Młody Człowiek i morze

Młody Człowiek zobaczył morze i zwątpił. Znaczy nie wiem dokładnie, bo nasze porozumiewanie się ograniczone jest jeszcze z lekka do niesprecyzowanych pytajników, ale widać było, że Go zatkało. I to solidnie. Inka twierdzi, że to normalne i masa ludzi tak właśnie reaguje na pierwsze w swoim życiu spotkanie z Taaaką Wodą, ale nie wiem. Może to szok tlenowy?

W pobliżu nie było jednak żadnych podręcznych rur wydechowych. Przypadkiem.

Było kilka nieopodal jak przechodziłam, ale to nie wydechowych tylko tlenionych, a do tego zupełnie nie podręcznych, takich co to je łatwiej przeskoczyć niż obejść. Siedziały w Wielkim Błękicie i żarły. Każda w swoim korytku. Pomyśleć, że tuczniki mają więcej gracji, finezji i polotu. Cięta jestem bo gdy puszczaliśmy z Młodym mydlane bańki w oczekiwaniu na przyjście Sze, jedna zażądała niezwłocznego przestawienia wózka z pola widzenia gdyż albowiem psuje jej kompozycję na zdjęciu. Oczywiście niezwykle uprzejmie – jak to ja – odpowiedziałam gdzie aktualnie znajduje się jej kompozycja w moim cyklu fizjologicznym. Magiczne słowa czasem robią różnicę. W moim podejściu do kogoś na pewno.

Ale wróćmy.

Młody Człowiek zobaczył morze. A następnie stanął, pobladł i się rozdziawił. Nie zemdlał ale najwyraźniej stracił wątek.

Nie pamiętam swojego Pierwszego Razu Z Morzem ale Mamut zawsze opowiadał, że po prostu wtargnęłam do wody z dzikim kwikiem i grabkami w dłoni. Na szczęście miałam kalosze. I pierwsze co zrobiłam po tym jakże zuchwałym wtargnięciu to zasikałam spodzień. Dokumentnie. Z tej radości chyba. Potem musiałam paradować w różowych rajstopach saute i byłam z tego powodu niepocieszona oraz napchałam Mamutowi do torebki trochę plaży. Na wynos. Batycki to to nie był ale konsternacja zaistniała. Zwłaszcza kiedy się okazało, że żeby mi się ta plaża zmieściła w mamucinej torebce, opróżniłam ją z naszego prowiantu.

Już wtedy jak widać dbałam o dietę naszej rodziny.

Generalnie cała wyprawa była super. Choć oczywiście nie bez przygód. Bo przecież bym pękła gdybym czegoś nie zmajstrowała. Spokojne spakowanie się, pozostawienie mieszkania w stanie używalności, dojazd na czas i zajęcie swojego miejsca w przedziale jest za nudne. Zdecydowanie. Trzeba sobie kurde urozmaicić. Z przytupem. Zaczęło się od tego, że oczywiście pakowałam się stojąc już w blokach startowych i nasłuchując wystrzału. Pierwsza petarda wybuchła gdy Nasz Osobisty Szofer W Liberii nagle oznajmił, że czas-stop i albo jedziemy w tej nanosekundzie, albo mogę sobie zamawiać odrzutowiec. Znaczy on to dawał do zrozumienia co jakiś czas już wcześniej, ale wiecie no… przecież nikt nie traktuje poważnie tekstu: „bo spóźnisz się na pociąg”. To tak jakby Rasowiej Kobiecie tłumaczyć, że jeszcze jeden ciuch i szafa eksploduje. Bo szafy – nawet Dziecko to wie – są z gumy. A pośpiech, jak mawia stare indiańskie przysłowie, jest wskazany przy łapaniu pcheł i jedzeniu cudzego schabowego.

Nie poganiaj mnie bo tracę oddech…

Oddech straciłam przy drugiej petardzie gdy się okazało, że szarlotka, co to stała na stole od wczoraj, nagle zmieniła klimat. Na nieco bardziej zróżnicowany. I weszła w bliskie spotkania ze światem nauki. Zainteresowała ja głównie penicylina… I ja taka omszałą szarlotkę zaproponowałam na uroczym talerzyku w kwiatki niebieskie Temu W Liberii. Czujecie? I jeszcze chciałam dołożyć. Chyba kurde oranż metylowy dla lepszego trawienia. Aaaa! Masakra gorsza niż „roześmiane oczy na poduszce” u Gogi. Przemilczę może co czułam w związku z tak szczególnym deserem. Ale marzyłam o małym przytulnym kątku pod lewym kaflem terakoty.

