Tadaam!!!

Wróciłam 😉
Cieszycie się?

[tu zostawiam miejsce na jak najbardziej uzasadnione objawy dzikiej radości, rozmaite merdania ogonkami, kwiaty, czekoladki i temuż podobne bajery]
Jestem już cała, nie za bardzo zdrowa bo się jakieś grypsko parszywe przypałętało ale wypoczęta, wyurlopowana, choć lekko zła bo dziś w pracy muszę siedzieć.
Tak czy inaczej Tur De Krakał uważam za zakończony i wielce udany.
A teraz skrótowo dla spragnionych nowych bajek.

ZALANY PONIEDZIAŁEK

Lany poniedziałek nie jest najlepszym dniem na podróż pociągiem do Krakowa ale z całej palety 366 dni wybrałyśmy akurat ten. I o ile w Warszawie nas nie napadli z wiadrami (bo ok 7.00 to małoletni zapaleńcy jeszcze smacznie śpią) to w Krakowie tradycji stało się za dość (godzina 14 jest zdecydowanie ich ulubioną porą na tej szerokości geograficznej) i pomimo uników wszelakich i istnej antywodnej partyzantki jaką z Halką prowadziłyśmy klucząc po ulicach i uliczkach napatoczyłyśmy się na szczawi z zamiłowaniem strażackim. Tyle starania a oni dopadli nas zza szpitalnego żywopłotu. No i zostałyśmy obie Miss Mokrych Nogawek 2004. A byłyśmy już nieźle wkurzone i zmęczone pałętaniem się po obcym mieście w poszukiwaniu schronisk, które na mapie występowały dość licznie za to w rzeczywistości nie bardzo i okazały się szkołami. Dodam tylko, że mapa jest zeszłoroczna a my nie aż na tyle tępe, by nie doczytać legendy – po prostu jakiś kartograficzny wał nie zadał sobie tyle trudu by sprawdzić czy schroniska, które on na tej mapie zaznacza są czynne cały rok, czy tylko w wakacje. Mam nadzieję, że kiedyś sam się tak będzie błąkał opierając się na mapie tworzonej przez równego sobie kolegę po fachu. A jeszcze okazało się, że cudowny Bar Mleczny pod Temidą na Grodzkiej do środy jest remontowany. Spotkałyśmy też w parku sympatycznego staruszka siedzącego sobie na ławqeczce z gazetką, który na tyle wzbudził nasze zaufanie, że spytałyśmy go o drogę do Informacji Turystycznej (bardzo rozsądnie biorąc pod uwagę, że był drugi dzień świąt), a on szuja okazał się anglojęzycznym dziadkiem i z lekka zaskoczył nas zdaniem ‚go one… speak english’. Na szczęście Halka wykazała się hartem ducha i zanim ja przestawiłam się na opcję lingwistyka stosowana, już uzyskała potrzebne informacje. Parkowy staruszek z zagramanicy też miał najwyraźniej problemy z kierunkami bo oczywiście wskazał nad mocno okrężną drogę podczas gdy informacja była nieopodal. Kiedy wreszcie dotarłyśmy do Nowej Huty, przejeżdżając oczywiście właściwy przystanek, schronisko na przepięknie brzmiącej ulicy Bulwarowej okazało się wybawieniem. Obok park, bajoro, kaczory, te sprawy… a wieczorny taniec Bandziorasa z Zetą-Jones przyjemnie podniósł ciśnienie. Potem szybki prysznic bo zimno jak diabli i lulu.

