Zaległości

Ponieważ nie lubię jesiennej chandry i przygnębienia, za to lubię ludzi, postanowiłam dać się wciągnąć w wir ich towarzystwa. Czasem nic nie działa na mnie lepiej niż posiedzenie i pogrzanie się w ciepłych opowieściach życzliwych osób. Nawet gdy opowieści średnio ciepłe są to terapeutycznie działa na mnie sama obecność takiego gościa, co siadł pod mym liściem bądź zaprosił pod własny i zamierza poświęcić mi to co ma najcenniejszego – swój czas. Weekend był więc towarzyski i upłynął głównie na szeroko pojętych rozmowach, jeszcze szerzej pojętym konsumowaniu i wąsko pojętym spacerze. Zacznę od końca, bo lubię.

Razem z sobotnim wieczorem w mojej szafie wygodnie umościł się Nielot, który co prawda – jak deklaruje – nie lata, ale jeździ pekaesem. (Tu od razu włącza mi się margines i niczym przerywnik tematyczny zza winkla wyskakuje facet z bokobrodami ala wczesny Elvis – jak pekaesy to pekaesy – na którym okrakiem siedzi Dodo grzmocąc go przez łeb parasolem). Ptak przyjechał na niedzielę i miałyśmy szczery zamiar wybrać się na polowanie na wiewiórki do Łazienek (bo tam Baśki jak oszalałe pakują się na ramiona – tak są pooswajane) i nawet w tym celu specjalnie nie wyżarłam wszystkich orzechów ale jak na złość padało i siąpiło w sposób strasznie złośliwy. Ponadto Młody miał (i niestety ma nadal) dość spory katar co uzmysławia mi dość boleśnie, że sezon na przeziębienia i żłobkowe siąkania nosem właśnie się rozpoczął. Wyczulona jestem na te wszystkie smarki do granic obłędu bo zbyt dobrze jeszcze pamiętam lokatorskie przygody z zeszłego roku i nadal jak o tym pomyślę to mam zimne dreszcze. Zostałyśmy więc z Dzieciem w domu i bycząc się w piżamach (przynajmniej niektórzy) kursowałyśmy tylko między kuchnią a pokojem nakładając sobie kolejne porcje to sałatki z tuńczyka, to paciajki kurczakowo-pieczarkowo-ryżowej z sosem z topionego serka, w którym zwłaszcza zakochał się Nielot, to strasznie pysznego kwaśnego kapuśniaku, który to popełniłam w sobotę i w którym zwłaszcza zakochałam się ja albowiem prawie cały już wyżarłam a garnek mam z gatunku tych sporszych. Śmiem twierdzić, że nie było to się_byczenie takie złe. Od czasu do czasu tylko jedna czy druga malowniczo udrapowana na kanapie (i tu mam odwieczny problem bo nie wiem jak nazwać moje obecne łóżko – ani to narożnik, ani sofa, ani tapczan a na kanapę stanowczo za małe ale niech tam) rzucała okiem lewym bądź prawym na krajobraz zaokienny z nadzieją na możliwość choć krótkiego spacerku do pobliskiego parku, ale ani ta nadzieja nie była wielka ani aura sprzyjająca. Grunt, że zrobiło się jeszcze bardziej buro, deszczowo i zimno a wiatr targał drapakami z dziedzińca gorzej niż tancerz prowadzący swoją partnerką w kolejnym odcinku ‚Tańca Połamańca’ na tefałenie. Zatankowałyśmy zatem do pełna szarlotką, rafaello, jakimś zbłąkanym pomarańczkiem i litrem herbaty w rozmaitych konfiguracjach a następnie obgadałyśmy blok reklamowy z poczuciem dobrze spełnionego obywatelskiego obowiązku. Może i ambitne plany nie wypaliły i uziemiłyśmy się całkiem po domowemu ale przynajmniej nagadałyśmy się do syta. Na jakiś czas. Wieczorem Dodo spakowała się, otrzepała piórka i po obściskaniu mnie i Lokatora udała się na swój pekaes. Fajnie jest jak przyjeżdża. I tak sobie myślę, że chyba nie tylko mnie. Młody długo jeszcze stukał plastikowym klockiem w wejściowe drzwi robiąc ‚papa Ptaku, papa’. A Dodo w naszej łazience zostawiła pastę do zębów. Ja wiem, że to nie drobniak w umywalce ale może to też znak, że chce wrócić? 🙂

