Miękkość sepii

Tuż przy łóżku mam swoją półkę z książkami. Prócz książek i kurzu mieszkają tam zdjęcia, dwie szyszki z wysokich gór, flakon z perfumami albo trzy, szkatułka z koralikami, garść monet i zwykła lampka. Taka na klips, mocowana do listewki czy krawędzi wszystkiego. Wszędzie ze mną już chyba była. Nawet do szpitala ją zabrałam, bo obce lampki mnie ziębia albo parzą. Nigdy nie są w sam raz. Nigdy akurat.

Lubię jej światło. Miękkie i ciepłe jak dotyk polarowego kocyka, albo głaskanie po łopatce, albo jak pod palcami delikatny puszek na małej łysawej głowie. I lubił ją mój kot, gdy jeszcze byłam całkiem gdzie indziej – ja i ona – i całkiem inaczej byłam. Teraz brakuje mi kota. Też.

Tymczasem wieczorami, gdy już nawet gruchanie łazienkowych gołębi z wentylacyjnego szybu ucichnie, wszystkie stukoty rozpłyną a skrzypy wyskrzypią się z podłóg i spod progów, marzę sobie, że jestem całkiem gdzie indziej. I całkiem inna. I inaczej. Jak w sepii.

Nawet uśmiech mam miękki.
Dotknęłam.


6 uwag do wpisu “Miękkość sepii

  1. Bajko, duzo bardziej mi sie jako Lysa podobasz, piekne rysy Twej twarzy wydobywa ten brak owlosienia a i ksztatl czaski do pozazdroszczenia, Tutenchamon napewno sie skreca z zazdrosci, zdroweczka i apetytu!!!!

    Polubienie

  2. To zdjęcie wbiło mnie w krzesełko. A to twarde krzesełko. Jak to oświetlenie potrafi zaczarować rzeczywistość – przecież dopiero co szabrowałam książki z tego regału, a wręcz go nie poznałam.

    Polubienie

Dodaj komentarz