Mijanki wywindowane

Przed chwilą w biurwowej windzie minęłam Sydneya Polaka. Gdybym go lubiła pewnie powiedziałabym ‚dzień dobry’. Może nawet pierwsza. Ale jakoś nie. Za to konwenanse czasem lubię. Dla odmiany i w odróżnieniu.

Był zdziwiony. Trudno. Jego problematyczność. Nie mam dziewczyny, więc sama otwieram swoje wino. Nie moje pokolenie to już muzycznie chyba. Choć nie zamykam się na zasuwki. Ciekawa jestem Igorowskiego za lat naście. Może mnie do czegoś przekona. Coś odkryje. Czemuś zaufa.

Z windy wyniosłam prócz bardzo_ważnych_papierów dwie refleksje. Po pierwsze nie znoszę siąkania nosem i cmokania w zębie. Objętnym jest dla mnie w tym względzie kto zacz i czy na koncie ma same zera czy też zera poprzedza rząd cyferek. Po drugie gdybym była kobietą chciałabym mieć takie włosy. Choć niekoniecznie o długość się tu rozchodzi.

To tyle.

Wracam do zakładania nogi na nogę i machania nóżką w takt Sir Tuesday’a.

7 uwag do wpisu “Mijanki wywindowane

  1. I w ogole jeszcze jest cool np dlubanie w nosie. Takie eleganckie wyciaganie kozek podczas jazdy.zwlaszcza podczas postoju…
    musze gdzies poszukac tego Sydneya

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Kiszczun Anuluj pisanie odpowiedzi