Weekend obfitości

W piątek jedne rzeczy zyskały ciąg dalszy, inne zaś go straciły. Niestety w tym wypadku atrakcyjność i pożądanie grały mocno podrzędne role. Ciąg dalszy zyskała świeżo nabyta lokatorska przypadłość gastryczna (ciąg ów nota bene zdaje się być nieskończonym) a straciły go senne przygody muzyczne. Na szczęście nowo tworząca się lokatorska klawiatura również się uspokoiła. Przynajmniej póki co. Nie wiem więc co znalazł pan ochroniarz w pieluszce Młodego ale z całą pewnością znaleziskiem uradowany nie był. Za to wiem co znajduję w niej ja – po zastosowaniu smecty nieco tylko rzadziej – ale znajduję. Bynajmniej nie jest to złoto dezerterów.

Wieczorem po sesji usypiań Wrzaskun w końcu opadł z witalności i odpadł ale bynajmniej na niczym nie podupadł. Przezorny Mamut, czyli ja, wpompowała bowiem weń tyle płynów i papek ryżowych bardzo zdrowych, że odnoszę wrażenie, iż zasnął bardziej ze zmęczenia spożywaniem niż czymkolwiek innym. Grunt jednak, że zasnął. Ja zaś zamiast skorzystać z okazji i pójść za Małoletniego przykładem, kultywowałam tradycję. Kultywowanie tradycji w tym przypadku opierało się głównie na:

– próbie uprzątnięcia czegokolwiek w tym bałaganie, który nazywam mieszkaniem,
– gotowaniu czerwonego barszczu w moim olbrzymim garze,
– barszczu z ziemniakami i burakami w ilościach hurtowych,
– robieniu powitalnego ciasta z kaszy mannej,
– ciasta z rodzynkami, orzechami, cynamonem i galaretką,
– ciasta z tym wszystkim za to – jak się okazało po zalaniu nim stosownej foremki – bez cukru,
– dodawaniu w trybie przyspieszonym cukru do stygnącej i gęstniejącej masy,
– dodawaniu – jak się jeszcze później okazało – w sposób niewystarczający
– cieszeniu się, że przynajmniej galaretka wyszła za słodka,
– doglądaniu Lokatora, który przespawszy pierwsze cztery, godziny budził się co godzinę do rana,
– ogólnym podekscytowaniu.

A wszystkiemu winna Lenn. Bo przyjechała w sobotę. I to na nią śmiało mogę zrzucić fakt, iż znowu poszłam spać o jakiejś skandalicznej porze. Tym niemniej bardzo się cieszę z tego niewyspania bo i tak w końcu się okazało, że było warto. Warto było również nie przespać nocy sobotniej spędzając ją na oglądaniu filmów na zacinającym się odtwarzaczu dvd i łóżkowych pogaduchach. Ale po kolei.

Lenka przyjechała akurat w odpowiednim momencie bym po dokonaniu porannych zakupów mogła odebrać ją z przystanku, z którego już zresztą zdążyła pobłądzić. Zastałam ją kierującą się w stronę lasu. Czyli w przeciwnym. Udało nam się jednak w końcu dotrzeć do domu gdzie po okolicznościowych zachwytach Ludzkim i wymianie podarków (dostałam korkociąg i zapach bzu własnoręcznie przez Lenkę skomponowany) zasiadłyśmy do śniadania. Z miejsca też ustaliłyśmy, że wszelkie podobieństwa naszych upodobań i gustów są nieprzypadkowe, zatem albo Lenn się rozwiedzie albo zdecydujemy się na bigamię. Do bliźniaków, nawet tych zaginionych, mamy awersję. Później nastąpił szereg zwrotów akcji i efektów specjalnych, przyjechała zwabiona podstępem Haluta, były siurpryzy i gościnne występy a Młody piał, kwiczał i uśmiechał się szerokością całego ziemskiego obwodu – jak to On. Po obiedzie ruszyliśmy na Pola Mokotowskie gdzie kontynuowałyśmy wypoczynek wprowadzając Lenn po drodze w tajniki wszelakich przygód i ekscesów z polami związanych. Było czarownicująco i z sesjami zdjęciowymi. Wróciliśmy wieczorem. Młody padł. My też. Przed telewizor gdzie natychmiast urządziłyśmy sobie filmowy maraton. W końcu sprzęt zaczął odmawiać posłuszeństwa i w dialogach bohaterów dało się rozróżnić tylko pojedyncze frazy. Ona mu – ‚ale ja nie…’, siup, przejście kamery na niego, on – ‚a może…’, siup, przejście kamery na nią i tak w kółko. Hal zwinęła się z godziną duchów, my zaś zasnęłyśmy o czwartej – po solidnej dawce rozmów, wspominek i dywagacji rozmaitych.