ROZLAZŁY WTOREK

Rano obudziłam się z towarzystwem. zazwyczaj pewnie miło jest budzić się z towarzystwem ale w tym momencie było mi to wybitnie nie na rękę. Otworzywszy oczy stwierdziłam obecność Pana Bólu Głowy. Po przejściu do pionu ujawnił sie Pan Katar. Śniadanie mistrzów – pasztet, chlebek, katar – nie ma jak to sobie kichnąć do kawy. Ruszyłyśmy na Rynek. Krakowskie tramwaje zachwyciły nas drewnianymi siedzeniami i ciekawymi nalepkami. Dzień upłynął nam na łażeniu po okolicznych uliczkach – karmienie gołębi kilogramem pęczaku, buszowanie po sklepach, przymierzanie ciekawych koszulek, oglądanie torebek z robalami, kupowanie śmiesznych skarpetek, podkolanówek i rastamańskich pasków. Zwiedzanie Krakowa zaczęłyśmy od trasy królewskiej wymieszanej z uniwersytecką. Generalnie kierowałyśmy się zasadą ‚idziemy gdzie chcemy, jak chcemy, kiedy chcemy i na ile chcemy’. Rekonesans zaowocował kilkoma fajnymi miejscami, które obiecałyśmy sobie odwiedzić i obiadem u Babci Maliny, gdzie tanio i smacznie najadłyśmy się jak bąki. Wytoczywszy się zaprezentowałam totalna ignorancję w kwestii zabytków i zaproponowałam Halce wskazując na sukiennice ‚chodź, obejdźmy to g…’ bo raz, że chciałyśmy się dostać na drugą stronę rynku a dwa, że tak nic ciekawego poza architekturą zewnętrzną nie ma – kiczowaty chłam dla obcokrajowców. Zresztą poza sprzedawcami ciężko tam znaleźć kogoś mówiącego po polsku. Kraków to wspaniałe miasto dla studentów – jest mnóstwo miejsc gdzie można tanio i smacznie zjeść, na każdym kroku teatr, życie kulturalne aż kipi z brukowanych uliczek, są biblioteki i sklepy z tanią książką, a po zmroku zaczyna się życie. I nie trzeba niczym jeździć, żeby przenieść się z knajpki do knajpki. Wystarczy przejść na drugą stronę ulicy. Szkoda, że w Warszawie lokale nie są czynne tak długo… no i nie takie…
Po południu poszłyśmy na Wawel ale było już za późno na zwiedzanie więc pozostały fotki i Smok nad Wisłą. Przy ławkowych kontemplacjach pojawił się wniosek by następnym razem zabrać rowery. Halka nawet obiecała wziąć rolki. Zwłaszcza te kocie łby będą jej służyć 😉

IMPREZOWA ŚRODA

Rano stwierdziłam obecność pana Bólu Gardła, który dołączył do kolegów. Doprawdy nie pojmuję jakim cudem zdołaliśmy wszyscy pomieścić się w jednym łóżku ale się udało. Przy śniadaniu (znów dzień pasztetu) pogawędka z panią recepcjonistką. Kobiety są trzy i mają 24-godzinne zmiany. Podziwiam, że po takiej dobie w pracy są miłe, uprzejme, towarzysko usposobione i nie rzucają cieżkimi przedmiotami. Mnie po czymś takim nie starczyło by nawet uprzejmości by otworzyć przed samą sobą drzwi do łazienki, a co dopiero gawędzić z jedynymi gośćmi w schronisku i jeszcze doradzać im czym najlepiej dojechać w jakie miejsca. Pojechałyśmy. Dziś trasa zabytków żydowskich. Kazimierz, synagogi, muzeum, księgarnia. Aż dziwne jak mało wiemy o kulturze i religii tego narodu. Nabrałyśmy chętki na koncert klezmerski i odkryłyśmy świetny lokal o wdzięcznej nazwie Kolanko No 6, gdzie są pyszne naleśniki z kaszą manną, sosem czekoladowym i owocami a wnętrze wybitnie zniechęca do opuszczenia tego miejsca. Udało nam się nawet w końcu pójść do Temidy na najlepszy żurek i pieczarkową w mieście. Potem knajpa Mute i spotkanie z Konradem (znamy się jeszcze z czasów jego pracy w warszawskim Empiku na Marszałkowskiej). Konrad zabrał nas na fantastyczny jazzowy koncert – szkoda tylko, że tak krótko grali. Około północy zbunkrowaliśmy się w Carpe Diem, gdzie rockowa muzyka i iście motocyklowy wystrój bardzo przypadł mi do gustu. Szalałyśmy na parkiecie równo olewając młodocianych absztyfikantów. O trzeciej wpadliśmy jeszcze do jednej knajpki, gdzie grali nieco spokojniej – tu najbardziej podobało się Konradowi. O czwartej koniec imprezki. Długi spacer na przystanek. Wracamy nocnym. Na Bulwarowej wstaje dzień. Ptaki dają czadu. Jeden z nich siedzi na parkanie na wyciągnięcie ręki i drze dzioba aż miło. Przystajemy. Halka twierdzi, że nie ucieka bo się jeszcze nie obudził. Ja jestem za wersją niewidomego lub/i ześwirowanego. Może lubi sporty ekstremalne. W schronisku powiedziałyśmy, że wrócimy bardzo późno… mogłyśmy raczej powiedzieć, że będziemy bardzo wcześnie 😉 Położyłyśmy się po piątej. Czy człowiek, który wynalazł łóżko dostał już Nobla? Powinien. Chrrrr…