wzzzium

W sobotę rano zrobiłam zakupy i walcząc z wiszącym u nogi Lokatorem usiłowałam doprowadzić mieszkanie do stanu, który mgliście majaczy mi w pamięci jako Względnie Porządny łamany na Niewielki Rozgardiasz Ale Do Opanowania. Nieład, bajzel, pieprznik, bałagan, mekong delta na podłodze i sajgon w szufladach – tak w skrócie mogłabym scharakteryzować moje przytulne gniazdko. Dziada z babą z przysłowia tu brakuje od niepamiętnych czasów (czyli od roku bo rok tu mieszkamy), okna były myte ale jakiś Pokurcz Z Góry notorycznie mi je zalewa podlewając swoje kwiaty (bo przecież musi mieć ogród na zaokiennym parapecie – dwadzieścia paprotek i jakiś kurna byczy fikus wewnątrz nie wystarczy – a ogród jak widać trzeba polewać obficie i najlepiej ogrodowym szlauchem). Zza zacieków widzę jakby gorzej ale to nie rzutuje bo i tak jak wracam do domu to jest ciemno, więc jakby (tak, kocham ‚jakby’ i walę je z premedytacją wszędzie gdzie się zmieści) nie ma sensu na nic co za oknem patrzeć. Kwiatki osobiste już nawet nie schną bo przez rok się nauczyły, że tu żaden Ritz (tylko prędzej Sahara z efemeryczną wymianą na Niagarę) i trzymają pion nienagannie (może powinnam je wystawiać za okno – w końcu Pokurcz Z Góry tym szlauchem dałby radę i mnie i jeszcze tym z parteru podlać wszystko… sądząc po zaciekach), a odkurzanie już nawet nie mija się z celem ale podąża w ogóle w inną stronę. Przynajmniej odkąd Młody ma zwyczaj rozprasowywania kukurydzianych chrupek i herbatników po wszelkich dostępnych powierzchniach ze szczególnym upodobaniem dywanu. Tego samego, z którego za..trważająco trudno jest wyczyścić cokolwiek i do tej pory wyciągam z niego przy rozmaitych okazjach swoje długie włosy. Cóż, taki mocno wspomnieniowy dywan. Ale primo – nie jest mój tylko właścicieli, secundo – nie ruszam go z miejsca, tertio – bo wszystko ma być w dokładnie takiej konfiguracji w jakiej to zastałam. Wkurwa już nie mam i nawet nie warczę przeciągle. Taka jestem za..sadniczo opanowana. Więc generalnie dałam sobie spokój. Ze sprzątaniem.

