Halo! Żyję!

Przyjechaliśmy o 4.30. Bynajmniej nie po południu. Kurde.

Czarownie, że rano do pracy.
Nieprawdaż?

Teraz mała retrospekcja zanim zasnę i odgniotę sobie czoło – zamierzam bowiem spać na „załamanego psychicznie”, wsparta niby to w zamyśleniu głębokim na dłoniach. Na „spadający długopis” spałam w zeszłym tygodniu.

Pogoda była paskudna. Pierwszy dzień to jeszcze siemasz Wiktor, bo co prawda gwizdało cokolwiek między uszami, ale nie padało, zatem na rowerrach dało się pojeździć i Lokatora nawet nigdzie nie obiłam o drzewo. Cudem chyba, bo przyznam szczerze, że jak wsiadłam to nawet nie miałam jak się przeżegnać. Tak kurczowo ściskałam kierownicę. Ach te moje nowe podniecające manetki. Z wypustkami…

No. Jechałam więc niejako siłą rozpędu. Poza tym bardzo mi jednak zależało żeby się jednak spektakularnie nie wypierdolić [Doroto – dla Ciebie może być wersja z rozpłaszczyć] na środku ulicy. Na atrakcję turystyczną czułam się albowiem zbyt mało widowiskowa. Zero białych kozaczków i innych oczojebności. Młody początkowo podróżował zamontowany na rowerze Nowego (w sumie po dwóch latach bez jazdy miałam prawo poczuć się z lekka niepewnie a przecież Nowy specjalnie wybrał fotelik, który można wpiąć także w Jego rower – przemilczę ale mrugam, wiecie…) ale potem wypadało jednak przejąć własnego Dziecia. I powiem szczerze, że nie było to proste. W ogóle taki fotelik to strasznie fajna sprawa ale jak się nie jest obcykanym w tych wszystkich systemach zabezpieczeń i zatrzasków, w rowerze nie ma się podnóżka, Dzieć się wije aż ma się ochotę Go katapultować w bliżej niesprecyzowaną dal, wspieramy rower na własnym biodrze (i nie powiem gdzie nam się wbija ale bynajmniej nie jest to łokieć) a potem staramy się wgramolić możliwie jak najzgrabniej i bez zbędnych zasapań (bo w sumie obserwują nas co najmniej trzy pary oczu z czego jedna jakby bardziej), to ma się prawo trochę zestresować. Co nie?

Właśnie. Ale zestresowałam się wewnętrznie i nic nie było po mnie widać. Nic. Przysięgam. W samo południe na Dzikim Zachodzie z dwoma koltami i kiepską muzyką w tle. Mina pokerzysty. Ewentualnie srający kot na puszczy. Opcjonalnie.

Od teraz możecie mówić, że Lokator to Zapalony Cyklista.

Co prawda najbardziej się zapalił gdy zobaczył gofra – gofry bowiem jak wszem i wobec wiadomo nigdzie nie smakują tak dobrze jak nad morzem – ale dzielnie zniósł wszelkie wyboje i wyglądał na zadowolonego. Generalnie im więcej wybojów, tym Dzieć bardziej ukontentowany. I to nie tylko mój, a chyba wszystkie. Perwersy małoletnie normalnie.

Drugie spotkanie Młodego Człowieka z Morzem przebiegło bardziej dyplomatycznie. Znaczy Igorowski już się tak nie rozdziawiał i nie zastygł w bezruchu, a Morze zgodne ze swoim zwyczajem udało, że mu to wisi i powiewa. Prawie obsrała nas mewa, ale jak wszyscy dobrze wiemy prawie robi czasem wielką różnicę. Na szczęście.

Potem zaczęły się już schody bo Pani Pogoda najwyraźniej stwierdziła, że ma depresję. Lało, padało lub bździło. Opcjonalnie. Spaliśmy, snuliśmy się bądź grillowaliśmy. Opcjonalnie. No zdarzyły się jeszcze jakieś scrabble, ale głównie sjesta. Lokator szalał po domu, do którego jak weszliśmy to zrobiłam wielkie łał – tak było super. Nawet barierka antydzieciowa była za schodach. Obie z Halką, przyzwyczajone do spartańskich nieco bardziej warunków wypoczynku na wszystkich naszych urlopach, doznałyśmy lekkiego wstrząsu, ale że do dobrego to człowiek szybko się przyzwyczaja, już po godzinie byłyśmy hrabianki.

Chrapałam do południa.

Nowy zabrał Młodego na dół żebym mogła się wyspać po podróży.

I zmienia Mu pieluchy. Wszystkie. Nawet te radioaktywne o Szczególnym Znaczeniu Strategicznym. Nawet bomby biologiczne. Bez zapalników. I kąpie Go. Nie pyta co Mu zrobić na śniadanie albo na kolację. Ani w co Go ubrać. Ani czy ziemniaki obrać grubo czy cienko. I w jakiej grubości kostkę. I czy może mnie pocałować też nie pyta.

Yyy.

Strefa mroku.

Dobra, wstałam.

Bo ja psze Państwa zawsze najbardziej nie znosiłam takich Ślimoków. Co to pytają czy te skarpetki na pewno współgrają im z odcieniem brwi. Albo gdzie mogą znaleźć masło. Pewnie kurde pod trzydziestką w bieliźniarce. Zabierają się do wszystkiego jak pies do jeża. I pytają czy mogą mnie pocałować.

Zasada jest prosta jak konstrukcja gwoździa. Albo się całuje, albo nie. Albo się dostanie po mordzie albo się dostanie zadyszki. Ryzyko zawodowe. Ale niech mnie nigdy przenigdy nikt nie pyta, czy może. Bo może potem nie wstać. Bynajmniej nie z rozkoszy.

Dobra.

Nowy ma wady. Całe mnóstwo wstrętnych okropnych wad. I chrapie. I strasznieśmy się pokłócili już nawet. Raz. Oczywiście, że o pierdołę.

Dawno nie czekałam żadnych cudzych wad z takim utęsknieniem. Bo to jednak oznaka, że nie jest cyborgiem. Jest całkowicie normalny. Trochę pokręcony – jak ja – stąd też nasza kłótnia, ale to wszystko da się zaakceptować. Bałabym się gdyby nie miał wad. I patrzyłabym podejrzliwie. Bo nie ma takich kryształowych ludzi. Zawsze ma się jakiś feler. Ogólnie rzecz ujmując Nowy jest w porządku. I potrafi się przyznać do błędu. Choć niekoniecznie jest to Jego pierwsza reakcja.

A godzenie się jest zawsze najprzyjemniejsze.