WYBITNIE MĘSKI CZWARTEK

Obudziłyśmy się w południe. Bez zdziwienia stwierdziłam obecność Pana Kaszlu (oczywiście z resztą zadomowionej już ferajny) i modliłam się żeby jeszcze znaleźć jakieś chusteczki – towar mocno deficytowy. Znalazłam. Popędziłam pod prysznic a Halka do sklepu. Wróciła z chusteczkami i paprykarzem. Do tego mleczko do kawy. Czy już pisałam, że to mój ideał kobiety? 😉 Śniadanie jadłyśmy na dworze. Pogoda piękna i cieplej niż w pokoju. Włosy wyschły mi na słońcu. Potem wyruszyłyśmy na spacer po okolicy. Piętnastowieczny kościołek w drewnie, urokliwe małe chatki, ogródki – taka wieś w mieście. Mimo naszej koszmarnej orientacji w terenie i jeszcze gorszej mapy udało nam się dojść do Kopca Wandy. Wdrapawszy się na szczyt stwierdziłyśmy obecność czterech młodych osobników, którzy powitali damskie towarzystwo z nieukrywanym zdziwieniem i radością. Jednak po zwyczajowym ‚cześć’ mocno się speszyli i dopiero gdy już schodziłyśmy dało się słyszeć ‚dziewczyny to nie tak jak myślicie! my jesteśmy fajni!’ ;)) Ze śmiechu prawie sturlałyśmy się na dół. Generalnie czwartek był mocno spacerowy – złaziłyśmy się jak dzikie a jak w końcu wsiadłyśmy w tramwaj i grzecznie skasowałyśmy bilety to okazało się, że jedziemy w przeciwnym kierunku… i znowu spacerek. Wreszcie udało się dostać na rynek (na gapę), pokarmić przeżarte do bólu gołębie, zjeść obiad na Grodzkiej i potem zasiąść w Kolanku scrabblując się przy grzanym winku. Późnym wieczorem wolnym krokiem udałyśmy się na przystanek. Pełno młodzieży. Dziunie wysztafirowane na imprezki trzęsły się w przykusych wdziankach z miną ala ‚I’m sexteen come on and fuck me’. Inne wyglądały jak zupa w stylu barszczyk czerwony w kartonie – ‚jestem gotowa’. Ostatnie tramwaje zamiast numerów miały tabliczki z nazwami zajezdni. Świetny pomysł… zwłaszcza dla turystów, którzy raczej nie bardzo mają pojęcie gdzie jaka zajezdnia się znajduje. Dobrze, że ta nieopodal nas jest przy hucie. Halka mnie rozwaliła gdy wypatrując odpowiedniego tramwaju i czytając po kolei nazwy zajezdni trafiła w końcu na tabliczkę ‚zajezdnia huta’ i rzekła filozoficznie; ‚tylko jaka to huta?’. ‚Szkła Krosno kurde mol’ odparłam parskając śmiechem. Potem Huta Sędzimira stała się Hutą Boromira i nastrój wybitnie głupawkowy utrzymywał się do samej Bulwarowej. O północy byłyśmy na miejscu i niespodzianka… przestałyśmy być jedynymi gośćmi schroniska PTTK na tych współrzędnych geograficznych. Pięciu młodych mężczyzn w pokoju obok w atmosferze ogólnego rozprężenia powitało nas z ogromnym entuzjazmem. Co prawda w korytarzu powitała nas tylko głowa jednego z nich wystająca zza framugi drzwi, która powiedziała ‚cześć jestem Paweł’ – grzecznie odpowiedziałyśmy ‚a my nie’ i wpakowałyśmy się do pokoju – ale nie minęła minuta a już wysłano do nas przedstawiciela, który zaprosił nas do pokoju obok ‚bo oni tak sobie robią taką mała imprezkę’. Oczywiście podziękowałyśmy ale nie, bo późno, zmęczone, święty spokój i w ogóle a poza tym rano wyjeżdżamy. Panowie byli mocno rozczarowani ale musieli obejść się smakiem i widocznie stwierdzili, że bez nas imprezki nie będzie bo poszli spać. Chwała im za to.

