Tour de Bajkonur

Drugi koncert wypadł o niebo lepiej. Całe szczęście bo bez wątpienia spadłoby nam morale. Z wysokości niezłego odrzutowca. Kościół na Krakowskim Przedmieściu okazał się przytulny i wymarzony dla nas pod względęm akustycznym. Publiczność też dopisała. Dziękuję zwłaszcza tym, co przybyli mimo braku czasu i nadmiaru przeziębienia. Ale jak usłyszałam ‚w końcu druga taka szansa by usłyszeć Bajkę w dziewiątym miesiącu może się nie powtórzyć’. Faktycznie. Raczej nieprędko.

No ale to było we wtorek. A dziś? Dziś był dzień ze wszech miar męczący. Z czystym sumieniem mogę zaliczyć go do swoich osobistych koszmarków. Po pierwsze musiałam wstać o 4.00. Tak, to nie pomyłka. O czwartej. Przyjmując za normę, że przed północą usnąć zazwyczaj nie potrafię, tworzy to pewien obraz sytuacji. I zaistniałych trudności. Najpierw oczy odmawiały posłuszeństwa. Potem, gdy już udało mi się zlokalizować powieki i przykleić je plastrami do brwi, chciałam umyć twarz szamponem. W końcu niby wiem,że to też jakaś myjka ale jednakowoż preferuję żel tudzież mleczko do facjaty. Przynajmniej nie szczypie w oczy. Jakoś się jednak udało i po wyczerpującej porannej (wybitnie) toalecie a następnie błyskawicznym wciągnięciu do żołądka miski musli a na grzbiet plecaka, udałam się w podróż. Plecak, torebka, strój chóralny i reklamówka nie przerosły moich możliwości ale nie będę ukrywać, że nie było blisko. Przerosła je natomiast wizyta w maksraczu na Dworcu Centralnym, gdzie o szóstej (prawie) udałam się celem zanabycia kubka herbaty, o którym marzyłam od dwóch godzin. Przybytku tego nie znoszę bardziej niż mojej licealnej geograficzki i to z podobnych powodów – obskurnie, brzydko i śmierdząco (wyżej wzmiankowana pani charakteryzowała się przy tym daleko posuniętym debilizmem absolutnym). Ale gorąca herbata na Centralnym w Warszawie jest znana z tego, że albo jej nie ma w promieniu rozpaczliwego rzutu podręcznym bagażem, albo kosztuje 3,99 za 0,2 mililitra. Wybór jest więc tylko jeden – Szczurlandia. No trudno. Cóż robić. Wchodzę (obowiązkowo na wdechu), staję w kolejce (tak… o szóstej rano była tam kolejka), staram się przy okazji nie pozbyć jakoś przypadkiem bagaży. W końcu miła pani z niewyspanym mocno uśmiechem (biedaczka) lustrując to moje obciążenie zewnętrzne to wewnętrzne zadaje mi to ważne pytanie:

– W czym mogę służyć?
– Herbatkę poproszę
– Ciasteczko?
– Nie. Herbatkę
– A może jajecznicę? Mamy teraz takie fajne…
– Tylko herbatkę… Proszę…
– Hmmm. No dobrze!

O rety! Zwiędłam. Gdyby nie to, że byłam tak drastycznie zmarznięta, senna i pragnęłam tylko kubka gorącej herbaty za cenę różną od sumy mojego zwyczajowego śniadania, uciekłabym stamtąd wrzeszcząc dziko i używając wyrazów uznawanych powszechnie za nieprzystające kobiecie w moim stanie. Nawet bardzo wzburzonej.

Pociąg wlókł się niemiłosiernie. Jak to pociąg. W Gdańsku byliśmy po 11. Potem jeszcze tylko kolejka SKM i… Sopot. Zobaczyłam łóżko i padłam. Zasnęłam chyba nawet przed lądowaniem na pod poduszce. I może to i dobrze. Przynajmniej ominął mnie pierwszy szok na widok warunków w tym ‚hotelu’. Bo to miał być hotel. Chyba jednak tylko w założeniach. Ale nie marudźmy zanadto. W końcu perspektywa letniej kąpieli w gumiakach pod prysznicem, na który strach nawet spojrzeć, to jeszcze nie tragedia. Gorzej, że drugi szok nie ominął niestety problemu ogrzewania. A raczej jego całkowitej nieobecności. Stwierdziłam natomiast dojmujący chłod z powodu szklanej wiaty zamiast frontowej ściany, cieniznę reszty ścianek w domkach i nadobecność byczych a wszędobylskich szczelin, w których swobodnie sobie hula wrzesień nad morzem. Do tego jakby mało było atrakcji nie wzięłam tej piżamy co to ją od Altuchy dostałam byłam z okazji szpitala. Została w domu naszykowana do drogi jak stróż w Boże Ciało. Cudownie. Dobrze, że mam dżinsy i jakiś golf, w które jeszcze mieszczę się bez wskakiwania z dachu budynku. Ale szykuje się niezły sajgon. Samotne drewniano-szklane domki, ledwie letnia woda i jesienne noce. Już kocham Sopot. Podejrzewam, że z tej wyprawy nie dość, że nie przywieziemy nagrody (niestety słyszeliśmy już chór z Filipin i załamaliśmy się doszczętnie), to jeszcze wyhodujemy solidne gluty do pasa. Tak, tak. Lepiej mocniej trzymajcie te kciuki bo jak mnie trema zeżre to nie dość, że nie będzie solówki, to jeszcze szanowne jury da nam wyróżnienie… ale tylko z litości, bo jak zacznę rodzić na scenie, to już wszystko zrobią bylebym tylko przestała śpiewać.

6 uwag do wpisu “Tour de Bajkonur

  1. nie wiem co z tego wyniknie, ale na kapslu Tymbarka, com go Bajkowej na występ przytargała, stało napisane „JUTRO BĘDZIE TWÓJ WIELKI DZIEŃ”… 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s