Reasumując: wyjazd był bardzo udany, choć pogoda dupna była jak stado pawianów na łysej skale. Sporo się nauczyłam Nowego i Jego zachowań, co niewątpliwie ułatwia zadanie i wyzbywa zbędnych oczekiwań. Nażarłam się tyle karkówki z grilla, że prawdopodobnie mam w żyłach marynatę. Zaraz obok Rosenthaller Old Kadarka. Strasznie się cieszę, że była z nami Haluta i mam nadzieję, że Jej też było miło trochę się oderwać. Mamy nauczkę by na przyszłość (bo już ustaliliśmy, że obowiązkowo tam wracamy), brać mniej jedzenia, bo strasznie dużo zawieźliśmy z powrotem. Kierowcy tirów niechętnie dzielą się informacjami o trasie ze zwykłymi użytkownikami czterokołówek, ale jeśli przez cb-radio spyta ich miły, kobiecy głos, prawie zawsze odpowiadają. Pod koniec gry z scrabble wymyśla się najlepsze słowa.

I oczywiście nie byłabym sobą, gdyby coś mi się nie przydarzyło. Prawda?

Nie może być przecież tak, że jadę gdzieś, wracam i jest zwyczajnie, nudno i normalnie. Trzeba jechać w deszczu krętymi drogami i szukać po lasach ostrych dyżurów. Żeby to jeszcze jakiś Klunej Dżordż choć…

Szpital w Gryficach przypomina posępny, opuszczony klasztor i tylko budka dróżnika, w której Dwóch Panów W Czapce (jednej) otwiera jeden szlaban za złotówkę łączy go z cywilizacją teraźniejszości. Przynajmniej zewnętrznie i po ciemku, co wewnętrznie to już jak każdy inny przybytek NFZ. Papióry, skierowania, kwity. Laryngolog przyjmuje w zielonym kitlu i zagadkowym uśmiechu a Pielęgniarka udziudziana świątecznie jak szpadel, zatacza się po pieczątkę. I rozbiera się przy nas, bo gdzieś się ubrudziła krwią i z dumą prezentuje upaprany rękaw. Przełknęłam wizję zaszlachtowanych pacjentów i posłusznie siadłam na kozetce. Zresztą i tak było mi cokolwiek słabo i świat wirować zaczął nagle niczym lunapark z obrazu schizofrenika. Laryngolog przestraszył się dopiero gdy wynikło, że astma. Zbiła go z tropu alergia na penicylinę i paracetamol. Tekstem: To co Pani może?, wywołał u mnie olbrzymi uśmiech. Sardoniczny. Ponadto dowiedziałam się, że mają tu olbrzymi urodzaj na Warszawiaków. chyba nie służy Wam nasz klimat, hehe. Hehe. Doprawdy. Gdyby nie to, że jednak się mną zajęli i pomogli, wkurw przerósłby najśmielsze oczekiwania i zaskoczył chyba nawet sejsmologów na drugiej półkuli. Tymczasem byłam zen i ogólnie kwiat lotosu. Czułam się średnio i na słowne przepychanki zdecydowanie nie miałam werwy. Sprawdził się Nowy. Finalnie wyszłam z kwitem, że zapalenie zatok, atak astmy, receptami i nieco spokojniejszą głową. Przez 10 minut inhalacji z Pielęgniarą Na Rauszu zdążyłam się dowiedzieć wszystkiego – od przepisu na ciasto, po problemy w życiu seksualnym Jej córki. Żałuję, że nie miałam dyktafonu. Ciasto brzmiało wyśmienicie.

Wyszliśmy bogatsi o pewnie doświadczenia. Ja na przykład dowiedziałam się, że powinnam zoperować sobie krzywą przegrodę, a Nowy, że czasem trzeba zignorować moje nic mi nie jest, nigdzie nie jadę i grzecznie acz stanowczo zabrać mnie do szpitala. Śmialiśmy się też z tego halnego co wiał w szpitalu i zawiał naszą Pielęgniarkę, choć oboje chyba zdajemy sobie sprawę, że gdyby to było coś poważniejszego, w takiej sytuacji mogłoby nam być nieco mniej do śmiechu.

Cóż, święta w Polsce.

Nie składałam życzeń, nie dzieliłam się jajkiem, miałam serdecznie w odwłoku wszystkie palemki świata. I niech każdy spędza zawsze Wielkanoc jak lubi. Ja wybieram Święty Spokój. I takie właśnie towarzystwo.

No może dla Hali jeszcze chciałabym wyściskać w kciukach tego Rumaka Na Białym Koniu. Byłaby już pełnia szczęścia. Tylko żeby umiał grać w scrabble na brzydkie wyrazy.

Jestem dramatycznie niewyspana.
Patrz – początek notki.
Mam zapalenie zatok i antybiotyk zostawiłam na kuchennym stole… żeby na pewno nie zapomnieć.

Ale przecież nie to jest najważniejsze.

Wcześniej mój Syn się zakochał w Nowym i Nowej Córce, ale póki co wcale mi to nie przeszkadza.
Teraz dwie, bardzo ważne w moim życiu osoby chyba się polubiły.
I bardzo mi na tym zależało.
Jutro idziemy do Stodoły na koncert Perfectu.
Zobaczymy co chłopcy jeszcze potrafią.

Ps. Pamiętam o historii. Nie poganiać. Bo się w sobie zamknę.

Ps2. Właśnie dostałam sms o treści kocham Cię. Od kobiety. Dzieciatej, heteroseksualnej. W ubiegłym tygodniu były identyczne od dwóch innych pań. Czy już wspominałam, że w moim życiu robi się ostatnimi czasy niezwykle interesująco? 😉

Wdech. Wydech. I tafla jeziora.

Znów pakowanie

Jak na osobę organicznie wręcz nie cierpiącą wszelkich akcji pod tytułem PAKOWANIE, uskuteczniam je całkiem często. Żeby nie napisać bardzo.

Tu wyjadę, tam wyjadę, stąd wrócę, to już się gdzie indziej szykuję. Ale ja to już tak mam, że mnie nosi i ja plus stagnacja czy domowe papucie, wybitnie ze sobą nie korespondujemy. Musi być na najwyższych obrotach. Inaczej się zwyczajnie nie liczy.

Yoko śmiała się, że pytając mnie czy jadę z Nią do Lublina na warsztaty gospel, sądziła, że przynajmniej zastanowię się chwilę, pomyślę, poproszę o czas na dwa zwyczajowe telefony do przyjaciela czy coś. A ja tylko spytałam, o której wyjeżdżamy i czy brać śpiwór.

Może dlatego, gdy Nowy po dwóch spotkaniach (zwyczajnych spotkaniach, nie randkach) wypalił nagle ni z gruchy ni z pietruchy: Zamieszkaj ze mną, zdziwiłam się tylko tym, że akcent położył nie na tę co należy sylabę.

Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że to bardzo fajna propozycja ale lubię też swoje mieszkanie, bo jest wygodne i długo szukałam takiego miejsca dla siebie, że mam tam wszystkie swoje kosmetyki i dobrze się w nim czuję. Na drugi dzień miałam już własne półki w szafie i miejsce na kosmetyki w łazience. A Igor łóżeczko.

Tak jest, jebło mnie takie wielkie pudło.

Krążymy więc.

Raz czy dwa wyrwało mi się mieszkamy czy do nas. Od razu robi się cieplej. Tak jakoś. Samo wychodzi wszystko. Jakoś pomimo i bez moich starań. Pierwszy raz w życiu płynę z prądem i nawet chcę się niczego łapać.

Trochę hardcore co?

Tylko Mamut wcale się nie dziwi. Zna mnie w końcu prawie 30 lat i wie, że ja zawsze miałam po krawędziach. Zawsze. Nie szukam ale przyciagam takie sytuacje. Nie powiem, że jest mi z tym źle, wręcz przeciwnie. Bo to zaufanie i wbrew pozorom dobra siebie znajomość. Zresztą – przymierzam się do napisania historii tej znajomości i mam nawet pełne błogosławieństwo – tylko to tak intensywne, że z którego punktu bym nie zaczęła, od razu rosną wątki poboczne. Wieżowcami.

W tych okolicznościach tekst: Do mnie czy do Ciebie? nabiera całkiem nowego znaczenia 😉

Wczoraj byliśmy na przykład u mnie. Pakowałam się. Bo dziś po pracy ruszamy do Pobierowa, nad morze. Zawijamy Halutę, Lokatora, trzy rowery i mówimy przygodzie gromkie: Ahoj!

Na herbatę wpadł Kolega Tomek. Kolega Tomek nieodmiennie mnie wspiera i życzy mi jak najlepiej. Gdy Nowy wyszedł do kuchni, Tomek wyszeptał konspiracyjnie: Fajny. I zrobił minę z cyklu: Jest w porządku. W kuchni dokładnie to samo zrobił Nowy. Obśmiałam się jak norka.

Tak, jestem szalona.
Wariatka, choleryk, z obciążeniami wszelkiego autoramentu i kurde jeszcze powinnam mieć łupież. Do kompletu.

Ale powiedzcie czy nie jest super?

Sistermoon ma na blogu motto, że dobre rzeczy zdarzają się tym, który potrafią czekać. Normalnie, gdyby ktoś mi powiedział, że będę trzydzieści lat czekać na ten spokój i to dobre, ukręciłabym mu łeb przy samej dupie. Jednym zręcznym ruchem. Teraz odpowiedziałabym: nie ma problemu..

Wyluzowana jestem.

I powoli wychodzę z fazy szczypania.

Byliśmy u Siostrzycy. Urodziny Młodszej były. Dzieciaki całą trójką wpadły w szał zabawy, Igor kwiczał z zachwytu, a my siedzieliśmy przy stole. Siostrzyca z biuzią w ciup i lekko zaskoczoną źrenicą. Bo nie miała o niczym pojęcia przecież. Nazajutrz z samego rana – o ósmej, co jest dla Niej porą kosmicznie nieakceptowalną – nie wytrzymała i zadzwoniła:

– Ej no… Fajny. Mundry taki. I chyba pierwszy normalny. Skąd Ty Go wzięłaś w ogóle??

Zbyłam ją. Bo jak to skąd ja Go wzięłam. Sam się przypałętał i tak o. Leżał sobie, to wzięłam. Co miał się marnować jak jeszcze dobry. Całkiem.

Po południu dzwoni Mamut:

– Siostrzyca Twoja mnie tu nęka telefonicznie skąd się wziął Twój absztyfikant. Obiecałam nie mówić, wiem, ale co mam Jej powiedzieć?

– Żeby oddychała do torebki 😉

———–

Oddychacie?

Jedziemy. Życzcie nam ładnej pogody i wygodnych siodełek. Igorowski będzie debiutował w foteliku.

2+2=5

Śmiesznie jest w parkach. Gdy ludzie patrzą na nas i myślą: rodzice. W żłobku nawet raz tak powiedzieli. Gdy jest nas czworo, nie różnimy się przecież niczym od modelowych statystycznych z lat 80. Tylko koligacje różne.

Każde z nas ma Dziecko.

Dziecko z Dzieckiem dogadują się znakomicie. Igor błyskawicznie rozkochał w sobie Julę. Z wzajemnością.
I nikomu nie przeszkadza, że wybranka jest o całe trzy lata starsza.

Jula jest obecnie w fazie księżniczki i ubiera się na różowo. Nosi naszyjnik z koralików, uwielbia jeździć na rolkach i ganiać się z Igorem. Układa klocki metodycznie, ze spokojem i rysuje serduszka. Z brokatem. Odkrywa w sobie przyszłą kobiecość – z zachwytem patrzy jak podziwiamy gdy pięknie Jej w sukience. Zdarzyło się Jej rzucić mi na szyję. Miło. Choć jestem ostrożna. Wiem, że mnie bada. Ułatwiam.

Igor jest jeszcze za mały na zazdrość. Kocha wszystkich a wszyscy kochają Jego. I to Mu chyba do szczęścia wystarczy. Plus pełny brzuch oczywiście. Uwielbia męskie silne ramiona i niskie głosy. Wyraźnie imponują Mu faceci. Nauczył się zasypiać sam ale jeśli zaproponować Mu towarzystwo, wtula się jak kociak. Mruczę ja. Odkrywa swoją męskość grzebiąc paluchem w kontakcie. Utrudniam.

Jula ma mamę. Igor nie ma taty.
I łatwiej i trudniej.

Ludzie po przejściach mają różne oczekiwania ale też o wiele więcej rozumieją.
I łatwiej i trudniej.

———————-

Byliśmy wczoraj z Lokatorem na kontroli u neurologa. Jula weszła ze mną i dumna, że może poczuć się potrzebna, wręczyła Pani Doktor trzymaną w rękach Lokatorską Książeczkę Zdrowia. Pani Doktor wypytała Ją o imię, wiek i czy Igor jest grzeczny. Mała bez zająknięcia odpowiedziała, że tak.

– Fajne te wasze maluchy – zagadała do mnie Lekarka na ochodne.

Musiała widzieć Nowego pilnującego kurtek na korytarzu.

Fajne. Pomyślałam i uśmiechnęłam się troszkę niepewnie.

