Żona

Jak co ranek zbudzi się przed nim. Wstanie z łóżka pospiesznie wdychając zapach jeszcze ciepłych snów. Szybko ubierze się patrząc w lustro na swoje idealne ciało bez grama zbędnego tłuszczu i nałoży na twarz maskę spełnionej kobiety. Cienie pod oczami rozjaśni korektorem, starannie wytuszuje rzęsy. Potem namaluje uśmiech w jego ulubionym matowym odcieniu śliwki. Pełny, wystudiowany, po brzegi wypełniony milczeniem. Włosy zepnie tuż nad karkiem w węzeł o szlachetnie grubym splocie. Dokładnie co trzy tygodnie zanurza się w opary amoniaku by być dokładnie taką, jakiej chce on. Dokładnie co trzy tygodnie pochyla się nad umywalką ścinając zbędnie postrzępione końce, by potem i tak co rano starannie krępować je gorsetem spinek. On nie lubi jej w rozpuszczonych włosach. Każdego dnia stoi w oknie czekając na słońce a w ekspresie już parzy się jego ulubiona kawa. Tylko jeden gatunek jest godny wypełniać mu poranek. Potem tost maczany w jogurcie naturalnym. Początkowo odwracała z obrzydzenia wzrok. Z czasem nauczyła się traktować to z namaszczeniem. Jak rytuał. Milczący, niezmienny, święty. Czasami przy śniadaniu zdarza mu się spojrzeć na nią. Przelotnie. Między telefonem komórkowym a gazetą. Wtedy twarz mu się rozjaśnia, mówi jaka jest piękna i… znika. Ta chwila pomiędzy jednym siorbnięciem małej czarnej a drugim. Najmilszy moment dnia. Czeka jej jak zbawienia. Później teczka, buty, pa. Trzaśnięcie drzwi, kroki na schodach ich mieszkania o obowiązkowo podwyższonym standardzie. I czerwony samochód, który odbiera go jej na kolejny długi dzień. Wieczność. Długo jeszcze wygląda na ulicę schowana w bezpiecznych ramionach firanki, pilnując by żadne drgnięcie nie zdradziło jej niespokojnego oddechu tuż za szybą. Ta szyba to jej tarcza. Jej ochrona. Skutecznie odgradza ją od reszty świata. Stoi tak godzinami patrząc na życie ukryta w swoim sterylnie czystym, pustym, bezpłciowym domu za miliony godzin nadliczbowych. Codziennie widzi dzieci sąsiadów i słyszy dźwięki zwyczajnych ludzi w zwyczajne dni. Codziennie miesza zazdrość z poczuciem wyższości. Nadgarstki skrapia Piątą Aleją. Prezent od niego. Codziennie celebruje rozpaczliwy proces samooszukiwania w imię zachowania dobrego smaku. Ustalili, że ich dom będzie cichy. Żadnych zwierząt, żadnych gości. I żadnych dzieci. On ustalił. Ona wchłonęła te święte słowa jak gąbka. Chyba uznał, że to również jej marzenie. Cisza i spokój. Nie wie, że gdy go nie ma, nastawia muzykę tak głośno, że trzęsą się jej ręce. Tylko po to by słyszeć cokolwiek poza szumem w aorcie. Jak co dzień zje drożdżówkę i ze szklanką wody o czwartej pożegna sprzątaczkę. Kobieta jest stara i pomarszczona. Przychodzi tu bez słowa i w ciszy odchodzi. Porusza się bezszelestnie. Pozostawia zapach czystości i zakupy porozkładane w specjalnych pojemnikach. Sterylnie, jałowo, bezpiecznie. Bez zbędnych emocji. Jak co dzień on zadzwoni przed szóstą by powiedzieć, żeby nie czekała z kolacją. Wróci późno. To bez znaczenia. Ona i tak będzie stała przy tym oknie. Cały dzień będzie oddychać rytmem ulicy. Zmrok przywita ją bez zaskoczenia. Nadal nie poruszy firanki. Bez słowa spojrzy na czerwony samochód, który jak co wieczór wypluje jej męża. Nie od razu jednak. Najpierw jeszcze długo będzie siedział plecami do niej. Potem zobaczy dłonie na jego marynarce, pocałunki… Wysiadając odsłoni jej twarz. Młodej blondynki w potarganej fryzurce, bez makijażu, z wyrazem bezbrzeżnego szczęścia na piegowatej twarzy. Tak różnej od tej jej – spokojnej jak tafla jeziora, w którym właśnie utonęło dziecko. Jak co wieczór on wysiądzie, pomacha i jak nastolatek prześle za kierownicę całusa. Stoją tak i patrzą. Razem a każde w swoją stronę. Potem on wróci na palcach do domu, bezdźwięcznie wślizgnie się do sypialni. Ona uda, że śpi i tym swoim wytrenowanym, miarowym oddechem wygładzi ostatnią zmarszczkę na czole. Przeczeka wyuczony pocałunek. Muśnięcie pachnące Piątą Aleją. Jak zawsze wierny. Potem on wyjdzie do łazienki a ona wsłucha się w szum wody, odczeka kilka minut i zadzwoni do matki. Do Polski. Powinna być dziewiętnasta. Jak co wieczór powie jej jak bardzo jest szczęśliwa. I uśmiechnie się jeden jedyny raz. Na dobranoc.

4 uwagi do wpisu “Żona

  1. Czasem true, a czasem nie. Ale na pewno sad. Zwłaszcza w kontraście z artykułem w GW o 73-letnim szcześliwym pożyciu państwa Marcinków, którzy przede wszystkim zawsze ze sobą _rozmawiali_.

    Polubienie

  2. Cóż… jak to mówią- przyroda. Kto chce tak żyć, tak żył będzie. „Kolory życia zależą od Ciebie” – jeśli jest rutynowo i beznadziejnie trzeba zadać sobie pytanie: dlaczego na mojej gładkiej, prostej ścieżce jakiś czas temu pojawiły się kolczaste krzaki? … i odpowiedź może brzmieć: bo sama je sobie zasadziłam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s