem… na smutno

Zeszły rok był chujowy.
Cały.
Nie będę pisać wujowy, ani ch***wy, bo był chujowy.
Zwyczajnie.

Począwszy od Sylwestra spędzanego z gorączką samotnie we wspólnym (jeszcze wtedy) łóżku i z nadziejami na przyszłość, tyle, że Pan Wspaniały zawiódł… i miast przed północą zjawił się o trzeciej. Poszedł się bawić, co miał nie iść, pretensji nie mam. Przecież nie powiedziałam ‚zostań’.
Może gdyby został i podał mi herbatę gdy jej potrzebowałam nie poznałby tam nikogo innego, kto wie… może.
Może gdyby zjawił się przed północą, jak byliśmy umówieni, może…

Luty chciałabym zapomnieć.

Podobnie jak marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień, październik, listopad i grudzień.

Przypominało to kiepski film, w którym widać jak aktor zmusza się by w ogóle grać cokolwiek.
Przez pierwsze miesiące zmuszałam się by oddychać.
Potem oddychało się samo… siłą rozpędu i przyzwyczajenia.

Przyszedł czas na choroby, po kolei, jak z rodzinnej encyklopedii zdrowia. Brakuje tylko psychicznych ale pewnie tylko dlatego, że jeszcze nie stwierdzone.
Problemy w pracy to przy tym pikuś mały choć szczekliwy.
Przemilczę.

Uśmiechanie się, bo przecież jak uśmiechnę się tysiąc pięćset razy to w końcu uwierzę.

Tak sobie myślę, że w poprzednim życiu to ja co najmniej Adolfem Ha byłam. Jakoś musiałam na to wszystko zasłużyć przecież a jak dotąd za krótko żyję bym tyle nagrzeszyć mogła. Ale obiecuję, że będę się starać.

A tak całkiem serio serio to najbardziej z tego całego roku zabolał fakt, że po dwóch latach wspólnego mieszkania, snu dzielonego na pół, dni ciągle za długich do wieczora i rozmów do bladego świtu… była cisza.
Zero pytań jak się czuję, kiedy idę do szpitala na kolejne zabiegi, czy nie potrzebuje czegoś, jak sobie radzę… cokolwiek.
Zero.

Jakbym nagle przestała istnieć.

Pamiętam codziennie jeden wiersz odręcznie pisany na długo wybieranych kartkach i wsuwany w kieszeń męskiego płaszcza.
Jak pamiętnik. Dla niego. O każdym dniu.
I pamiętam stos rosnący pod ścianą. Kurzący się z tygodnia na tydzień.
Nie przeczytał ich do dziś.
731 kartek zapisanych czarnym artamentem. Czasem rysunki. Lubiłam to pióro. Nigdy później nie moglam się zmusic by go użyć.
Potem nadal pisałam. Te ‚listy’ są w szufladzie. Każdy zaklejony w kopercie. Jak zawsze. Nie dam mu ich. Ale są. Jakoś ciężko wyrzucić.

Przywiązuję się do znaczeń.
Idiotycznie długo.

Spotkałam go na Kulcie. Milczał. Potem sms. Że przeprasza, że zachowuje się jak gówniarz, że zrobił mi krzywdę, że byłam za dobra, że dostał za dużo, że nie gotowy, że to dlatego, bo ma wyrzuty sumienia… i męczą.

Sumienie?
Czyste, bo nie używane.

Tydzień po tym jak się wyprowadziłam mógł już z nią iść pod rękę. Legalnie.
Przecież nie zrobił nic złego.
Potem była inna, i jeszcze inna, i później też. Co tydzień – dwa. Nie liczyłam. Bo i po co. Nawet nie chciałam wiedzieć.
Czasem wspólni znajomi to przekleństwo.
Wybrali jego.
Bardziej medialny był.
Ja nie pisałam smsów co wieczór.
Bo mnie… w ogóle nie było.

Pamiętam jak strasznie płakała jego mama gdy wynosiłam torbę na klatkę schodową… i babcia… i jak miauczał kot. Mopka bardzo długo nie chciała jeść.

Przez ten cały czas dostałam kilka wiadomości. Może cztery. Na Walentynki… sama nie wiem czemu. Jak nie mógł czegoś znaleźć. I na urodziny.
Raz pomyłkowo wysłał do mnie maila.
Nie byłam adresatem.
Mógłby choć zmienić repertuar leksykalny…

Teraz na święta przyszedł sms. Cztery słowa. Tyle warte to wszystko.

Myślę sobie czasem, że niektórzy mężczyźni składają się tylko z fiuta mniejszego i fiuta większego… przy czym sama nie wiem, który z nich to oni sami.
Szkoda, że nie potrafię ich odróżnić od reszty.
Jeszcze większa, że prawdopodobieństwo trafienia na takiegoż jest w moim przypadku odwrotnie proporcjonalne do trafienia szóstki w totka.
Zwłaszcza, że nie gram.

Powinnam zapomnieć.
powinnam zapomnieć
powinnam

Tak łatwo się to pisze…

Nie chcę komentarzy

3 uwagi do wpisu “Upiłam się życiem… na smutno

  1. A nie chcij sobie :-***

    65% to tchórze i emocjonalni popaprańcy, 2% to kapitalni faceci, reszta nie żyje

    Ci pierwsi powinni mieć identyfikatory.

    Polubienie

  2. hi, nie znasz mnie, ale ja Cie kojarze, bo mi mowil o tobie- ze jak sie dowiedzialas to dostalas ataku i wyladowalas w szpitalu bo takie mialas ciezkie rogi ze ci padly na pluca…well, ja o tobie nie wiedzialam bajko. przykro mi.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s