Bo są, serio serio. Tylko jeszcze trudno mi to sobie w głowie poukładać, że z zewnątrz faktycznie wszystko wygląda jak odrysowane z szablonu. Dobrze wygląda. Rodzinnie. Dziwnie się czuję widząc Nowe Szaty Cesarza, gdy sam delikwent jest nagi. Z drugiej strony jest mi dobrze i nie szukam dziur, ani włosa nie dzielę. Ot takie niuanse. Takie moje_moje. Całkiem jak wtedy, gdy założyłam dwie różne skarpetki i choć nikt nie był w stanie tego nawet zauważyć przez glany i długie spodnie a ja doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, czułam się jakby wszyscy o tym wiedzieli.

Gdy ludzie chwalą, że fajne te wasze maluchy, czuję się nieszczerze przytakując. Czuję się nie w swojej roli. Choć przecież nie mówię nic niezgodnego z prawdą. Są super. I są nasze.

Co za różnica, które czyje.

Scenki drogowe

Ostatnio poruszam się rankiem w sposób burżujsko zmotoryzowany. Osobisty Szofer W Liberii odwozi mnie do pracy, albo do lokatorskiego żłobka i do pracy, albo sam odstawia Lokatora pod Miejsce, Gdzie Dzieci Przerabia Się Na Parówki i całuje w czoło na do widzenia. Generalnie sielanka. Przyglądam sie temu szeroko otwartymi ze zdumienia oczami i muszę doprawdy wyglądać jak Paris Hilton w zbyt ciasnym kucyku. Wiecznie Kurde Zdziwiona. Staram się jak mogę by jednak nie wyglądać bardziej głupio niż przewiduje ustawa i nawet nie daję po sobie poznać, że to wszystko takie nowe, nieprawdopodobne i w ogóle halo ktoś mi podmienił scenariusze i gram obecnie w „De jak Drewno”, mam dekolt jak Cichopek… i zad jak szafa trzydrzwiowa ale to przecież takie kobiece. Ale nie powiem, żeby przychodziło mi to z łatwością. Jak człowiek długo był sam i się już przyzwyczaił nawet do paprocha w swojej łazience (i nie sprząta go z rozmysłem bo on przecież też taki wściekle samotny) to potem jak mu ktoś znienacka i podstępnie wyżera jego ulubione pierogi, to dopiero po chwili wypuszcza się z ręki tasak. Dłuższej chwili. I wygładza rysy na mózgu się. Bo to przecież Nowy. Wolno mu. Jeszcze.

Taki okres ochronny dla jeleni. Albo innych ryjówek.

Czekam aż coś pierdutnie bo nie może być przecież za różowo.

Nogi mi już wzięli i ścierpli ale czekam.

Może faktycznie sprawdzę te szafy i poszukam zasuszonych trupów sekretarek?
Słoja z kolekcją pazknokci nie stwierdziłam a oczy miałam dokładnie naokoło głowy.

Zawsze jak jestem U Kogoś W Mieszkaniu staram się jak najwięcej zobaczyć bo w sumie co lepiej powie mi o właścicielu jak nie jego Teren Prywatny? Zwłaszcza zaś łazienka.

Po szafkach nie zglądam ale nie powiem, że jak jest jakaś wyraźnie uchylona to nie zapuszczę żurawia. Przecież by mnie zeżarło. W razie jakby co zawsze mogę sie wykpić poszukiwaniem wacików. Nie wiem co prawda na kij mi waciki ale poszukiwać zawsze mogę. Najwyżej wepchnęłabym je sobie do nosa. Albo w ucho. Bo nie cierpię jak mnie ktoś nakryje na niecnych knowaniach. Takich jak na przykład zapuszczanie żurawia do cudzej szafki.

Tu dygresja nastąpi bo mi się przypomniało jak kiedyś pożarłam na lekcji historii całą długą i potwornie obrzydliwą ściągawkę bo akurat szła Pani. Ściągawka nie była moja i nawet nie była na wierzchu, bo ja nawet jeśli jakieś robiłam to nigdy ich nie wyjmowałam – taki stres był, że wystarczyła mi świadomość, że są – ale wiedziałam, że koleżanka schowała ją w piórniku. Nie wiem co mi się nagle ubrdało ale dokładnie w tym samym momencie, w którym Historyczka wstała, chwyciłam feralny piórnik z drugiego końca ławki, wygrzebałam z niego rzeczony Przedmiot Zakazany i go zjadłam uprzednio pospiesznie przeżuwszy. Nie wiem kto miał głupszą minę: ja, Historyczka czy koleżanka, która zresztą później na przerwie zaproponowała mi swoją kanapkę.

Teren Prywatny Nowego mówi mi, że choć to facet – a faceci jak wszem i wobec wiadomo to flejtuchy, które drapią się po jajkach i sikają do zlewu – ma w chałupie schudnie i czysto. Lubi prostotę i gdyby nie te obrzydliwe plafony byłoby w ogole fajnie. Tłumaczy się, że wysoki i dlatego plafon, bo nie zwisa i nie trzeba się o niego czaszką obijać, ale ja tam nie wiem. Takie coś na suficie w kolorze dojrzałej morelki to trochę przegwizdane. Oczywiście komputer na czołowej pozycji i to widać ale każdy musi być w czymś perwersem, no każdy. Nie da się inaczej po prostu. Na szczęście radio też ma. I lubi. Nowy ponadto mieszka na poddaszu, co powoduje w Hacjendzie różne Nieoczekiwane Wypadki Okolicznościowe. Zwłaszcza gdy się jest tam stosunkowo świeżym gościem i jeszcze nie bardzo wiadomo skąd nagle wyrośnie jakaś ścianka czy zwężony stropik. Wcale jednak nie krzyczę i nie rzucam mięsem po zaliczeniu solidnego barana płatem czołowym, tylko z miną Giocondy udaję, że nic nie zaszło i tylko poprawiałam fryzurę. A że sufitem to już nikt nie musi wiedzieć. W kuchni Nowy ma wszystko a nawet więcej bo wyciskarki do czosnku jak sam przyznaje nigdy nie używał. A ma. Do lodówki bałam się zajrzeć ale nie dochodziły z niej podejrzane odgłosy. Nadmierna cisza jednak też może być potencjalnie niebezpieczna. W końcu na większości horrorów trupy w chłodni są jednak sztywne i nie wrzeszczą. Gdy wreszcie zajrzałam pod pretekstem znalezienia czegoś do picia – to nic, że coca-cola w zgrzewce na godzinie siódmej.zero – okazało się, że ma tam jeszcze większy Meksyk niż ja. I z tego miejsca go polubiłam od razu. Ktoś kto trzyma w lodówce kabanosy z poprzedniego chyba stulecia nie może być świrem. Po prostu ma inne priorytety. No i wiadomo, że nie ma na składzie żadnej baby bo by prędzej wyleciał z tymi kabanosami na Księżyc poczwórnym Tulupem, niż trzymał je nanosekundę po upłynięciu dedlajna. Co prawda łazienka wskazuje na fakt, iż co wieczór Nowy chyba topi się w szamponie, bo ma go chyba dwie zgrzewki po sześć butelek a pukli do pasa nie stwierdziłam (za to żelu pod prysznic zero i nawet złamanego mydła, nie wiem kurde wietrzy się czy jak?) ale ustalmy – ludzie mają różne zboczenia. Lepsze już to niż na przykład hodowla drobiu w salonie. Albo weekend w hipermarkecie. Ulubiony zapach też kupuje hurtowo – zgrzewka. Nie wiem co to oznacza ale o ile pamiętam to nic złego. Raczej, że lubi spokój i stabilizację, niezmienność (tu Znaczące Spojrzenie w stronę kabanosów) i coś tam. I raczej trudno znosi szaleństwo spontaniczności.

