Zazwyczaj

mijam przystanki oblepione wybiórczymi ‚-ski’, ‚-sk’, ‚-ych’, ‚-er’, ‚-xyz’ do absolutnej nieprzejrzystości, z bolesnymi wyrwami po rozkładach jazdy i szybach z pleksiglasu, z babciami rozpychającymi się w zakupowych torbach na ławeczkach szczątkowych po ostatnim meczyku, z koszami na śmieci puszczającymi znaki dymne w czasoprzestrzeń

trawniczki fragmentarycznie zroślinione, na których prócz psich suwenirów, wyliniałych plam po dawnej zieleni i dziecięcych piaskownic walają się tu i ówdzie opakowania szklane tudzież aluminiowe przeznaczone w zamyśle producenta do dalszej utylizacji

z lotu wiaduktowego odgórnego na owych trawniczkach widać sieć chodników projektowanych rozpaczliwą ręką architekta miejskiej przestrzeni, które i tak są koncertowo ignorowane przez poranno-wieczorno-pospiesznych autochtonów jak również przez drobnych pijaczków do domu trafiających już tylko po węchu i raczej przez fart niż jakąkolwiek orientację przestrzenną

może być stado ścieżek oddalonych od siebie o 5 cm a i tak zawsze znajdzie się kilku ktosiów, którzy wydepczą coś pomiędzy… ot tak dla zdrowotności i oszczędności ułamka sekundy w biegu do czy z autobusu – taka nasza polsko-polska specyfika, że każdy zna się na wszystkim i wie lepiej niż inni a reszta z zasady staje okoniem

wzruszające girlandy kwiatów na przekór wszystkim i wszystkiemu zwisające całymi gąszczami z wyżyn najruchliwszych i spalinochłonnych ulicznych arterii, z balkonów i okien, z których od lat wiszą papieskie chorągiewki tak wyblakłe jak tęczówki ich opiekunek, zaciekle walczących o prawo ich żywych, zielonych, dawniej nawet wonnych podopiecznych do życia notorycznym i czułym podlewaniem… jakby to miało zapewnić im samym nieśmiertelność

rzekę niosącą mizerną resztkę wody i nieziemski smród – bo choć pogoda popsuła się już kilka dni temu, deszcz nie dociera tu od miesiąca – nad którą zaciekle od trzeciej, czwartej nad ranem tkwią mocząc kije i zamieniając zdrowie na wtórny reumatyzm wędkarze, co wierzą, że ryby, jeśli tu w ogóle jeszcze istnieją w formie żywotnej, nie świecą

przejścia podziemne z łuszczącą się biednie skórą ongiś ozdobnych płytek, uliczno-chodnikowe stragany, których przecież nie ma… ‚bo stolicy nie wypada’, kieszonkowców porozumiewających się ze sobą zestawem dźwiękonienaśladowczych sygnałów, przerdzewiałe balustrady niszczejącej resztki mostów, która nam pozostała

uśmiechnięte sardonicznie do świata klony jesionolistne i rodziny ptaków odwiedzających się gwarnie i owocnie dla samochodów parkujących poniżej jak również przygodnych przechodniów bez czapek czy ochronnych parasoli za to z poirytowaniem i wyrazami na ustach… bynajmniej nie uznania dla tych podmiotów badawczych dzielnych ornitologów

wózki, wózki, wózki, wszędzie matki z wózkami i ciężarne kobiety, które to widoki prześladują mnie wręcz bez przerwy, albo szczęśliwi tatusiowie dobrowolnie wprzęgnięci w nosidełka z najmilszą im zawartością… to straszne, normalnie jakaś epidemia jesienna po jakże upalnym lecie

pasażera autobusu – sądząc po makijażu była to kobieta ale głowy nie dam – który dostrzegłszy pokaźne tomiszcze w moich dłoniach, żurawia zapuścił by podejrzeć tytuł (też tak częśto miewam jak większość populacji czytającej chyba)… jednak potem pasażer ów posłał mi spojrzenie pełne oburzenia i nagany, bowiem w tytule tego dzieła zlustrował trzy głoski, które ułożyły mu się z miejsca w wyraz kojarzący się najwyraźniej wyjątkowo jednoznacznie z kopulacją… dziwne jak to pozory mylą no i komu co na myśli też od razu widać

nieokreślonego wiekowo pana z teczką, którego co dzień mijam idąc chodnikiem w to samo nieodmiennie miejsce, i który – gdy pewnego powszedniego dnia nie spotkamy się i nie powitamy ledwie zauważalnym drgnięciem kącika ust w uśmiechu – zapewne pomyśli… że to już 🙂

to wszystko przez jakieś okno

widzę

18 uwag do wpisu “Zazwyczaj

  1. co do polskiego podejścia do ścieżek oficjalnych i wydeptanych, to dziecięciem będąc usłyszałem od ojca, że są takie kraje, gdzie się najpierw żadnych ścieżek nie wytycza, trawniczek równiutki i po jednym sezonie się sprawdza, gdzie społeczeństwo samo wydeptało, bo ma najbliżej i najwygodniej. i tam się ścieżkę robi. genialne w prostocie i założę się, że spora oszczędność materiałów i robocizny.

    Polubienie

  2. …miewasztakie chwile , gdy piszesz coś żywego, wędrującego przez oczy w pewnym rytmie. Notka się kończy, ale rytm zostaje i człowiek idzie potem ulicą, myśli i śpi w tym twoim metrum. I to jest dobre.
    Jeśli chodzi o ścieżki i chodniki, to w sumie myślę, że to jest właściwe. Chodnik, jest jakąś wydumaną koncepcją architekta przestrzeni, ramką w którą próbóje się uochnąć ludzi. Ścieżki to wyraz wolności ludzi, zwycięstwo praktyki i człowieczeństwa nad abstrakcją. Kiedyś oglądałem zdjęcia lotnicze Zaspy i myślałem właśnie o tym, że powinno się najpierw pozwolić ludziom wydeptać ścieżki, a potem na nich położyć chodniki…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s