WYJAZDOWY PIĄTEK

Obudziłyśmy się wcześnie. Panów zza ściany na szczęście już nie było. Za to moi osobiści towarzysze jak najbardziej obecni. Szybka kawa, toaleta i pakowanie bo o 12 mamy pociąg. Pani z recepcji pożegnała nas bardzo serdecznie. Chyba zdążyła nas polubić. Jeszcze tu przyjedziemy. W tramwaju kanar. Ot niespodzianka – przyczepił się do plecaków ale dał sobie spokój. Całe szczęście. Na rynku ostatni raz nakarmiłyśmy gołębie, żeby nas dobrze zapamiętały, kupiłyśmy obwarzanki, zaliczyłyśmy kopytka i kakao na Grodzkiej i pędem na dworzec bo jakoś niebezpiecznie późno się zrobiło. Ufff. Udało się. Z wywieszonymi ozorami i uginając się pod ciężarem plecaków wpadłyśmy na peron. W pociągu cztery godziny z hakiem minęły błyskawicznie, a to za sprawą bardzo sympatycznej pogawędki. Nie ma jak znajomości podróżnicze. Dzioby nam się nie zamykały. Po godzinie dopiero przyszło nam do głowy żeby się sobie przedstawić, po następnej już wiedzieliśmy ile mamy lat. Nieważne, że każe z nas było z innego miejsca i jechało gdzie indziej (no może poza nami z Halką), nieważne, że Łukasz (tak fajnie akcentujący góralską gwarą) miał sie uczyć do egzaminu z wytrzymałości materiałów a Jacek z Wrocławia po trzykilometrowej przebieżce żeby zdążyć na pociąg prawie wypluł płuca. Dowiedzieliśmy się jaka jest różnica, między Góralami a Orawianinami, jakie czytamy książki, jakie oglądamy filmy, kim jesteśmy, jakimi szlakami podróżowaliśmy i gdzie nas gna. Zdarzały się i burze mózgów. Zwłaszcza gdy nie mogliśmy sobie przypomnieć tytułu ‚tego świetnego filmu z Anthony’m Hopkins’em’. Są ludzie, z którymi po prostu się rozmawia. Nie ważne gdzie, o czym i od jak dawna się ich zna. Po wyjściu z pociągu obie z Hal stwierdziłyśmy, że podróż minęła bardzo szybko i było bardzo miło. Wielkie dzięki 😉

Piękny jest Kraków… miasto smoka, knajpek, kamieniczek, wieczorków jazzowych i kabaretowych, teatrów, tanich barów mlecznych i księgarń, tramwajów w drewnianymi siedzeniami, sklepów ‚kefirek’, brukowanych uliczek, obwarzanków, na które i tak zawsze będę mówić bajgle i gołębi na rynku, które zdziobują kaszę wprost z wyciągniętych dłoni…
I piękna była ta wyprawa… dwóch przyjaciółek… tak po prostu, bez planów, wytyczonych tras i celów za to z wszechogarniającą głupawką i zaraźliwą radością mimo wstrętnego choróbska, kompletnego braku orientacji, totalnego ignoranctwa i beznadziejnej mapy 😉
Bo tak miało być. Nie istotne gdzie i kiedy… ważne z kim. Lepiej być nie mogło… no może poza tym, że przydałby się jeszcze jeden tydzień 😉
Jest po co wracać…

Bajka zrelacjonowana

7 uwag do wpisu “Tadaam!!!

  1. Tak się składa, że prawdopodobnie w długi(choć krótki w tym roku)weekend majowy tez pojadę do Krakowa, a ja mam jakby nieco dalej tam….Więc podróż będzie dłuższa!

    Polubienie

  2. obie jesteście goopie ciotki – dwa razy podawałem adres świetnego i taniego schroniska, do tego tłumaczyć jak dziecku chciałem jakim autobusem tam dojechać, gdzie przystanki, jakie bilety kupić itd. to usłyszałem (zobaczyłem 🙂 „spoko, znajdziemy, halka ma mapkę a poza tym jesteśmy już całkiem duże dziewczynki”

    Dobrze wam tak :))

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s