To się kurde zdziwi 😉

Tymczasem wyglądam i pachnę. I jestem wożona. I ludzie w tramwajach zaglądają mi w ten dekolt Cichopek a Igor cieszy michę z tylnego fotelika. W nowej żłobkowej grupie musimy wyglądać jak rodzina. Luksus. Taka rekrutacja. Dni Otwarte. Nadal szukam haczyka, pisanych drobnym drukiem paragrafów, promocji bez terminu ważności. Strach jest. Że uwierzę, przyzwyczaję się i im wyżej wzleciałam tym boleśniej zaboli ta trzydrzwiowa szafa po zetknięciu ze żwirem na ścieżce. Więc póki co nie zapeszam.

Za chwilę obudzę się i wszystko wróci do normy. A facet sprzed telewizora będzie wołał: Te! Stara, podaj piwo!

Biedaczek nie będzie nawet wiedział, że to jego ostatnie.

__________________________

Pieszy wtargnął na jezdnię.
Kierowca hamuje.

Poprawiająca makijaż żona pełnym oburzenia głosem do męża siedzącego za kierownicą:

– Przecież miał czerwone!!!

Mąż spokojnie:

– To jednak nadal niewystarczający powód by go rozjechać.

Urocze 😉

____________________
Pees nieoczekiwany: A Wy zglądacie po szafkach?

Idzie nowe

Wczoraj Igor po raz pierwszy poszedł do nowej, starszej grupy. Taki kolejny schodek w drodze do dorosłości. Niby normalne, niby naturalne rzeczy koleje, niby…

Nie podoba mi się.
Paskudnie mi się nie podoba.
I tłumaczę samej sobie, powołując się na zdrowy rozsądek i es jak spokój w encyklopedii, że nic Mu nie jest, że cały, zdrowy i dalej się pięknie uśmiecha.

Tylko u mnie już nie tak, bo widzę różnice. I to rażące.

Etatowe Ciotki bez entuzjazmu i w zasadzie raczej z obojętnością. Mam nadzieję, że to chwilowe, że po prostu trafiłam w taki dziwny moment, w coś na kształt strefy mroku. Że minie kilka dni i okaże się, że Nowa Grupa jest super a Lokator wcale nie chce z niej wychodzić. Ani na spacer a ni na ulubioną ostatnio parówkę.

Otoczenie mocno na minus. Jakoś tak buro i nieciekawie. Tak, nastawiłam się negatywnie, wiem. Ale nawet gdy to oddzielę, gdy pomyślę na spokojnie, bez emocji, kłóci mi się to jakoś. Już nie tak. I ja – odwieczna entuzjastka Żłobka – mam dylematy. Ano miewam. Choć nie ukrywam, że będę sie starać zaakceptować to wszystko i jeszcze przekonać do tego Młodzież. W końcu raczej nie będzie jeździł ze mną do pracy. Pod biurkiem mam już stado kabli. A wszystkiego też wybrać się nie da. Czasem mamy takie już zastane i trzeba sobie radzić. Jakoś.

Informacja – zero. Czyli zupełnie w odróżnieniu od poprzedniej, zwyczajowej konwersacji o tym co jadł i o której, co robił i jaki jest dziś Jego ulubiony samochodzik. Nie lubię przesady w żadną stronę. Nie interesują mnie szczegóły, tylko konkrety. Brakuje mi pewności, że to tylko problem w mojej głowie. Że tak naprawdę to obie grupy różnią się tylko mną i moim podejściem.

Tak, dla najmłodszych Dzieci wszystkie Ciocie zawsze są najmilsze.
Nie, nie wymagam by te były najmilsze akurat dla mojego Dziecka.
Nie wiem doprawdy czemu nie radzę sobie z tym, że po raz pierwszy w życiu Igor tak ot po prostu rozpłakał się, gdy oddawałam Go rano i po południu, gdy przyszłam Go odebrać.

Przecież to nic takiego.
To tylko kolejny strach bo „idzie nowe”.
Ech… macierzyństwo. Czasem to faktycznie srał je pies.

Trzeba się będzie przyzwyczaić.
Trzeba się będzie.
Trzeba się.
Trzeba.

fot. Utajniony Fan Osobisty

Aktualnie

Aktualnie donoszę, że zryło mi beret. Dokumentnie. I

A do tego wkurwiam się niemożebnie. Zewsząd dochodzą mnie bowiem słuchy, że straciłam wenę, piszę coraz gorzej i w ogóle weź Bajka napisz wreszcie COŚ albo się zamknij. Albo podskocz.

Dupa sałata.

Jeśli jeszcze raz usłyszę jakiegoś maruda, to każę mu spierdalać na drzewo w rytmicznych podskokach. Stare indiańskie przysłowie brzmi: nie pasuje – nie czytać. Nie będę pisać na zamówienie. Nie ma bata. Niech się wypcha i wytapetuje jedno z drugim.

Menda sugeruje, że kiedyś miałam syndrom niedopchnięcia i dlatego kompensowałam sobie frustracje literacko się wywnętrzając na lepszym poziomie. Opanowałam potężną chęć dopchnięcia go jakąś podręczną maczugą. Choć nie było to łatwe.

Co on tam kurde wie. Tak samo jestem niedopchnięta jak byłam i też nie umiem pisać. A w ogóle to w dupach się ludziom przewraca. Mam po prostu chwilową niemoc twórczą, spowodowaną prawdopodobnie przemęczeniem, zafiksowaniem na wiośnie i okolicach, zmianami w życiu i piciem zbyt dużej ilości cherry coke. Dziurę ozonową też potrafię pod to podciągnąć jakby co. Więc luz marija.

Bo wiecie: złej baletnicy to i wibrator w torebce nie ucieszy.

Odreagowałam.
Teraz jedziemy z resztą.