W niedzielny ranek nocne rozmowy znalazły ciąg dalszy a Lokator został obłaskotany, obcmokany i obściskany do imentu. Z kwików wnoszę, że radość zainteresowanego była przeogromna. Kolega Sympatyczny bardzo bowiem lubi okazywanie Mu sympatii we wszelki sposób. A jeszcze jak to robią dwie kobiety w negliżu to już w ogóle Kolega Sympatyczny jest szczęśliwy jak świnia w obierkach. Skoro o paszy mowa to na śniadanie pochłonęłyśmy wielką michę sałatki z tuńczyka i nie miałyśmy siły na nic. Poza nieustającą wymianą poglądów rzecz jasna. Niejednokrotnie nierealnie wrecz zbieżnych. Potem zjawił się Born, który samozwańczo podjął się przyrządzenia obiadu i Hal, która trafiła idealnie na makaron z pieczarkami i sosem śmietanowo-natkowym. Wyszedł z tego niezły towarzyski spęd. Zwłaszcza gdy przed wyjazdem postanowiliśmy zabrać Lenkę do pobliskiego parku, gdzie Ludzki mógł się dotlenić okupując Orlando Bruma a my nadwodną ławeczkę, a po powrocie natkęliśmy się na Pablosa. Tylko Pablos docenił moje niedosłodzone ciasto powitalnie-lennonkowe a to dlatego, że Pablos z natury nie słodzi. I chwała mu za to.

Niestety wszystko co dobre, prędzej czy później sie kończy, więc i takie weekendy również. A może i ‚stety’, kto wie. Będzie co wspominać i za czym tęsknić. Zdążyliśmy jeszcze tylko odstawić gościa na dworzec, wsadzić w opóźniony o 10 minut pociąg do Gdańska i pomachać białymi chusteczkami umykającemu oknu śpiewając rzewnie ‚nie płacz kiedy odjadę’. Pojechała.

Tego wieczora zasnęłam przed dwudziestą drugą. Nie pamiętam kiedy ostatnio to mi się zdarzyło. Chyba w jakimś zamierzchłym dzieciństwie. Prócz miłych wspomnień i uśmiechu z Młodym w duecie mam więc również na koncie cudownie przespaną noc. Przespaną, wyspaną, wypoczętą i wściekle burzową – jednym słowem boską. Mam też na parapecie dopisek do Otwartej Listy Zakupów zaraz obok śrubokrętu gwiazdkowego i sitka: ‚bardzo poręczna i przydatna w kuchni Lennonka’… 🙂

Do następnego razu.

4 uwagi do wpisu “Weekend obfitości

  1. ha – zastanawiałam się, kiedy trafisz na dopisek, kłi kłi:>

    dziś na obiad robię plagiat z Borna, będę go plagiatowała w przyszłości namiętnie i bezwstydnie, kiedy tylko będę mogła.

    całusy prosto spod aorty dla wszystkich składników weekendowej, czarownej układanki:)

    Polubienie

  2. sie mi przypomło – lenn, sprawdziłam w „Alicji” Jabberwocka i on jest u mię w przekładzie Słomczyńskiego, jak mówiłam. Ino, ze nazywa się chyba Dżabersmok. 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s