Pekinu brak

Od trzech dni Warszawa tonie we mgle. Rankiem, gdy wyglądam przez okno widzę drzewa lekko tylko zarysowane w gęstym, ziarnistym powietrzu. Liście całkiem już prawie opadły i coraz rzadziej budzi mnie siarczysty bluzg Cieciowej do wtóru miarowych szurań jej miotły. Czekam na dzień gdy w końcu wsiądzie na wiecheć i odleci w kierunku jakiejś ciemnej nory. Wydaje się to bowiem coraz bardziej prawdopodobne. Ostatnio nawet przy okazji gaszenia petów w pelargonii na klatkowym oknie założyła odświętną podomkę i granatowe kapcie z weluru. Świat się zmienia. Panie. Cuda na kiju.

Centrum roztajemniczyło się niczym poczciwa Praga i rozpłynęło w konturach, całkiem jak na starym zdjęciu w sepii o kiepskiej ostrości. Poszarpane mury dawnego miasta, pamiętające jeszcze getto i podziemne życie kanałów, zdają się być bardziej na miejscu. Jakby w końcu mogły odetchnąć. Choć zamurowano im oczy okien i usta drzwi. Choć opatrzono tabliczką z poematem przyszłości – komputerowym projektem całkiem nowego drapacza biur, karier i ludzkich historii.

Dumne dotychczas wieżowce, patrzące z wyżyn swego majestatu na drobne tramwajowe przystanki u ich stóp, zdają się znikać w niebycie gdzieś na wysokości szóstego piętra i wszelki słuch po nich ginie. Jak po zbłąkanych w obcej głuszy turystach. Mgła połyka je bezgłośnie i wypluwa dopiero nad chmurami. Z najwyższych pięter budynków świat wygląda jak rycina szalonego malarza. Ściany wyrastają wprost z powietrza a pod stopami nie ma nic. Tylko mleczna poświata chmur, zagęszczonych jak skondensowane mleko do porannej kawy. Wszędzie jest mgliście, mżawkowo i miękko. Pora dżdżu i zjaw. Ludzie pojawiają się i znikają, a im późniejsze popołudnie, wieczór, tym bardziej zadziwiająco i coraz bliżej. A PeKiNu wcale nie ma. Utonął w ziarnistości. Połknęła go mgła. Dziwnie przejeżdżać obok czegoś, czego nie widać, choć pod skórą czujesz, że jest tam, gdzie zawsze, przyczajone, gotowe pokazać się znów. Niech tylko mgły opadną.

Wieczorem tramwaje jeżdżą jak nocne zjawy i tylko światło w ich wnętrzu, obiecujące ciepły i bezpieczny powrót do domu, powstrzymują przed spacerem. Bo uliczki aż wciągają. Wchodzisz i znikasz. Pyk. Jesteś w całkiem innej rzeczywistości. Po drugiej stronie lustra, gdzie wszystko jest bardziej mroczne i każde źdźbło, każdy badyl otacza aura tajemniczości. Nie ma w niej krzykliwych reklam, a odgłosy wielkomiejskiego gwaru docierają jak przez ścianę waty. Musiałbyś przyłożyć do niej ucho by usłyszeć którędy wrócić. Kilka kroków i już nie wiesz gdzie początek a gdzie koniec. Bo ulica nie zaczyna się i nie kończy. Jesteś po prostu w samym środku mgły. Miękka cisza i latarnie rozpływające się w mlecznym świetle działaja na wyobraźnię, wyostrzają zmysły. Każdym krokiem chłoniesz żwir pod butem czy ujadanie psa z oddalonego o lata świetlne parku. Rzeczy wydają się pozorne i względne. Jakby pod podszewką twojego życia było całkiem inne, obce, choć wciągające. Jak mgła. Wszystko jest takie nierzeczywiste. Jak we śnie, który pamięta się, mimo że nie ma w nim trwożliwych drgań czy nagłych zwrotów akcji. A spokój potrafi roztrzaskać w drobny mak każdą napiętą synapsę.

Myślę, że w taką pogodę powstają najlepsze scenariusze i kryminały.

4 uwagi do wpisu “Pekinu brak

  1. O, o – to właśnie moja Warszawa. Mgła w centrum to bodaj jedyne chwile, gdy Plac Defilad jest pełen uroku… No, może jeszcze w zimowe wieczory, ze skrzypiącym, świeżym śniegiem i bursztynową poświatą od PKiNu.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s