Po powrocie z Gdańska najmilszą rzeczą jaką pamiętam – oprócz tej, o której pamiętam a jakże ale nie napiszę za Chiny Ludowe – była koperta znaleziona w listowej skrzynce. Koperta była biała, bąblowana (uwielbiam pykać tymi bąblami) i pękata a w środku była… tram-pam-param-pam… Herbata Mikołajkowa. Ta moja ulubiona co mi tak smakowała w Herbaciarni. Lenka zapamiętała wyraz mojej twarzy i kupiła mi cały zapas (następnym razem postaram się zwizualizować sobie orgazm na widok willi z basenem). Jak mi się skończy będę musiała jechać po następny. Herbata Mikołajkowa jest czarna, ma bławatkowe niebieskie płatki i srebrzyste kuleczki, które po rozpuszczeniu w wodzie pachną obłędnie smakowicie. Dopiero po kilku kubkach zorientowałam się, że w paczce jest zdjęcie. Z dedykacją. Noszę w portfelu i gorszę przygodnie napotkane borostwory.

Sobotę spędzałam z Halutą i po obejrzeniu herbaty raz jeszcze doszłyśmy do wniosku, że prócz zdjęcia coś tam jeszcze jest. Bo taki biały kartonik na dnie był. Ja nie wiem ale na przykład bilecik do tego bukietu co go dostałam w piątek to zauważyłam dopiero późnym wieczorem, więc było dość prawdopodobne, że i tym razem mam pomroczność jasną i refleks szachisty. Niewiele myśląc wyjebałyśmy wszystko niezwykle kulturalnie to pobliskiego kubeczka i upchnęłyśmy górkę żeby się nam nie osypała. Kartonik był pusty i był prawdopodobnie elementem torebeczki. Torebeczki, z której znacznie łatwiej jest – proszę sobie wyobrazić – coś wysypać niż umieścić to tam na powrót. Dziwne kurde bardzo. Bławatki zbierałyśmy nawet ze zlewu.

Prócz herbaty popsułyśmy jeszcze spodnie. Znaczy ja ściślej rzecz ujmując. Mianowicie schudłam już 6 kilogramów, tak? I zaczęłam mieć wreszcie talię, tak? I w ogóle zaczęłam powoli mieścić się w ubrania, które jeszcze przed chwilą były absokurwalutnie nieprzymierzalne, tak? No. To Hala podsunęła mi swoje dżinsy i ochoczo zawołała: przymierz! Że co, ja nie przymierzę? Przymierzyłam. A jak. Gorzej, że po pierwsze był to ruch z gatunku tych raczej jednostronnych a po drugie suwak powiedział pierdolę nie robię i umarł. I to umarł tak nieszczęśliwie, że w żadną stronę nie dało się go przeciągnąć. Sztywny trup. Normalnie mekong delta i resory. Z tymi spodniami to było jak z trasą autobusu, który część przystanków ma tylko w jedną stronę, bo w drodze powrotnej już ich jakby nie ma w rozkładzie. I nie miał ich faktycznie.

– I co?
– Wlazłam. Ale nie wyjdę.
– Może masłem?
– Sama se masłem. Czekaj położę się.

Położyłam się i trwałam na wdechu a Halka grzebała mi przy rozporku. Zaiste ciekawą minę miał Starszy Brat Grzyb, który akurat przypadkiem wieszał na balkonie pranie. Widok miał wprost na nas. Wyborny.

Spodnie w końcu zlazły ale dół egzystencjalny jednak pozostał. Przed ciążą wskakiwałam w nie jak Miś Uszatek w swoją pasiastą piżamkę. Jednym płynnym ruchem. Pamiętam dobrze, bo kiedyś wybiłam sobie dwa mleczaki skacząc z łożka do piżamy i od tamtej pory starałam się naśladować filmowych bohaterów nieco rozsądniej. Teraz mogę sobie ewentualnie pomarzyć. Albo zedrzeć skórę z bioder. Aaa! Chcę mieścić się w kieckach stulidupkach i mieć tam jeszcze miejsce na stylowy neseser. Z klapką. I wodotryskiem.

Prócz sypania herbatą po kątach i niszczenia tekstyliów sobota upłynęła w akcentach marynistycznych. Wybraliśmy się do Tawerny na szanty i oczywiście mało z tych szant pamiętam, taka byłam szczęśliwa, że mało mi głowa z tego uśmiechu nie pękła…

oddycham do torebki
oddycham do torebki
nadal

…ale chłopcy z EKT śpiewali bardzo bardzo. I było trzymanie za rękę i te oczyska (jak to mawia Goga) i w ogóle czarownie. Ale co ja tu Wam będę. Sami wiecie. Wiosna.

Z samiuśkiego rana za to musiałam zwlec się z łóżka i jechać w dal siną a odległą. Z chórem koncertować znaczy. Śpiewaliśmy współczesności Twardowskiego. Miejscami trochę marcowe koty ale były udane fragmenty, które śpiewało się z przyjemnością. Najsampierw pojechaliśmy do Białegostoku. Jechaliśmy i jechaliśmy a mnie oczy coraz bardziej wpadały w tył głowy jako te bile w łuzy po zielonym suknie. Gdy wreszcie o jedenastej z minutami dojechaliśmy na miejsce na próbę z orkiestrą, czułam się jak zombie. Mocno nadgryzione szczebratym zębem czasoprzestrzeni. Nie chcę nawet wiedzieć jak wyglądałam. Wystarczy to co kojarzę. Próbę mieliśmy w Akademii Muzycznej i teraz uwaga zagadka:

Jestem w obcym mieście, totalny spontan bo do końca nie byłam pewna czy będę, więc nikt o tym nie wie i sama osobiście nie jestem pewna czy wiem, umieram z niewyspania, widzę najdalej metr przed sobą bo soczewki mię się wzięły i wygły krucabomby jedne… i na kogo wpadam zaraz po wtoczeniu się z resztą wesołej kompanii w mury tej sławetnej uczelni?

Ha! Na młodszą siostrę Alty. Zwaną Młodą.

Świat jest mały doprawdy.
A Białystok to już w ogóle.
Ale z Młodą generalnie czad.

Koncert mieliśmy o piętnastej. Zaraz potem ruszyliśmy na następny, do Łomży, gdzie o dziewiętnastej robiliśmy replay. Nie licząc cienia kotleta i łyżki oślizgłych ziemniaków z stołówkowej kuchni Akademii, w ustach miałam ino wiatr. W Łomży oczywiście wszystko zamknięte bo to niedziella, dobranocka i wszyscy kurde oglądają Smerfy. No halo! A jakaś cywilizacja? Bodaj złamany hot-dog albo czerstwa buła. Nie, zdecydowanie Łomżę będę wspominać bez sentymentu. I jeśli się tam jeszcze kiedyś wybiorę, nie omieszkam zapakować sobie walizki jedzenia. Wezmę sobie nawet peklowany boczek. Niech mam.