Zresztą i tak w okolicach południa przyszła Lukrecja z Nikodemem, Czarnym i Fasolą, zatem bez sensu byłoby sprzątać przed gośćmi. Sprząta się zwyczajowo po gościach obowiązkowo przy tym utyskując, złorzecząc i brąchając pod nosem niecenzuralnie. I po raz kolejny okazuje się, że nie pasuję do stereotypu polskiej gościnnej gosposi, bo albo nie sprzątam wcale albo sprzątają u mnie goście a wyrazów używam rozmaitych niezależnie od obecności osób trzecich. Młody i tak zna je wszystkie od czasów życia płodowego, jest więc szansa, że nie zrobią na Nim najmniejszego wrażenia. Z dwojga złego wolę by uczył się ode mnie niż od przyszłych przedszkolnych guru – przynajmniej nie narobi błędów fleksyjnych. Ale wracając do odwiedzin – Lukrecja to Lukrecja, Nikodem to jej mąż, Czarny to pies o wiadomym ubarwieniu, Fasola zaś nie wiadomo kim jest bo póki co od zbyt niedawna zamieszkuje wnętrze Lukrecji by móc to stwierdzić. Ale już wszyscy Fasolę lubimy. Coś mi podpowiada, że to będzie kolejny facet w towarzystwie, choć skrycie wolałabym kobitkę. Możnaby rozwiązać kwestię przyszłej synowej. Póki co jednak to po prostu Fasola. Lukrecja wygląda fajnie ale jak twierdzi czuje się wręcz przeciwnie. Nikodem posiwiał ale deklaruje, że to ze szczęścia a poza tym wcale nie tak bardzo. Czarny zaś z miejsca stał się obiektem uwielbienia Lokatora, bo ten oszalał wręcz na punkcie psa i biegał za nim na czworakach z prędkością nadświetlną porzuciwszy bezpowrotnie wieżę z klocków i kolejkę. Nawet nowy samochodzik nie wzbudził tak gwałtownych emocji jak obecność czworonoga. Bez wzajemności – pragnę zauważyć – ale to już nie zostało wzięte pod uwagę. Czarny nie miał wyjścia – musiał przetrzymać. Pod koniec skapitulował i pozwalał sobie nawet wywijać uszy na lewą stronę. W czasie gdy Igor z psem usiłowali poszerzyć nam metraż, my z Lu oplotkowałyśmy jej firmę, moją firmę, zdążyłyśmy powspominać lekcje angielskiego, gdzieśmy się poznały i przyznać, że czas zatoczył koło. Wtedy ja byłam w ciąży, teraz ona. Nikodem zrobił pyszne naleśniki z dżemem truskawkowym a do drzwi zapukała Haluta. W samą porę. Najedliśmy się wszyscy po sufit. Odsapnąwszy nieco, zaczęłam szykować obywatelskie ruchomości podręczne. Wszak na popołudnie umówiłyśmy się z Hal u Gogi a już byłyśmy jakby nieco spóźnione. Lu z Nikodemem też mieli mieć gości, więc szybko zapakowaliśmy się w nasze jesienne pokrowce, Młodszą Młodzież opatuliłam i zamontowałam w wózku (tak, już mam wózek, nie Orlando bo Orlando nie wrócił ale dostaliśmy taki jeden do użytkowania) i wszyscy zgodnym kurcgalopkiem ruszyliśmy na podbój tramwajów. Trzeba było się dostać na drugi koniec miasta. I to najlepiej na 10 minut temu.