Trzecia petarda odpaliła się samoczynnie gdy okazało się, że nagle wszyscy użytkownicy naszych wspaniałych szos, zapragnęli akurat je nieco popodziwiać. Jednocześnie. Korka nie było ale tempo wyprawy przypominało bardziej deptak w Ciechocinku niż dojazd do dworca. W efekcie z tobołami, wózkiem i Dzieckiem majtającym mi się u podgardla, uruchomiłam tryb awaryjny i dobiegłam. A Ten W Liberii razem ze mną. Chyba tylko siłą woli. Wszystkie konie w galopach mogą się schować i niech im nawet grzywka nie wystaje. A Gawliński może się co najwyżej cmoknąć w pompkę. Wygrałam o siekacz Młodego.

Nagle mnie tknęło. Nie znoszę jak mnie tyka bo to zawsze coś oznacza. I to nigdy nie jest coś dobrego. Wręcz przeciwnie. Pociągi na peronie stały dwa. Na każdym torze po jednym. Jeden z nich był do Gdańska. I co zrobiłam ja – Matka Polka Z Ambicjami? Oczywiście wsiadłam do tego jadącego do Krakowa. No jakżeby inaczej.

Fakin srał go pies szit!

W życiu nie podejrzewałam się o taki refleks. W przejściu do przeciwległego pociągu przekroczyłam prędkość światła. Nawet przez chwilę myślałam, że pojedziemy jednocześnie w obu kierunkach. To się dopiero nazywa zapewnić sobie optymalny poziom adrenaliny w organizmie. Nudzić to się nie nudziliśmy. A Nasz Osobisty Szofer W Liberii musiał pojechać z nami do następnej stacji. Całe szczęście, że to jeszcze była Warszawa a nie dajmy na to Działdowo. Nie wiem jak potem dotarł do samochodu ale podobno szczęśliwie. Za to na bank powinien mieć traumę jeśli chodzi o moją skromną osobę. Omszała szarlotka, bieg z przeszkodami na dworzec i nieoczekiwana zmiana kierunków. Nie ma jak burzliwie rozpoczęta znajomość.

Ciąg dalszy nastąpi…

12 uwag do wpisu “Młody Człowiek i morze

  1. Czytając poniższe i analizując z poprzedniej strony to proponuję od razu kupić bilet na samolot w przeciwnym kierunku.

    Czy ktoś tu jest złośliwy, hę? No przecież, ze nie ja… 😉

    A w kwestii dziecia + wielka woda to z moim było tragiczniej: zanim dotarłem z wózkiem do krawędzi wody to już musiałem brać szybki odwrót bo by wszystkie ryby wypłoszył przeraźliwym wrzaskiem.
    Tyle było z obijania się kilkadziesiąt minut w tramwaju w celu pokazania potomkowi pięknej plaży.
    Po półrocznej abstynencji morskiej już mu przeszło.

    Pozdrawiam z Gdańska

    Polubienie

  2. oby oby!
    (ten ciąg dalszy!)
    ciocię jak rozumiem wyściskałaś ode mnie? A zaśpiewałaś jej aby „Serdeczna matko” ode mnie?
    I kiedy ten barszczyk?

    Polubienie

  3. To mi przypomina… ( i tu nastęuje zaraz ciąg historii z dzieciństwa, a zatem…), że ponoć kiedy sama pierwszy raz morza zobaczyłam (agatka lat 3,5), stanęłam na brzegu, zatkało mnie najpierw, a potem taka zatkana wdusiłam tylko: „woda, duzio wody!”
    Wcięc Dziecia rozumiem 🙂

    A i Ciebie również, bo w zeszłym roku jadąc na majówkę z moim Ówczesnym, wylądowałam zamiast w pociągu bieszczadzkim – w takim, co do Wiednia jechał. Zabawnie zrobiło się wtedy, kiedy okazało się, że na Zachodnim się nie zatrzymuje i najbliższa stacja w Katowicach. Ty przynajmniej zdążyłaś się przesiąść 🙂

    Polubienie

  4. wszystko dobre, co dobrze się kończy:)
    zawsze masz mozliwość opowiedzenia nam o swoim życiu, które … zaskakuje 🙂
    i to jest w nim pociagające:)

    a o herbacie pamiętasz?

    Polubienie

  5. zaraz takie rzeczy ! szczęście , że nie Działdowo , przecie ja bym chętnie się szoferem zajęła w przerwie międzypociągowej 😉

    Polubienie

Dodaj komentarz