Do Warszawy wróciliśmy przed północą. Bolało mnie wszystko. Absokurwalutnie wszystko. I tu miewam zawsze taką myśl, że być może są kobiety, które urodziły się na wysokich obcasach (z tego miejsca pragnę przekazać serdeczne wyrazy współczucia rodzicielkom), w pięknych, niezwykle eleganckich czółenkach i potrafią tyle godzin wytrwać w tym obuwiu z uśmiechem numer pięć i łagodnym wyrazem twarzy. Ale ja przyznam, że w pewnym momencie miałam ochotę zdjąć te obcasy i strzelić komuś nimi w pysk. Na odlew. I tylko patrzeć czy aby równo puchnie.

Nienawidzę wysokich obcasów!
Szczerze i z olbrzymią wzajemnością.
Do końca życia będę chodzić w walonkach.
Przysięgam.
Obcasy najwyżej na godzinę.
Potem zacznę krzyczeć i używać wyrazów.

Dla ogólnego odprężenia byłam wczoraj na koncercie grupy Reamonn. To ta od kawałka Supergirl. Bardzo przyjemnie było. Znałam w sumie jedną w porywach do dwóch piosenek ale to jak się okazuje nie rzutowało. Fajnie grali chłopcy choć miejscami pokusiłabym się o nieco więcej czystości w brzmieniu. Wokalista ma naprawdę niezły głos. No wygląd – umówmy się – też nie najgorszy. Z wyra bym go nie wypchła a może nawet nie wypchnęła. Kto wie. Jedno spojrzenie w prawo i laski już piały niczym dorodne kokosze na jaju. Co do reszty zespołu to bardziej nie wyglądali niż wyglądali. Jeden gitarzysta do złudzenia przypomina mi któregoś z muppetów i strasznie lubił wietrzyć sobie dziąsła bo wczuwał się strasznie, a drugi najwidoczniej kiepsko sobie radzi z postępującą łysiną bo jego podświetlony reflektorem tapir, bił po oczach jak złoto z Eldorado. Moimi faworytami byli klawiszowiec – który bawił się chyba najlepiej z całego zespołu, a nawet z całej Stodoły i pałkarz – który na zakończenie rzucił w tłum pałeczki i to było uwieńczenie jego dzieła. Strzępy ludzi znajdowano prawdopodobnie w promieniu kilkunastu metrów.

Nie pamiętam kiedy ostatnio stałam taka przytulona na koncercie. Zawsze kątem oka dostrzegałam takie obrazki i tyle. I w zasadzie wszystko jedno kto i jak grał. Było mi po prostu dobrze.

Ot tak.

Wersja nieoficjalna

Gdy miałam czternaście lat…

Hmm. Na pewno chcecie to wiedzieć? Dobra. Ale pamiętajcie, ostrzegałam. To nudne, tendencyjne i poza tym nie wiem czy kiedyś o tym nie pisałam. Ale skoro ja nie pamiętam to Wy tym bardziej.

Zatem.

Gdy miałam czternaście lat przyjaźniłam się na śmierć i życie z Najlepszą Przyjaciółką. Gotowe byłyśmy wyciąć sobie obie nerki tępym metalowym grzebieniem gdyby tylko którejś akurat wpadł do głowy pomysł, że jakaś dodatkowa mogłaby się jej przydać. Na przykład w charakterze, bo ja wiem, piórnika. Wszędzie łaziłyśmy razem i nawet ubierałyśmy się tak samo. Jeśli w India Shopie, bo głównie tam się wówczas inspirowałyśmy, nie było dwóch identycznych (a przynajmniej bardzo podobnych) sukienek, wpadałyśmy w dziką otchłań rozpaczy. Doszło do tego, że oglądałyśmy sobie nawet majtki, czy aby są fajne i czy takie same. Tak silna emocjonalna więź, jaką gdzieniegdzie po dziś dzień prezentują ckliwe dramaty obyczajowe, z miejsca przywodziła nam na myśl wszystkie rozdzielone w dzieciństwie bliźnięta i inne rodzinne sekrety. Rodzice do znudzenia nam tłumaczyli, że na pewno nikt nas nigdy nie porwał, nie podmienił i nie przetrzymywał w niewoli do siódmego roku życia, kiedy to nam się znajomość zagęściła. Niestety ani trochę nie byłyśmy do siebie podobne. Figury też dość szybko zrobiły nam się kompletnie różne. W związku z tym szybko porzuciłyśmy zwyczaj ubierania się w duecie na rzecz bardziej indywidualnych popisów designerskich. Zwyczaj oglądania majtek utrzymał się jeszcze przez lata.

Gdy miałam czternaście lat byłam przez pół roku w Sanatorium i zakochałam się tam śmiertelnie i z emfazą w pewnym Piotrze. Piotr tańczył jak szatan, całował wspaniale i to z nim właśnie pierwszy raz uczyłam się co zrobić z językiem, a co z nosem i jak przechylić głowę, żeby wyszło romantycznie a nie jakby Pan Gienek przepychał zlew sąsiadki. Całowaliśmy się zawsze za stajnią i do tej pory wyjazd na wieś oraz specyficzna woń temu towarzysząca kojarzy mi się błogo i nostalgicznie. Ale bez przesady – nie mam tak, że koński bobek w parku i odpadam. Tyle, że patrzę na niego z nieco większym sentymentem niż na te psie. Po pół roku wróciłam do Warszawy. Żegnaliśmy się długo, obiecaliśmy się odnaleźć i w zasadzie byłam szczęśliwa swoim pierwszym młodzieńczym zauroczeniem. Siedząc w pekaesie projektowałam już sobie nasze przyszłe spotkania, gdy nagle dotarło do mnie, że ni chuja nie mam adresu mojego niedoszłego absztyfikanta. Jebło mnie takie wielkie pudło. Płakałam chyba z dwa dni a Mamut myślał, że ja tak za sanatorium tęsknię i obiecał nawet, że mnie jeszcze kiedyś tam poślą skoro tak bardzo chcę. Potem z Najlepszą Przyjaciółką uknułyśmy chytry plan. Ponieważ wiedziałam gdzie kolega Piotr zamieszkuje – w sensie dzielnicy – i jak ma na nazwisko, zerwałyśmy się obie w któryś dzień ze szkoły na beszczelne wagary. Pojechałyśmy autobusem na drugi kraniec miasta – bo kolega Piotr z Ursusa był – dowiedziałyśmy się gdzie jest poczta, nakupiłyśmy od groma żetonów do automatów telefonicznych, wypożyczyłyśmy książkę telefoniczną od zdziwionej Pani Z Okienka i rozpoczęłyśmy krucjatę. Dzwoniłyśmy do wszystkich ludzi noszących to nazwisko i pytałyśmy, czy zastałyśmy Piotra. Najczęściej były to pomyłki, jednak z uwagi na fakt, że nazwisko kolegi Piotra było i jest masakrycznie wręcz popularne, nie wspominając o imieniu, po całym dniu miałyśmy chyba ze 40 potencjalnych namiarów. Jednego nawet matka poprosiła do telefonu. Ale to nie był ten. Zresztą i tak cały ten dzień zmęczył mnie tak dokumentnie, że uczucie do kolegi Piotra minęło błyskawicznie. Gdy później zobaczyłam go na Starówce nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym podejść i się przywitać. Wkurw mną za to zatrząsł dokumentny. Dobrze więc, że jednak nie podeszłam. Przecież bym mu chyba oczy wydrapała.

