Rozterki sklepowe, czyli co by tu wtrząchnąć o poranku

W poniedziałek – dzień targowy
takie toczą się rozmowy:
może się pan o mnie oprze
pan tak więdnie, panie koprze…

Nie wiem czy dobrze, bo pisałam z pamięci ale szlag niech trafi nagły a wyrazisty te wszystkie targi, poniedziałki i kopry. Targ mam blisko domu ale musiałabym wstać o piątej rano żeby zdążyć ze wszystkim ‚co rano przykładna matka z szerokim uśmiechem na wyszminkowanych ustach zrobić powinna’ i nie zachetać się do nieprzytomności przy biegu po niepryskane jabłko w rozmiarze europejskim dopuszczalnym. Koper to jest na gazy, wiatry znaczy, więc raczej nie skorzystam. I znajomym też nie polecę. Wystarczy, że Lokator wciąga a potem straszy otoczenie nocną porą odgłosami dochodzącymi z wnętrza pieluchy. Poniedziałków zaś nie lubię z zasady bo trzeba się przestawić na tryb PRACA i zapomnieć o swobodnym pląsaniu w rozciągniętych porkach po dywanie gdzie Młody akurat ćwiczy siadanie. Tak, ćwiczy. Naumiał się właśnie, że jak Mu się ręce poda to się podciąga i siedzi. I dobrze Mu tak. A mnie niedobrze bom rasowa biurwa a nawet kawy SE wypić nie mogę.

Znaczy niby mogę, ale potem mi Dzieć da do wiwatu jak jeszcze kofeinowego kopa dostanie. Dość ruchliwy jest i bez tego. Czasem aż zanadto. Ale nic nie mówię bo ostatnio marudziłam, że w szpitalu leży i ledwie dycha. To teraz się cieszę, że jest jak jest. A jest jak tornado połączone z tsunami. Co nie opluje, to obrzyga, co nie obrzyga, to w pulchnych łapkach zemle, a jak nie zemle to przynajmniej pościska i obślini. Że nie wspomnę o rozległych ukrytych możliwościach i niezwykłych niespodziankach jakie czekają na postronnego obserwatora przy nieostrożnym pieluchy zmienianiu. Uroki macierzyństwa 2 – już w kinach. Tylko u nas. Od teraz.

Ale o czym to ja miałam? Ach, o kawie. No więc (tak, wiem, że nie zaczyna się zdania od ‚no’… dlatego dodałam ‚więc’) oprócz kawy nie wolno mi spożywać (pod groźbą nocnego darcia ryja i bardzo, bardzo rzadkiej choroby mojej osobistej młodszej młodzieży) całego mnóstwa rzeczy, które spożywać lubię i których spożycia brakuje mi tak dotkliwie, że wściekam się na samą myśl o zrobieniu zakupów. Przykład? Proszę uprzejmie.

Poniedziałek, godzina ósma z minutami, praca. Szybki wypad do sklepu po ‚małe co nieco na śniadanie’. Półka z sokami. Ten nie bo z pomarańczą a to cytrus. Ten też odpada, bo miltiwitamina. Ten z kolei z czerwonych grejpfrutów. A ten to już w ogóle bo wiśnia a to pestkowe, czyli be. W stronę napojów gazowanych nawet nie patrzę. Wystarczy, że ostatnio nieomal udusiłam wzrokiem chłopaka pijącego tuż przed moim nosem coca-colę w tramwaju. Tak mi się chce, że o rany koguta! Podobnie jak zingera z kejefsi. I stada innych piekielnie niezdrowych i pysznych rzeczy.

Sklep, ciąg dalszy. Wybieram przecierowego, bezpiecznego Kubusia po raz setny i przewracając oczami z niesmakiem kieruję się w poszukiwaniu pieczywa. Bułeczki odpadają, bo jasne i niepełne (jakkolwiek piwnie by to brzmiało chodzi o przemiał), ten chlebek też nie bo ma więcej konserwantów niż inne, ani ten, bo ze śliwką – pieluch nie starczy jak się Młody zabierze do roboty. Wybieram ciemnego Harnasia, od którego już mnie swędzą zęby i ruszam dalej. Mleko uśmiecha się do mnie z kolorowych kartonów a ja tylko tęsknie łykam ślinkę, na serki i jogurty wolę nie patrzeć bo ostatnio jak uległam to dostałam taki opierdol od Jaśniewielmożnej Pani Dochtor, że mało mi kapcie nie spadły na parter. Co do kanapek? Ser żółty? Eeee, laktoza mleka krowiego. Topiony? Eeee, to samo plus jeszcze kilka zakazanych E z cyferkami. Rybka? Zapomnij hany. Pasta jajeczna? Przecież to nabiał. Won! Ani pomidorka, ani ogóreczka. Ech, pozostaje tylko nieśmiertelna wędlina, na którą już nie mogę patrzeć a jest jedyną słuszną bo pieczona. Słodyczowe zagłębie na lewo spowodowało nagły oczopląs i dobrze, że stamtąd wyszłam bo jeszcze bym kogoś uszkodziła wpadając na niego z dzikim wrzaskiem. Orzechy to omijam szerokim łukiem bo już wiem, że zmieniają mi Syna w muchomora. Przechodząc przez dział chińskich zupek nagle zapragnęłam być zasuszonym studentem pierwszego roku filozofii i móc odżywiać się tak niezdrowo jak dusza zapragnie. Zwłaszcza ta z dualizmem. Przy stoisku z cytrusami dostałam nerwowego tiku ale prawdziwy wkurw nastapił dopiero gdy spostrzegłam piękne równo powiązane pęczki rzodkiewek. Mało kto zna moje wariackie zachcianki ale jedną z nich są właśnie rzodkiewki. I gdy już jakieś zobaczę…

