Stalowa lova

W ramach very romantic siurprysy zabrałam wczoraj Halkę do mojej ulubionej pizzerii. Marudziła mi zawsze za uszami, że wszystkich tam zabieram a Jej nigdy. Ach ja niedobra. Postanowiłam błąd naprawić i zaciągnąć Halucindę na wyżerkę okolicznościową. Nie wiedziała co się święci – powiedziałam Jej tylko, że będzie niespodziewanka i żeby nic nie konsumowała – więc wiła się jak piskorz w domysłach cóż ja mogłam takiego wykombinować. Byłam jednak twarda i do końca trzymałam buzię w ciup. Miała być jeszcze jedna, niewątpliwie radośnie szokująca (dla Hal) atrakcja wieczoru, czyli wspólne spotkanie z S-p-s, która akurat zawitała do Warszawy, ale ta niestety musiała udać się w ‚sprawie nie cierpiącej zwłoki’ do miasta smoków i owiec – Krakowa. Szkoda ale mam nadzieję, że jeszcze niejedna okazja przed nami. Mnie udało się zobaczyć z dwojga imion Zuzą (dla niewtajemniczonych s-p-s) we czwartek ale, że kobita znajomych ma sporą gromadkę do nawiedzenia – miałyśmy tylko półtorej godzinki. Japki nam się nie zamykały i ani się nie obejrzałyśmy a już byłyśmy spóźnione. Tak czy inaczej jednak nadrobimy.
Tymczasem wróćmy do niespodzianki numero uno i Hal z chorą z ciekawości wątrobą. Spotkałyśmy się pod Rotundą (czyli standardowo). Przydreptała w nowym kapelutku i nowych spodniach. Burżujka. Po wymianie zimnych buziaków i radosnych powitalnych okrzyków dałyśmy nura w podziemia by dostać się na przystanek tramwajowy. W międzyczasie wymieniłyśmy najświeższe informacje i okazało się, że wszystko jest do chrzanu, mamy modelowego doła martwiacza, nic nam się nie chce i ogólny ‚tumiwisizm’ rządzi a wszędzie jak na złość każdy czegoś od nas chce i oczekuje, pracy za dużo, słońca za mało, faceci do bani, kobiety jeszcze gorzej – w dużym skrócie listopad + rozmaite okoliczności przyrody + 2 baby = nieustający PMS. Nie myślcie sobie jednak, że pesymizm i depresyjna aura wygrały. Co to to nie. Już w tramwaju odzyskałyśmy humor i tak nam zostało do końca wieczoru. Kilka przystanków i byłyśmy prawie na miejscu. Jak przystało na full romantic date zachowałam się jak dżentelmen i wychodząc z tramwaju podałam miśce rękę. A co. Niech się panowie uczą. Pozostało tylko przejść piechotą dość krótką uliczkę i… rozradowana Hal wyniuchała pizzerię. W lokalu był komplet ale udało nam się znaleźć wolny stolik. Pamiętam, jak jeszcze na studiach przychodziłam tu na obiad (bo dużo + tanio + smacznie = zadowolony student) i było tak kameralnie (niewiele osób wówczas znało ten lokal) a teraz dzikie tłumy tu walą drzwiami i oknami. Trochę szkoda ale to w sumie najlepiej świadczy o jakości serwowanych posiłków. Rozsiadłyśmy się wygodnie i po konsultacjach wewnętrznych menu z naszymi żołądkami zamówiłyśmy po pizzy. Do tego obowiązkowo herbaty z cytryną bo ziąb jak diabli na dworze. Rozmowę co jakiś czas umilałyśmy sobie komentując toczące się przy stoliku obok debaty na szczycie. Dwóch kolesi i panienka prowadzili wyjątkowo ożywioną burzliwą konwersację na temat uczuć znajomej (najwyraźniej) pary. Wszystko oczywiście rozbijało się o to czy Ona Jego czy też On Ją. Siedziałyśmy z Hal i coraz bardziej powstrzymywałyśmy ataki śmiechu ale jeden tekst rozwalił nas po prostu do szczętu:
Panienka – z emfazą i głęboką wiarą – Ale Ona Go tak kocha…
Koleś – sprowadzając ją do parteru – Srocha nie kocha!
Dobrze, że przyniesli pizzę, bo miałyśmy czy zapchać sobie usta by nie rechotać z pustymi przebiegami. Takie i inne smaczki urozmaiciły nam nasz full wypas romantic stalova lova dinner. Pizzę zjadłyśmy. Zgodnie orzekłysmy, że była pyszna i opuściłyśmy z niejakim żalem ciepły lokal bo tłumek oczekujących na wolny stolik przy niebezpiecznie się zagęszczał. Na dworze jak się spodziewałyśmy panował ziąb okrutny więc nie ociągając się podreptałyśmy do tramwaju. Po drodze Hal stwierdziła, że powinna sobie wypaćkać buziuchnę ochronną pomadką bo zimno ale nie chce Jej się sięgać do kieszeni. Mojej też nie chciała. Prezentowała za to usta na lewo i prawo uśmiechając się zalotnie aż stwierdziłam, że gdybym była mężczyzną, to zaciągnęłabym ją teraz razem w tymi ustami w krzaczory. Śmiech przerodził się w rechot nagły i dziki, gdy Halka stwierdziła:
– Do pełni szczęścia w tej full romantic date brakowało mi tylko świec – o niewdzięczna bestyja
– Za to miałaś przybornik stołowy z solniczką, pieprzniczką i oliwą z oliwek – przypomniałam
– Noo – zadumała się chwilkę – mogłam Ci przysolić – ćwierknęła radośnie
– A ja Ci przypieprzyć – odszczeknęłam dźwięcznie. Tu zostawiam czytelnikowi miejsce na wyobrażenie sobie double rechotu. Tramwajem udałyśmy się do dżejkobowej pracy, by mu trochę poprzeszkadzać i dowieźć wysoce niezdrowy z maksracza + colę w charakterze dyżurnego odrdzewiacza. Po drodze Hal zauważyła, że skoro ma fioletową kurtkę i zielony kapelutek to powinna sobie sprawić pomarańczowy szal i wyglądałaby pierwszorzędnie. Zasugerowałam jeszcze żółte kalosze do pełni szczęścia. Obiecała, że przemyśli. Poczekamy… zobaczymy…