Gdy miałam czternaście lat zamknęłam się kiedyś w męskiej ubikacji bo założyłam się z Koleżanką, że dam radę wytrzymać tam całą długą przerwę. Wytrzymałam. Tylko potem cholernie wstydziłam się wyjść, bo ciągle ktoś do tej ubikacji wchodził i ruch wcale nie zamarł z okazji rozpoczęcia kolejnej godziny lekcyjnej. W efekcie ominęła mnie matematyka i pół polskiego i gdy w końcu już nie wytrzymałam i wyszłam bo byłam tak zdesperowana, że było mi wszystko jedno, napatoczyłam się oczywiście na Dyrektora… śpiewającego „Czerwone maki pod Monte Cassino” przy pisuarze. Nie chcecie wiedzieć jak potem wyglądął mój dzienniczek uwag, ale było w nim zajebiście kolorowo.

Gdy miałam czternaście lat razem z Taką Jedną postanowiłyśmy nawiać z domu. Taka Jedna na stałe mieszkała we Wrocławiu a do Warszawy przyjeżdżała do Babci. Miałyśmy wtedy fazę na „nikt nas nie rozumie a rodzice to cyborgi” i bunkrowałyśmy się w ogrodowej altance by obmyślać gry-plan. Rozpięłyśmy na ścianie mapę, wyrysowałyśmy szlaki i po obejrzeniu filmu „300 mil do nieba” byłyśmy już pewne, że naszym celem jest Dojczlandia a dostaniemy się tam przy pomocy tira. Donosiłyśmy sukcesywnie do naszego Ogrodowego Centrum Dowodzenia plecaki z ciuchami, konserwy w charakterze prowiantu, butelki z mlekiem, krakowską podsuszaną i latarki. Pewnego dnia Babcia Takiej Jednej postanowiła nam zrobić niespodziankę i upiekła ciasto. Wiedziała, że całymi dniami siedzimy w tej altanie i szemrzemy toteż nie chciała nam przeszkadzać. Otworzyła drzwi swoim zapasowym kluczem i z zamiarem pozostawienia owocowego placka na stole a następnie oddalenia się po angielsku, wlazła do środka. Tyłek po zdzichowym pasku miałam chyba odrętwiały z tydzień i do tej pory kiepsko reaguję na zwoje map. Ale w sumie to się cieszę, że ta cała wielka ucieczka zdemaskowała się sama i nie musiałyśmy wyjść na popisowe kretynki. Nigdy ni cholery nie było u nas żadnych tirów. I nie miałyśmy jak się później okazało otwieracza do konserw.

Gdy miałam czternaście lat zainteresowało mnie jak to się dzieje, że gdy w jakimś telewizyjnym filmie są tak zwane „momenty”, czyli przeplatanki ogólnocielesne, Mamuty robią się podenerwowane i za wszelką cenę usiłują odwrócić moją uwagę od ekranu. A to nagle trzeba było przynieść coś z kuchni, a to padało pytanie kontrolne o lekcje. Najczęściej wszystko kończyło się jednak odesłaniem mnie do łóżka. Z racji życia w jednym pokoju, nie mogli mnie odesłać nigdzie dalej, bym w błogiej nieświadomości mogła pozostać jeszcze długie lata, albo raczej tygodnie, bo po kilku Zdzich w końcu odważył się na decydujące starcie i rozmowę o pszczółkach i motylkach oraz o pochwach, penisach i prokreacji. Filmy zawsze świetnie widziałam odbite w lustrze krenedsu, który stał akurat naprzeciw mojego łóżka – o czym nikt chyba nie wie do dziś. Efektem zaś rozmów uświadamiających był mój pierwszy autorski komiks, powstały na wewnętrznej stronie okładki książki do historii, którym zgorszyłam pół szkoły i całą chyba parafię, bo historyczka poleciała do księdza. Żeby odprawił egzorcyzmy chyba.

Narysowałam wszystkie pamiętane z krednesianego lustra „momenty”, wszystko ze szczegółami, których dowiedziałam się od Ojca oraz ze szkolnych Rozmów Zakazanych. A na każdym komiksowym penisie była zawsze wielka oczojebna prezerwatywa w kształcie komina elektrociepłowni.

Do tej pory gdy mijam Kawęczyn uśmiecham się zagadkowo.

Chyba wystarczy, co?

Iglaki i okolice

W sklepowej kolejce do kasy stały sobie dwie dziewczynki na oko czternastoletnie. Na oko powtarzam bo ubiór i tona cienia na twarzy zadziałały skutecznie maskująco i równie dobrze to mogły być jakieś dobrze odżywione papużki faliste. Jedna nawet trochę pluła fistaszkiem w lewo.

Po ludzkiej (mimo wszystko) mówie jednak wnoszę, że nie papużki. I na bank nie faliste.

Stałam sobie więc i podziwiałam charakteryzację i obcas i w ogóle całokształt gdy moich uszu dobiegło:

– A co stosujesz na okolice bikini?
– Nic.
– Nic?
– Golę się na jodełkę.

Padłam przyznaję.

Hmmm. Ale to chyba od szablonu czy jak?
Bo jak na mój gust to ta mała w życiu jodły nie widziała. Chyba, że na obrazku. W książce do środowiska z czwartej klasy.

A okolice Bikini to gdzieś w podręczniku do geografii powinny być. Jeszcze.

Mało wyzwolona byłam jako czternastolatka. Niczego sobie nie goliłam i nie stosowałam do żadnych okolic, podobał mi się Wojtek z siódmej B i na szkolnych dyskotekach czerwieniłam się gdy ktoś mnie prosił do tańca. W sklepie zaś kupowałam drożdżówki i oranżadę.

Tak przynajmniej brzmi wersja oficjalna.