Nowalijki, kurka siwa. Ja wam dam nowalijki – warknęłam w przestrzeń, po czym złapałam garść zdrowej marchwi za nać i tupiąc ze złości poszłam do kasy mrucząc pod nosem wysoce niecenzuralny rym do tej naci marchwianej. Będę bawić się w królika. Święta blisko.

13 uwag do wpisu “Rozterki sklepowe, czyli co by tu wtrząchnąć o poranku

  1. i tak się teraz zastanawiam…
    bo chyba nie wszystkie dzieci tak reagują.
    Alergicznie lub kolkowo.
    A może tylko mój?
    Gdy karmiłam piersią przez pierwsze trzy miesiące wystrzegałam się pestkowców, kakao (choć czekoladowe ciastka jadłam), cytrusów i orzechów.
    Niczego więcej.
    A po trzech miesiącach niczego już.
    Owszem omijam bardzo ostre przyprawy, bo sama nie lubię.
    Ale jak słucham jak matki żyją gotowana marchewką i gotowanym mięsem to im bardzo współczuję.
    Bardzo.
    Karmiłam przez rok i niczego w sumie sobie nie odmawiałam.
    Kawę piłam. Jedną dziennie, ale piłam.
    No jasne, papierosów ani alkoholu nie.
    A gazowane (po trzech pierwszych miesiącach) z umiarem, ale raz na 2 tyg mi się zdarzało szklankę wypić.
    Bez efektu.

    Dlatego współczuję bardzo.
    Może sasiad niech Ci zakupy robi, czy coś 🙂

    Polubienie

  2. Też miałam ten problem.
    Pani doktor oglądała Lu i chciała mnie namówić na królicze mięsko i gotowaną pietruszkę.
    Miałam dość, bo można jakiś czas niczego nie żreć i żyć, ale nie da się przy takiej diecie pracować na 2 etaty.
    Dziecko dostało jako główny posiłek butlę z mlekiem Nutramigen, a ja wróciłam do żywych.
    Trzymajcie się oboje!
    :-*

    Polubienie

  3. Ojjjjj pamiętam te czasy, pamiętam, ale moja młodsza córcia ma już 14 miesięcy a nie cycamy od dwóch. I niby mogę, ale właśnie rozstałam się z kawą. A co…Lubię się tak umartwiać nie tylko dla dziecka haha

    Polubienie

  4. wniosek po przeczytaniu tej notatki wyciagnelam tylko jeden: bedac wegetarianka nie bede mogle jesc nawet tej wedliny a to oznacza ze schudne na kosc wiec juz sie nie moge doczekac!

    Polubienie

  5. łooojeju.

    ja wiem, że Ty jako wzorowa matula musisz sie poświęcać, ale może faktycznie go odstaw… jeśli możesz i nie ma przeciwskazań. bo nie tylko na dzieciu nam zależy, żeby był pulchny i w formie.

    Polubienie

  6. zrobilam to, co malgoska (tyle, ze mleko nie musialo byc az tak drastyczne) i ożyli wszyscy. A bylo juz tak, ze sie jakalismy z niewyspania, a tapety ze scian schodzily od wrzasku:)

    Polubienie

  7. hmmm… ja tam nic nie mówię, ale nieżona mojego brata (mama Twojej imienniczki) za radą alergologa dała butlę.
    tylko u niej doszło do tego, że żeby Anulę nie wyspywało, nie rozwalniało itp., to matka karmiąca powinna żyć uczuciem do dziecka i tyle.

    Polubienie

  8. właśnie rozważam możliwość przestawienia Lokatora ale biorąc pod uwagę jego ostatnie choróbsko wolę się jeszcze wstrzymać. człowiek nie sznurek – dużo wytrzymie. później sobie odbiję

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s