Miłej reszty ujkendu 😉

15 uwag do wpisu “Stalowa lova

  1. w ulubionej pizzerii powinno się siedzieć długo, powoli pić herbatę, pomyśleć, pogadać, pozerkać, poczekać, aż przyjdzie potrzeba wydostania się z ulubionego miejsca i nie zwracać uwagi na tłumy
    choć podobno tłum bywa niebezpiczeny 😉

    Polubienie

  2. W mieście Łodzi skąd kot pochodzi też była pizzeria tłumnie oblegana.
    Nie lubiłam tam jeść, bo miałam wrażenie ze, oczekujący na stolik na mnie napadną jak tylko przełknę ostatni kawałek.

    (Kanawalia to zapraszam do mnie na włoskie wypieki ;-))

    Polubienie

  3. a ja bylam w tej pizzerii
    na romantic date z bajka (bo ta wredna maupa wszystkich ciagnie na romantic daty ;))- sie dzialo :)))
    i uwazaj han – juz za miesiac przybywam :))

    Polubienie

  4. to ja zbiorowo zapraszam – kto ma chęć niech przyjeżdża – ja go zabiorę na romantic ale nie date (date była zarezerwuarowania only dla alti i haluśki) – reszta sie musi zadowolić dinnerem… ale za to jakim

    kanawalia, małgośka, biko i ty majdir – przybywajcie 😉

    Polubienie

  5. eee chwileczkę, to ja miałam co przypieprzyć majdir, a ty mi przysolić!!!
    A i to nie o szalu mowa była, ino o rękawiczkach czerwonych, cobym wyglądała jak zjawisko (kolorystyczne, jak just:))
    Ale o jednym żeś majdir nie napisała: o telefonach z radia kolor;)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s