U Gogi oczywiście najadłyśmy się ciasta, które jest absolutnie fantastyczne i obłędnie smakuje czekoladą i popiłyśmy kawą z amaretto, więc zadowolone byłyśmy jak dzikie świnie w obierkach. A jeszcze do tego ja mogłam się na chwilę odczepić od przyczepionego do mnie ostatnio niemal na stałe Dziecia i wręczyć Go uradowanej Gogenzoli, która co prawda ma własne potomstwo (Syn, lat dwanaście) ale jakby już za stare na przytulanie do piersi i zanadto wyszczekane na doń gaworzenie i guganie. Póki co zadowolone byłyśmy obie – ja dostarczyłam pachnącego nowością roczniaka i mogłam się zająć rozgłaskiwaniem na płasko jej kota, tudzież między jednym a drugim migdałowym siorbnięciem zwyczajnie sobie pokonwersować nie patrząc lewym okiem na rozmówcę a prawym na Lokatora, czy przypadkiem nie usiłuje obdarzyć mnie przydomkiem Wyrodna Matka zrzucając na siebie półkę z książkami lub telewizor, ona się rozpłynęła w uśmiechach do Igora i oczywiście zaraz stwierdziła, że też chciałaby takiego prywatnie jeszcze raz mieć ale śmiem przypuszczać, że już nie pamięta z czym to sie prócz gaworzenia, gugania i tulenia wiąże. Nic a nic. I szybko by mnie znielubiła, że przy okazji mnie i Młodego ta myśl jej się w głowie skrystalizowała. Halka też wyglądała na zadowoloną bo w końcu ostatnio kursuje tylko na trasie praca-dom a czasem warto tak sobie posiedzieć przy cieście, kocie i stole u Gogi by pogadać o pierdołach. Potem przyszedł nam do głowy jeszcze szatański pomysł, który z miejsca wcieliłyśmy w życie. Mianowicie pojechałyśmy na trzeci koniec miasta by odwiedzić Kolegę Maćka. Kolega Maciek jest szaleńczo zakochany ale i straszliwie samotny, gdyż jego ukochana nie mieszka w Warszawie ani nawet w jej okolicach i ‚rzadko widuje ją’, nawet ‚z chłopakami’. Siedzi całymi dniami w wielkim domu z wielkim psem i smędzi Godze przez telefon, że on się nie wyrwie bo nie może. No. To skoro on nie mógł to my się wyrwałyśmy. Z korzeniami. Zapakowałyśmy się z Lokatorem i jego wózkiem do auta, przy okazji Pani Szofer Gazu musiała wrócić po okulary, bo z domu wyszła bez oczu a miała jakby prowadzić samochód (ona tak zawsze te okulary zostawia i albo się w końcu nauczy jeździć na pamięć – czego nie polecam – albo na gwiazdkę damy jej bilobil z przypominaczem, żeby nie zapomniała zażyć). Kolega Maciek ucieszył się na nasz widok tak bardzo, że zaczęłam się obawiać czy przez ostatni rok w ogóle widział ludzi ale okazało się, że widział. I widzi codziennie. Po prostu tak ma. To zresztą jest strasznie fajne bo poza Igorem gdy wracam z pracy i moim świętej pamięci kotem Dudusławem, nikt tak się nigdy na mój widok nie cieszył. Budujące. Młodemu najbardziej spodobał się dom i rozległość przestrzeni – tyle podłogi na raz to on dawno nie widział. Niestety długo tam nie gościliśmy bo zrobiło się już późno i Lokator zaczął zdradzać oznaki znużenia tudzież umiarkowanego wścieku. Co za dużo to niezdrowo. Czasem nawet on wysiada. Pożegnaliśmy się więc do następnego razu (który ma być jak nic nie stanie na przeszkodzie w sobotę) i pognaliśmy w dal siną a odległą. A Obywatel Piszczyk w trzy sekundy po włączeniu silnika zamienił się w Obywaleta Chrapacza i udał do krainy kolorowych snów. Lubię na niego patrzeć gdy śpi. Zawsze się uśmiecha.

11 uwag do wpisu “Zaległości

  1. A znasz takie urządzenie jak Frida? To proste ustrojstwo pomaga przetrwać najgorsze nasilenie katarku u maluszków. Bez niego można się zamęczyć. Do niego dokupuje się krople Tetrisal, które nawilżają nosek i rozwadniają to, co w nim siedzi.
    Pozdrawiam.
    P.S.
    Lubię Bajki 🙂

    Polubienie

  2. ds – nie ma co zazdrościć tylko trzeba przyjechać, choć stamtąd to Ci może być troszkę nie po drodze 😉
    ikona – tak gwoli trochę było, ale to niestandardowy weekend 🙂 dlatego fajnie się takie wspomina

    Wiosna – Fridy nie znam bo jakos widać nie było mi po drodze jej kupić ale słyszałam wiele. może kiedyś się przekonam? kto wie.

    b-w-u – nie, nie wszyscy.

    Miriam – no proszę 🙂 cóż za zbieżność pomysłów na imiona 🙂

    Fan – jeszcze zostało. i mam wolny wieczór. jakby co 🙂

    Polubienie

  3. Kiedy po przyjeździe zajrzałam do kosmetorby, moja szczoteczka spojrzała na mnie z pewnym wyrzutem i wyraźnie słyszałam, jak powiedziała „Hm?”.
    Fajnie było, zaprawdę.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s